do 100 000 razy sztuka! KONKURS






Z okazji 100 000 odwiedzin mojego bloga, zapraszam już teraz na konkurs blogowy Agnesscorpio. Do wygrania trzy pakiety książek, ufundowane przez wydawnictwa:

Muza
Novae Res
SOL
MG
(edit 27.08.2012) Świat Książki 
Prószyński

W tej chwili tak wygląda pula nagród: (są tu powieści wydawnictw: Novae Res, Muza, MG, Prószyński) Wkrótce dojdą kolejne tytuły...


A tu powieści i zakładki ufundowane przez serwis Zbrodnia w Bibliotece:




 Aby o nie zawalczyć, należy wypowiedzieć się w poniższym temacie:

Napisz krótką historię, w której pojawi się sformułowanie "Do 100 000 razy sztuka". Może to być krótka wariacja na dowolny temat, historia z życia, opowieść zasłyszana, zmyślona, wyśniona. Na Wasze opowieści czekam do końca września, tutaj w komentarzach na blogu. 
Wygrywają 3 najbardziej porywające, rozwalające, rozśmieszające, wzruszające, w żyłach krefff mrożące (do wyboru, do koloru) :)))

Komentarze

  1. szkoda, że brak mi bujnej wyobraź a także daru pisania.)

    OdpowiedzUsuń
  2. gdy czytałam, że pojawi się konkurs myślałam, że mogę się go spodziewać za parę dni czy tygodni a tu taka niespodzianka :-) rewelacyjne zadania, po glowie chodzi mi już kilka wersji, zobaczymy która okaże się warta wstawienia do komentarza ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. no no świetny pomysł pomyślę.

    OdpowiedzUsuń
  4. To był pochmurny listopadowy poranek. Wstając z łóżka pierwszą myślą Leny było:
    - A co tam, do 100 000razy sztuka. Tym razem się uda.
    Dzień rozpoczynał się jak codzień, te same czynności, to samo śniadanie, te same ciuchy tylko myśl w głowie inna, nie dająca spokoju. Ciekawe dlaczego, przecież ta myśl pojawiała się w jej głowie już od 99 999 razy ale może tym razem będzie inaczej bo to wyjątkowa myśl.
    Na ósmą pobiegła na pociąg. Do szkoły trzeba było jechać około godziny.
    - Znów to samo, ta sama droga, nawet ludzie w wagonie Ci sami - pomyślała. Czy mnie już nic ciekawego w życiu nie spotka? Czy do końca moich dni nie wyrwę się z tego okropnego miejsca?
    - Eh widocznie, taki mój los. Nikt nie ma w życiu łatwo. Nawet oni, Ci zwykli ludzie którzy tak samo jak ja codziennie jadą w tą samą stronę. Jesteśmy jak jedna wielka rodzina- pomyślała i uśmiechnęła się do siebie.
    - Czemu się do mnie uśmiechasz?- zapytał młody chłopak w starej, wytartej skórzanej kórtce i podartych spodniach.
    - Ja? ja nie usmiecham się do Ciebie, właściwie nigdy się nie usmiecham i do nikogo - odpowiedziała Lena nawet nie zastanawiając się co mówi. Przyglądając się chłopakowi zauważyła, że faktycznie nigdy wcześniej go tu nie widziała. Zawsze w tym miejscu siedziała dziewczyna , taka wyfiołkowana ze swoim pudelkiem. Miała chyba salon fryzjerski dla psów i jeżdziła codziennie do pracy. A może ten chopak jest z innego wagonu.? Dobra juz koniec tego gapienia się , bo coś sobie jeszcze pomysli. Wyciągnęła swoja ulubiona książkę i zaczęła czytac.
    - Dobra , dobra nie uśmiechasz się, ale pogadać można no nie?? Mam na imię Wojtek i jadę do Starego Liceum na Dworcowej. Co czytasz? Coś o wampirach?? no nie, czy wszystkie dziewczyny muszą to czytać?? Czy nie ma ciekawszy książek? np. o motocyklach, komputerach i innych nowinkach. Wy dziewczyny...
    Lena odłożyła książkę i popatrzyła na niego z politowanie, jego twarz taka zadziorna i wyniosła wydała jej się całkiem przyjemna i bardzo chłopięca.
    _ Ja tez jadę do tego Liceum, więć możemy dojechać tam razem - pomyślała sama się sobie dziwiąc, bo nigdy nie rozmawiała z nieznajomymi i do tego przystojnymi facetami. Ale co tam może warto sprówować przeciez do 100 000 razy sztuka, może wreszcie cos w jej życiu się zmieni.

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam!
    Do kiedy trwa konkurs? Chciałabym wziąć udział, ale nie wiem, czy jeszcze mogę :)
    Pozdrawiam
    Gosia

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja z jeszcze jednym pytaniem. Czy do konkursu można wystawić więcej niż jedno opowiadanie? Po głowie chodzą mi różne pomysły i sama nie wiem, który wybrać... Kto wie, może wcale nie muszę wybierać? ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. oczywiście:) forma dowolna, ilość tekstów także:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Promienie słońca zbudziły go delikatnie łaskocząc po policzkach. W normalnej sytuacji byłoby to dla niego naprawdę piękne przebudzenie, ale jego sytuacja już od dawna nie należała do normalnych. Już dawno przestał liczyć dni od wypadku. Chciał raz na zawsze odciąć się od własnej głupoty i tego dnia, który przewrócił jego zycie do góry nogami... Tyle razy słyszy się o wypadkach ludzi, którzy po paru głębszych usiedli za kierownicą. Zabawne, że człowiek zawsze żyje w przekonaniu, że jemu nic podobnego się nie przydarzy, że akurat on jest całkowicie odporny na podobne wydarzenia. Tak bardzo się mylił...
    Właściwie wcale tak wiele nie wypił. Jasne, jechał szybciej niż dopuszczalna prędkość ale który idiota stosowałby się do ograniczeń w środku nocy na prostej drodze?!? Nadal nie był pewien, czy zwierzę, które zobaczył było prawdziwe, czy może było jedynie tworem jego zamroczonej wyobraźni. Odruchowo obrócił kierownicą i zanim zdołał pojąć swój błąd było już za późno. Obudził się w szpitalu dwa dni później. Bez czucia w obu nogach...
    Czasami miał żal do lekarzy. Za to, że dali mu nadzieję, że zasadzili w nim wiarę, że coś może się zmienić. Niewykluczone, że już jutro stanie Pan na własnych nogach – mówili. Wystarczy chcieć i nieustannie próbować...
    Istnieje powiedzenie "Do 3 razy sztuka". Też coś! Człowiek, który musiał próbować zaledwie trzy razy w ogóle się nie wysilił, w ogóle nie pojął, co oznacza starać się i próbować! Sam próbował już wiele razy. Skrupulatnie liczył każdą próbę, każdą odnotowywał w zeszycie, by przypadkiem którejś nie pominąć. 89 456, 89 457, 89 458... Nic, absolutnie nic... Zrezygnowany opadł na poduszkę. Po śniadaniu spróbuje ponownie. Przysunął do siebie laptopa i zaczął stukać w klawiaturę. Jak dobrze, że Bóg przynajmniej stworzył Internet. Bez niego już dawno popadłby w całkowitą beznadzieję. Szybki przegląd najważniejszych wiadomości i poczty. Znowu tylko spam. Od czasu wypadku rzadko otrzymywał sensowne wiadomości. No bo i o czym pisać do człowieka przykutego do łóżka? Czy wypada pisać o własnych problemach? O radościach też nie za bardzo wypada. Na co w ogóle pisać...
    Zamknął oczy i zamarzył, by móc znowu zasnąć. I jeśli tylko to możliwe nie budzić się do momentu, gdy cały ten koszmar przeminie...
    Nagle zadrżał. Kropelki potu momentalnie pojawiły się na jego czole. Tak strasznie się bał, że to tylko złudzenie, najgłupsza w świecie pomyłka. Musiał to sprawdzić. Powoli odsunął laptopa, by spojrzeć na swoje stopy. Jest!!! Po jego stopie naprawdę spacerowała mucha! Przez ułamek sekundy ją poczuł, był tego absolutnie pewien. Nie wiedział czy powinien się śmiać czy też płakać ze szczęścia. Miał wrażenie, że przez jego ciało przepływa zupełnie nowa, ogromna fala energii. Postanowił od razu spróbować. 89 459, 89 460, 89 461... Nic, ale to nie szkodzi. W końcu się uda, teraz był tego absolutnie pewien. Dajmy na to "do 100 000 razy sztuka". A jeśli i tego będzie za mało to do 200 000 razy. Będzie próbował aż do skutku. Nie podda się, na pewno...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz talent alison2, jestem pełna podziwu dla pomysłu.)

      Usuń
  9. Dzień dobry: Napisałam historię, ale pojawił się taki komunikat: "Twój kod HTML nie może zostać zaakceptowany: Wartość musi mieć co najwyżej 4 096 znaków". Dlatego też rozdzielę mój tekst na 2 części (komentarze) :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Część pierwsza
    Wstawał piękny, majowy dzień, gdy w pokoju Pauliny zabrzmiał przeraźliwy dźwięk budzika, umiejętnie przerywając jej błogi sen.
    - O nie! Dlaczego zajęcia na mojej uczelni muszą zawsze zaczynać się tak wcześnie?! – burknęła niezadowolona.
    Założyła swe ulubione papucie z podobizną słonia i zaspana, chwiejnym krokiem ruszyła w stronę kuchni. A tam kolejna przeszkoda. Wczoraj tak długo siedziała nad wciągającym kryminałem, że zupełnie zapomniała pozmywać.
    - Chyba muszę zacząć wiązać supełki na chusteczce, żeby wreszcie o wszystkim pamiętać – przemknęło jej przez myśl.
    Pozmywała górę naczyń, po czym spałaszowała wyśmienite omlety z bananem, popijając aromatyczny sok malinowy, sporządzony przez babcię. Odświeżyła się trochę i poszła szukać na piętrze jakiejś zwiewnej sukienki. Wybrała turkusową, jedwabistą, w ciemnoróżowe magnolie, która prawie idealnie na niej leżała. Zegar wskazywał niemiłosiernie, że pora opuszczać już przytulny domek. Otworzyła drzwi i nagle… narobiła przeraźliwego wrzasku. Pająk krzyżak nie próżnował przez całą noc, uplótł pajęczynę przy framudze, w którą to ona właśnie wpadła. Biedny pająk, przestraszył się krzyku i równie przerażony uciekł. Paulina, gdy ochłonęła już trochę, otrzepała sukienkę z pajęczyny i ruszyła przez łąkę, którą wiodła jej droga na Akademię Medyczną.
    - Aaaaaaaa…psik! – kichnęła tak donośnie, że aż okoliczne ptactwo wzbiło się w popłochu w powietrze. - Do 100 000 razy sztuka! Ileż to już razy… Chyba pora iść do alergologa, bo kiedyś w końcu się uduszę – postanowiła.
    W tym momencie ktoś z tyłu dotknął jej ramienia. Odskoczyła, jak rażona prądem, gdyż była przekonana, że na łące jest sama.
    - Na zdrowie! – rzekł nieznajomy o czarnych jak pieprz oczach, pełnych ustach na kształt wiśni i kasztanowych, rozwianych włosach.
    - Cóż za elegant… – pomyślała Paulina, widząc jego lniany garnitur i słomkowy kapelusz.
    - Proszę, bawełniana chusteczka dla pani, na pewno się teraz przyda – stwierdził rozbawiony.
    - Zdaje się, że skądś cię kojarzę. A przy okazji mów do mnie Paula – zaproponowała.
    - Doskonale. Mów mi Stefek. Wiem, skąd mnie kojarzysz – studiujemy na tej samej uczelni, ale na różnych specjalizacjach. Ja na stomatologii, a Ty, jak się nie mylę, na farmacji – wywnioskował.
    - Tak studiuję farmację. Dziękuję za chusteczkę – powiedziała grzecznie Paulina.
    - Nie ma problemu. Jutro mi ją oddasz czystą, pewnie znów się spotkamy. Od dwóch lat chodzę za tobą, ale jesteś tak zajęta kichaniem, że nawet nie czujesz mojej obecności. Już od dawna chciałem cię poznać, ale jakoś nie miałem odwagi – przyznał się zawstydzony. - Dziś, gdy usłyszałem twe słowa, że to już 100 000 razy, uświadomiłem sobie upływ czasu i, że pora coś zadziałać, bo i tak nie mam nic do stracenia. – wyjaśnił.
    - Cieszę się, że się przełamałeś, miło mi cię poznać – odparła Paulina.
    Jakże szybko i przyjemnie minęła im cała droga, przy rozmowie o uczelni, o zainteresowaniach, o życiu. Przyszła farmaceutka w ogóle nie mogła się już tego dnia skupić na zajęciach, jej myśli błądziły ciągle wokół wydarzeń poranka i niezwykłego spotkania. Zastanawiała się, czy jutro też spotka tego uroczego Stefana i będzie miała towarzystwo podczas spaceru na uczelnię.
    Po powrocie do domu, przypomniała sobie swe postanowienie „do 100 000 razy sztuka” i zadzwoniła do okolicznej przychodni, aby umówić się na wizytę do alergologa. Tam jak zwykle niewzruszona pani z rejestracji uzmysłowiła jej, iż najbliższy termin wizyty jest możliwy dopiero na grudzień i jest to najkrótszy czas oczekiwania w całym miasteczku. Zrezygnowała więc, ugotowała sobie zupę ogórkową z makaronem, gdyż tak podaną lubiła najbardziej, po czym zaszyła się w swym pokoju w celu dalszego zgłębiania kryminału. A, że nadal nie mogła przestać myśleć o Stefanie, zarzuciła czytanie książki, wyprała chusteczkę i położyła się wcześniej spać.
    Koniec części pierwszej :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Cześć druga
    Rano chusteczka była już sucha, schowała więc ją do kieszeni. Wstała trochę wcześniej, aby móc odkurzyć mieszkanie przed wyjściem. Gdy weszła do kuchni z odkurzaczem, okazało się, że znów zapomniała wczoraj o naczyniach. Miała już tego dosyć! Włożyła ręce do kieszeni i zbuntowana pomyślała w duchu:
    - A niech mi to! Nie będę zmywać!
    W tym momencie wyczuła w kieszeni jakiś materiał, okazało się, że to chusteczka. Za żadne skarby nie mogła sobie przypomnieć, skąd ją ma.
    - Zawiążę na niej supełki, może następnym razem przypomni mi to o brudnych naczyniach – wykonkludowała.
    Tak też zrobiła, schowała ją znów do kieszeni spodni i w spodniach tych wyszła z domu. Ale cóż to? Znowu ten sam pająk, ale już bardziej buńczuczny, wcale nie chciał jej zejść z drogi. Wzięła go więc na ręce i przeniosła na sąsiedni krzak.
    - Zostań tu, malutki, będzie ci tu lepiej, niż przy moich drzwiach – powiedziała jakby do siebie, bo pająk przecież jej nie rozumiał. Poszła na łąkę, a tam już na nią czekał Stefan z błogim uśmiechem i pięknym bukietem frezji w dłoni.
    - To dla ciebie – powiedział szarmancko.
    - Dziękuję, nie musiałeś – stwierdziła zadowolona Paulina.
    Powąchała kwiatki i… znów głośno kichnęła. Stefek roześmiał się i zapytał, czy przyniosła dziś jego chusteczkę. Wtedy wszystko jej się przypomniało!
    - Toż to jego chusteczka znajduje się teraz w mojej kieszeni – skojarzyła wreszcie.
    Podała mu ją, po czym usłyszała gromki śmiech.
    - A cóż to za supełki, koleżanko? – zapytał Stefan rozbawiony.
    - Aaa… nie… takie tam… Pewnie w pralce się zawinęło – stwierdziła zmieszana Paulina. Nie chciała przecież, żeby wydał się jej sekret.
    - Oj, coś czuję, że te nasze wspólne, poranne spacery będą bardzo wesołe – podsumował Stefan.
    I tak mijały dni, aż z czasem pojawiła się miłość, przeciw której nie sposób było się bronić. Zresztą chcieli, aby to uczucie w nich kiełkowało, rozwijało się, zostali więc parą.
    Od tej pory spędzali ze sobą każdą wolną chwilę i wreszcie nie czuli się samotni. Paulina była najbardziej szczęśliwa, gdy pewnego dnia Stefan objął ją i pocałował. To nic, że zaraz potem kichnęła. Stefek przypomniał jej, że to właśnie po części dzięki jej alergii teraz są razem i wyznał jej, że jest najwspanialszą kobietą, jaką spotkał w życiu.
    No i oczywiście został rozwiązany też problem brudnych naczyń. Zamieszkali razem, a Stefek zadeklarował się, że skoro ona gotuje, to on będzie zmywał. Na urodziny sprawił jej cały zestaw mięciutkich, ręcznie haftowanych chusteczek, aby zawsze je miała pod ręką.
    A pająk? Pająk uplótł sobie piękną pajęczynę na krzaku i żył tam sobie w spokoju.
    Paulina i Stefan również stworzyli sobie wspaniałą przestrzeń do życia i wielokrotnie wracali na łąkę, aby cieszyć się jej widokiem, pełnym kolorowych kwiatów, falujących traw i… miłości.
    Małgosia G.
    mój adres mail to: dziecina1@o2.pl
    Będzie mi miło poznać Pani opinię na temat mojej krótkiej historii. Po polonistyce wprawdzie nie jestem, ale starałam się napisać jak najbardziej poprawnie :) Dziękuję, że mogłam tu zamieścić moją "twórczość". Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  12. Otworzyła oczy, lecz wszystko co zobaczyła to wszechogarniająca ją ciemność. Nie taka, z jaką człowiek ma do czynienia nocą, z delikatnym blaskiem latarni ulicznych, czy przemykających po ulicy samochodów, ale całkowitą, nieprzeniknioną, czarną ciemność. W pierwszym odruchu pomyślała że oślepła, tak z dnia na dzień. Próbowała przypomnieć sobie jakiekolwiek informacje na temat ślepoty. Czy niewidomi widzą czerń czy biel. Chyba jednak czerń, w końcu istnieje również pojęcie ociemniałych...
    Te rozważania z pewnością rozciągnęłyby się na długie minuty, może nawet godziny, gdyby do jej świadomości nie dotarła kolejna niepokojąca informacja. Leżała i nie była w stanie się poruszyć. Gdyby chociaż potrafiła krzyczeć to z pewnością byłby to moment, w którym wpadłaby w panikę i krzyczała tak długo, aż usłyszy ją cały świat. Niestety, krzyczeć też nie mogła, jedynie leżeć i myśleć.
    A może tak wygląda życie po śmierci? Nic tam nie czeka, jedynie ciemność i pustka po której świadomość pozbawiona ciała tuła się przez całą wieczność? Problem w tym, że na swój sposób nadal czuła własne ciało, nawet jeśli nie potrafiła nad nim zapanować. Może więc znajduje się dopiero w fazie przejściowej, pomiędzy światem, który dotąd zamieszkiwała a tym, gdzie spędzi całą resztę swojego bytu? Ta opcja wzdała jej się wystarczająco idiotyczna, by od razu ją odrzucić. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że potrafi zamykać powieki. Może i z wysiłkiem ale jednak potrafi. To już coś! Może jeśli się postara, będzie w stanie zrobić coś więcej? Nie ma co szaleć, trzeba zacząć od czegoś prostego. Dajmy na to ruszyć palcem...
    Ku własnemu zaskoczeniu to zadanie okazało się o wiele łatwiejsze niż się spodziewała. Niestety poruszenie całą ręką nadal wydawało się niemożliwe. Skoro jednak czuje i rusza palcem, ze spokojem może odrzucić teorię o paraliżu, to chyba pierwsza dobra wiadomość. Nogi też zdają się funkcjonować, choć w ograniczonym zakresie. Nie czuła bólu, tylko niemoc i otępienie. Co też mogło się z nią stać?
    Powoli zdołała odwrócić głowę i ku własnej radości dostrzegła nieznaczną, ledwie widoczną smugę światła. Drzwi! Teraz była już całkowicie pewna, że spogląda w kierunku zamkniętych drzwi, za którymi znajduje się źródło światła. Być może żarówka albo słońce, niezależnie od tego czy panował teraz dzień czy noc, za drzwiami skrywał się powrót do względnej normalności. Szkoda tylko że nie była w stanie choćby zbliżyć się do tego miejsca.
    Zupełnie niespodziewanie usłyszała jakiś hałas. Jakby... czyjeś kroki, raz dalsze, raz bliższe. Gdyby tylko potrafiła krzyczeć, ktoś mógłby jej pomóc a przynajmniej wyzwolić ją od tych cholernych ciemności.
    Próbowała zebrać wszystkie swoje siły, by wydobyć z siebie choć jeden krzyk. To, co wydobyło się z jej ust krzyku nawet nie przypominało, bardziej jakiś bełkot czy też odgłos jakiegoś zwierzęcia. Jakaż była jej radość, gdy okazało się, że ta pożałowania godna próba przyniosła jakiś skutek. Kroki ucichły, po czym usłyszała je ponownie, coraz bliżej. Gdy drzwi się otworzyły, musiała na chwilę przymknąć powieki, odruchowo broniąc się przed ostrym blaskiem żarówki. Czyli na zewnątrz panuje obecnie noc...

    cd. w kolejnym komentarzu

    OdpowiedzUsuń
  13. dokończenie

    W drzwiach stała potężna sylwetka. Nie ulegało wątpliwości, że jest to sylwetka mężczyzny, choć nie mogła dojrzeć choćby kawałka jego twarzy.
    - Nie ma co malutka, długo kazałaś na siebie czekać.
    Ten głos, niczym magiczna różdżka, wyzwoliła wszystkie jej wspomnienia. Piątkowy wieczór w knajpie. Kilka drinków, by zapomnieć o stresach w pracy, przystojniak przy barze... Całkiem miło im się rozmawiało, w sumie zastanawiała się nawet czy zaprosić go do siebie... Potem źle się poczuła a on zaproponował by wyszli na zewnątrz i zaczerpnęli świeżego powietrza. Właśnie tutaj urwał jej się film...
    Przez jej głowę przemykały liczne warianty dalszych zdarzeń, aż wreszcie znalazła taki, który mógłby wyjaśnić jej obecny stan. Jej serce zaczęło mocniej bić a na czole pojawiły się kropelki potu. Chciała krzyczeć, uciekać, przynajmniej się bronić, jednak nadal brakowało jej sił. Mężczyzna zbliżył się do niej, odgarnął niesforny lok z jej czoła i powiedział:
    - Minie jeszcze sporo czasu, zanim odzyskasz sprawność a zabawa rozpocznie się na dobre. Pozwolę sobie więc na odrobinę wspaniałomyślności – spróbuj odgadnąć, co mam zamiar z tobą zrobić? Zagadka nie jest taka prosta więc dam ci parę szans, powiedzmy do 100 000 razy sztuka...

    OdpowiedzUsuń
  14. W miejscu, do którego nie dotarł jeszcze Wojewódzki, w miejscu ,zapomnianym przez pradawnych bogów spotkało się dwóch osobników męskich. Takie zadupie to idealne miejsce na picie wódki. Odgłosy natury i śpiew ptaków zakłócały tylko głośne krzyki biesiadujących oraz rozmowy, które bogate były w polską „kurwę”
    Siedział tam również mały, uroczy słodki piesek. Towarzyszył osobnikom ludzkim w tej imprezce na łonie natury, spoglądając swoimi małymi słodkimi oczkami na nich.
    Aby urozmaicić czas, biesiadnicy wpadli na pomysł aby napoić pieska wódką. I tak się stało. Po chwili jak relacjonował jeden z uczestników:
    -Pies latał jak pojebany
    Drugi niższy i młodszy uznał, że oglądanie zataczającego szczeniaka stało się nudne, uznał, żę czas doprowadzić go do pionu. Dlatego też złapał pieska (słodkiego...można tak te jego „misiowate cechy w nieskończoność"Do 100 000 razy sztuka- jak mówią.) i wrzucił do pobliskiej studni.
    Okazało się, że małe pieski nie potrafią pływać w studni, a tym bardziej pijane.
    Czy czyn można nazwać zbrodnia? W tym przypadku chyba nie, bo sześcioletni Michał i dwunastoletni Andrzej nie mogą być zbrodniarzami.
    Pamiętam czasy nauki w pierwszej klasie szkoły podstawowej, gdy zapytano się mnie co zrobić z chorym znalezionym pieskiem. Człowiek wtedy był za głupi, aby wiedzieć co to znaczy poprawność i nie domyślał się, że chodzi o tendencyjna wypowiedź w stylu: zbuduje karmik dla ptaków, przygarnę pieska, odwiedzę sarenki w lesie.
    Odpowiedź moja wtedy była inna:
    -Pala w łeb i do piachu
    Wyobraźcie sobie minę pani nauczycielki.
    wiecej na
    piekniizepsuci.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  15. - Dosyć!!! Tym razem naprawdę mam dosyć. Po raz kolejny pomyślałem sobie że STOP jest najlepszym słowem, które w końcu musi przejść w czyn. Boję się, co będzie dalej, ale co tam. Obgryzałem paznokcie, oglądając się wokoło siebie.

    Doskonale wiedziałem czym jest nerwica natręctw. Niestety, znałem tę chorobę z autopsji. Posiadałem tą paskudną odmianę która zmuszała mnie do liczenia minut, godzin, dni (lata sobie darowałem). Tak więc każdego dnia gdy wstawałem patrzyłem na zegarek i obliczałem ile minęło minut od północy, godzin, potem który to dzień tygodnia.ile minęło minut i godzin od poniedziałku...kołowrotek.
    W końcu polecono mi zmienienie lekarza. Mój psychiatra już tracił nadzieję, liczył na cud. A ja w nie wierzyłem i nadal wierzę.

    Kolejny gabinet w centrum miasta zaskoczył mnie sterylnością i spokojnymi, pastelowymi kolorami.
    Tym razem drzwi otwarła kobieta, wysoka brunetka która poprosiła abym wszedł sam, bez rodzica. Jako dziewięciolatek nie bardzo chciałem, ale ostatecznie...zamknąłem drzwi od wewnątrz,
    - Usiądź...-wskazała białe krzesło
    Kiedy usadowiłem się na miękkim siedzeniu, szybko zacząłem rejestrować sprzęty, spojrzałem na zegarek i zaczęło się...dzisiaj środa, 16.33 etc.
    lekarka coś mówiła, ale ja się wyłączyłem. Zdarzało mi się to często. usłyszałem tylko..."do stu tysięcy sztuka". Zamarłem...Sto tysięcy...Ile to jest? Wylała się na mnie potężna fala paniki, która szybko opanowała każdy punkt mojego ciała. O Jezu...ja nigdy nie liczyłem do takich liczb.
    Kobieta patrzyła na mnie z nieukrywanym zdumieniem. czułem, że coś się ze mną dzieje.
    - Wszystko w porządku? Jak się czujesz?
    - Nie wiem. Chyba, chyba tak...
    Czułem się inaczej, jakoś dziwnie. Miałem wrażenie, że ktoś wyłączył mi nagle ważny guzik w mózgu. Nie miałem jeszcze pojęcia co to oznacza. Kobieta pochylona nad biurkiem pisała coś w moich dokumentach. A ja siedziałem i nie myślałem o niczym, co wiąże się z liczbami.
    - Mogę o coś zapytać? - chrząknąłem i zapytałem nieśmiało
    - Naturalnie, po to jestem...
    - O co chodzi z tymi "do 100000 razy sztuka?"
    Kobieta odłożyła długopis, zmrużyła oczy jakby chciała mi się dogłębnie przyjrzeć.
    - Jest takie powiedzenie. Ale pytasz z konkretnego powodu?
    - Chyba wyzdrowiałem, o ile mogę tak powiedzieć
    Popatrzyła na mnie niewzruszona, wzruszyła ramionami i wstała zza biurka
    -Podejdź tutaj - powiedziała, nie wskazując jednak konkretnego miejsca
    - Jaki dzisiaj jest dzień?
    - Chyba środa?
    - A środa to który dzień tygodnia? - zapytała
    - Trzeci - tym razem ja ja podejrzewałem o jakieś zaburzenia
    - A teraz która jest godzina?
    popatrzyłem na zegarek i podałem dokładny czas.
    - I?
    Milczałem. Wiedziałem o co jej chodzi.
    - Nie wiem. Mój mózg odpoczywa.
    - Przestań żartować. Nie można od tak sobie nagle przestaw mieć zaburzenia - powiedziała
    A jednak można...Stałem w milczeniu. W końcu otwarła drzwi i zaprosiła do środka matkę, która weszła powoli z takim napięciem, że aż mnie rozśmieszyła.
    - Wyjdź dziecko, teraz porozmawiam z mamusią - powiedziała

    Czemu nie?Usiałem na długim korytarzu, machając sobie nogami i nudząc się niemiłosiernie. Drzwi ciągle się nie otwierały, a ja zaczynałem sie niepokoić. W końcu matka wyszła dziwnie się uśmiechając. podeszła do mnie, nachyliła się i szepnęła - Widzisz synku? Mówiłam, że do 100 000 razy sztuka. Udało się :-)


    OdpowiedzUsuń
  16. - Do 100 000 razy sztuka, co?

    Przez chwilę nie bardzo rozumiała, o co chodzi. Gdy wreszcie napotkała wzrok starszej pani, ta wymownie przewróciła oczami i dodała:

    - Kasownik! Nie działa! Może pani sobie wciskać i wciskać i tak pani nie skasuje!

    Szybko schowała dzienny bilet i purpurowa ze wstydu zaczęła przeciskać się na tył autobusu – być może tam nikt nie słyszał tej sceny... Wreszcie udało jej się znaleźć wolną szparę, gdzie przynajmniej miała się czego chwycić. O wolnym miejscu siedzącym mogła tylko pomarzyć. A szkoda, bo miała nadzieję, że skoro musi już korzystać z transportu publicznego, to przynajmniej poczyta książkę. Wyciągnęła telefon komórkowy i kciukiem zaczeła wystukiwać SMSa do znajomego mechanika.

    „Błagam Cię, napraw moje maleństwo jeszcze dzisiaj! Autobusy to nie dla mnie...”

    Nagle przed jej oczami zaczęły przemykać obrazy z przeszłości. Wszyscy ci mężczyźni, których w całym swoim życiu o coś błagała, zwykle o to, by zostali, zwykle z marnym skutkiem... Nie, błaganie tutaj nic nie pomoże, trzeba zagrać inaczej. Wykasowała cały tekst SMSa i zaczęła od nowa.

    „I jak, będziesz w stanie naprawić mój samochód jeszcze dzisiaj? Potrafię się odwdzięczyć...”

    Jak tanio... zdecydowanie lepiej! Przesiadka z autobusu do tramwaju. No, tak można podróżować. Szybko zajęła wolne miejsce i wyciągnęła książkę. Ile to już lat nie podróżowała tramwajami? Ostatnio chyba w czasie studiów. Boże, jak ten czas leci... Trzeba przyznać, że sporo się zmieniło. Tramwaj w niczym nie przypominał tych obskórnych pojazdów, jakie znała. Jasny, z nowoczeną linią, cichy, dostosowany do niepełnosprawnych. Nawet informację o kontroli biletów ogłasza automat! O cholera...

    Nic nie dało się zrobić, tylko czekać na kontrolera. A ten, a właściwie ta z niedowierzaniem słuchała opowieści o zepsutym aucie, zepsutym kasowniku i sklerozie...

    - Wie pani co, wstydziłaby się pani! W tym wieku jeszcze tak zmyślać i kombinować. Jakby te parę złotych na bilet to jakaś fortuna była! Ja to ciągle spotykam takie jak pani, niewinne! Kombinują i kombinują ale do 100 000 razy sztuka, w końcu każda da się złapać. Zbrodnia nie popłaca droga pani.

    Miała ochotę zapaść się pod ziemię. Jeśli do jutra jej samochód nie będzie na chodzie, kupi nowy – więcej takich upokorzeń nie przeżyje.

    cd w drugim komentarzu

    OdpowiedzUsuń
  17. cd

    Do pracy dotarła lekko spóźniona. Wiedźma oczywiście już się pojawiła, prawdopodobnie instynktownie wyczuwa, kiedy będzie miała okazję dopiec podwładnym.

    - A dzień dobry! Co dzisiaj tak późno?

    Przez chwilę rozważała opcję z opowiedzeniem prawdy. Zajęłoby to przynajmniej minutę. Minutę oglądania tej wrednej osoby. Nie, nie warto.

    - Zaspałam, przepraszam...

    - Ech ci młodzi, w tygodniu noce zarywać! – prychnęła Wiedźma - Kiedyś ludzie byli bardziej sumenni, nie to co teraz.

    Hmmm może jedna minuta wcale nie byłaby taka zła, choć kto tam wie, czy Wiedźma by mi uwierzyła...

    - Ja tu w sprawie raporciku o który prosiłam, zrobiła Pani?

    Bezradnie wzruszyła ramionami.

    - Ale raport miał być dopiero na piątek!

    - Piątek, piątek – przedrzeźniała ją Wiedźma – piątek nie oznacza, że trzeba czekać do samego piątku! Co to w ogóle za stosunek do pracy. Tak z pewnością dalej pani nie zajdzie.

    Też coś, gdzie tu zachodzić. Studia, kursy językowe, praktyki i na co to wszystko? By siedzieć w tej dziurze bez perspektyw i oglądać tą wredną babę? Co się stało z jej aspiracjami, marzeniami, by coś osiągnąć, do czegoś w życiu dojść. Kiedy to wszystko odpuściła i dlaczego... Wiedźma nadal się awanturowała lecz teraz w ogóle jej nie słyszała. A gdyby tak... zacząć od nowa, tym razem tak na poważnie. Lata lecą, jeśli nie zacznie teraz to w ogóle nie da rady... Ale jak, w końcu rachunki, zepsuty samochód, ludzie chwytają się każdej pracy, by tylko związać koniec z końcem. Nie, to bez sensu. W jej wieku kobieta powinna myśleć realistycznie.

    - Pani zostanie dzisiaj parę minut dłużej i odkurzy. Sprzątaczka chora a pani w końcu przyszła później.

    Czy Wiedźma naprawdę to powiedziała?! Czuła jak wzmaga w niej złość. Złość większa od strachu przed jutrem, rachunkami i niepewnym bytem. Wstała, chwyciła torebkę i kurtkę i ruszyła w kierunku drzwi.

    - Co, gdzie, co pani... – Wiedźma zdawała się nie bardzo rozumieć, co się dzieje.

    - Odchodzę, mam to wszystko gdzieś! – krzyknęła – możesz sobie próbować mnie zatrzymać, do 100 000 razy sztuka, i tak ci się nie uda!

    Wyszła na ulicę i dopiero teraz zdała sobie sprawę, że drżą jej ręce. Naprawdę to zrobiła. Albo jest odważna albo szalona ale teraz to już nie jest ważne. Życie, oto nadchodzę!

    OdpowiedzUsuń
  18. Część pierwsza
    Był już późny wieczór, gdy Krzysztof, student czwartego roku ekonomii, wrócił do swego mieszkania. Na jego twarzy malowała się rozpacz i desperacja.
    - Do 100 000 razy sztuka – rzekł sam do siebie. – Tyle już kobiet poznałem i jeszcze ta musiała mnie zranić. Dlaczego nie dostrzegłem oznak, że zdradza mnie z innym?
    Przeszedł do salonu i opadł zniechęcony na kanapę. Czuł się dotkliwie skrzywdzony.
    - Czy ja naprawdę nie zasługuję na szczęście? Gdzie popełniłem błąd? – zastanawiał się.
    Spojrzał na wspólne zdjęcie z Krystyną i nie wytrzymał. Podarł je na najdrobniejsze kawałeczki i rozpłakał się.
    - Jak mam znów zaufać jakiejś kobiecie, jeżeli one są zdolne do takich rzeczy? Gdzie wierność, oddanie, miłość? – szlochał.
    Uświadomił sobie tej nocy, iż 100 000 partnerek to już stanowczo za wiele i postanowił od tej pory wieść życie samotne.
    - W sumie życie starego kawalera też nie musi być takie złe – pocieszał się.
    Rano na uczelni okazało się, iż wszyscy jego koledzy wiedzą o burzliwym rozstaniu. To Krystyna dzwoniła do nich wieczorem, żaliła się, że Krzysztof z nią zerwał i nakłaniała ich, aby przekonali go do zmiany decyzji. A oni… Zupełnie ją olali. Wiedzieli przecież, jak zgubny wpływ miała ostatnio na Krzyśka i jak przez nią cierpiał.
    - Podjąłeś właściwą decyzję – odezwał się pierwszy Zbyszek. – Jeśli raz Cię zdradziła, już bym jej nie ufał. Jest tyle pięknych dziewczyn, nawet na naszej uczelni, spójrz tylko! – polecił.
    - Może pięknych, to tak, ale ja już nie chcę próbować. Po prostu nie mam siły. Po tylu latach studiów potrafię chyba dobrze liczyć. Do 100 000 razy sztuka. Taka liczba to już pewne porównanie, wiedza, doświadczenie. I ta wiedza mnie przytłacza, wiem, że nie o takie życie mi chodzi – stwierdził.
    - Twój wybór – powiedział Waldek. – Ale wiedz, że jeśli będziesz chciał to zmienić, chętnie Ci pomożemy.
    - Dziękuję – odparł Krzysztof. – Wiem, że mogę na Was liczyć.
    I tak mijały dni, Krzysztof na początku miał trudności przystosować się do samotności. Nagle czasu zrobiło się jakby więcej i nic nie mogło wypełnić rozdzierającej, wewnętrznej pustki. Ballady z radia doprowadzały go do łez, telewizor irytował, a uśmiechnięte, zakochane pary na ulicy dosłownie wywoływały agresję. Koledzy dobrze widzieli, co się dzieje, dlatego wpadli na pomysł, żeby zabrać go ze sobą w niedzielę na wycieczkę nad jezioro. Był już maj, pogoda ładna, więc doskonały czas na rozegranie meczu siatkówki plażowej. Wiedzieli, że Krzysztof uwielbia grać i na pewno nie odmówi. Nie mylili się.
    Następnego dnia przyjechali o wyznaczonej porze pod jego mieszkanie i ruszyli w podróż. Na miejscu rozstawili siatkę i rozpoczęli grę. Na plaży odpoczywała w oddali jeszcze jakaś dziewczyna, zajęta czytaniem książki. Chłopcy rozgrywali mecz w najlepsze, gdy usłyszeli krzyk. W oddali ktoś się topił. Krzysztof, niewiele myśląc, rzucił się na pomoc. Woda była lodowata, ale nie baczył na to. Już, już i… wziął ją w swe ramiona, po czym zaniósł aż do brzegu. Koledzy stali, jak zamurowani, zaskoczeni sytuacją.
    Podeszli już razem do miejsca, gdzie wcześniej siedziała, aby mogła się uspokoić. Koledzy Krzysztofa zostawili ich samych.
    - Jak się nazywasz i co robiłaś w wodzie w tak zimny dzień? – zapytał Krzysztof.
    - Mam na imię Natalia. Po prostu chciałam popływać. Zimna woda mi nie przeszkadza. Wcześniej myślałam, żeby iść na plażę strzeżoną, ale ta okolica dużo bardziej mi odpowiada – oznajmiła niedoszła topielica.
    - Ja jestem Krzysztof. Dobrze, że byłem w pobliżu, bo różnie mogło się to skończyć – stwierdził.
    - A! Tak! Dziękuję za ratunek! Gdyby nie Ty… Teraz muszę wracać do domu. Ale chcę Ci się odwdzięczyć. Może spotkamy się jutro u mnie? Zrobię ciasto, herbatę… Tu jest mój adres. Przyjdź, jeśli chcesz – zaproponowała.
    - Będzie mi bardzo miło być Twym gościem – rzekł Krzysztof.
    Koniec części pierwszej :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Część druga
    Faktycznie odwiedził ją następnego dnia. Rozmawiali ze sobą tak swobodnie, jakby długo się znali. Te piękne, błękitne oczy, pyzate policzki i uśmiech nie schodzący w ogóle z jej twarzy sprawiły, że poczuł do niej niewysłowioną sympatię. Nie chciał się ponownie zakochać, ale stało się! Natalia była tak rażąco odmienna od kobiet, które wcześniej poznał. Miała podobne zainteresowania, co on, lubiła ruch na świeżym powietrzu, wyśmienicie gotowała, była serdeczna i miła, a przede wszystkim szczera. Zaczęli się spotykać. Koledzy śmiali się, że tak szybko zmienił zdanie, ale i cieszyli się z takiego obrotu sprawy.
    Pewnego dnia Natalia była jakaś zamyślona, gdy siedzieli na tarasie jej domu. W końcu nie wytrzymała i rzekła:
    - Krzysiu, coś mi się zdaje, że miałeś sporo dziewczyn przede mną. Jakiś taki dobrze ułożony jesteś. Chodzisz, jak w zegarku.
    - Oj, kochanie, tej liczby to chyba jednak wolisz nie znać. Dużo, to pojęcie względne. Dla jednych będzie ich dużo, dla innych mało. Ale dla mnie było ich za wiele. Teraz wiem, że czekałem właśnie na Ciebie. Tyś mi jest pisana! – zażartował.
    - Rozumiem, że nadal chcesz pełnić rolę mojego Anioła Stróża, kochanie? – roześmiała się Natalia.
    - No pewnie! Cała przyjemność po mojej stronie! – wykrzyknął Krzyś.
    Minęło już sporo dni, aż nadszedł czas zapraszania kolegów na ślub. Krzysztof wręczył im na uczelni pięknie wykonane kartki, wyraźnie byli usatysfakcjonowani.
    - Gdybyś wtedy z nami nie pojechał, pewnie wiódłbyś nadal życie samotnika. Nigdy nie wiadomo, co komu pisane – skwitował Waldek.
    - Masz rację, myślałem, że do 100 000 razy sztuka, ale po prostu nie trafiłem wtedy jeszcze na właściwą kobietę. Teraz wiem, że życie potrafi czasem zaskoczyć. Natalia jest tego przykładem – odparł Krzysztof, a na jego twarzy wreszcie dostrzegli SZCZĘŚCIE…
    Koniec :)
    Małgosia G.
    Mój adres to niezmiennie dziecina1@o2.pl

    OdpowiedzUsuń
  20. O czym marzą kobiety, czyli rozmowy niedokończone w burdelu

    W zadymionym i brzydko pachnącym pomieszczeniu znajdowało się stanowisko pracy jednej z toruńskich prostytutek.
    Ściany były obdrapane, gdzieniegdzie można było dostrzec ślady zielonej farby . Przeczy to przekonaniu wielu osób, że w burdelu ściany są czerwone. Nad łóżkiem jej wisiał tandetny obrazek, przedstawiający Arlekina. W tej scenerii obsługiwała klienta. „Głosy rozkoszy” zagłuszane były muzyką Davida Guetty.
    Piętnaście minut przed wyznaczonym czasem na „miłość”, facet przerwał kopulację. Wyjął z kieszeni paczkę czerwonych LD. Po chwili nagi siedział paląc fajkę. Mętnym wzrokiem popatrzył na dziwkę i krzyknął:

    - O co wam kurwa chodzi baby? Nie rozumiem...
    Zwykle miała wyjebane na filozofujących petentów. Tym razem jednak odpowiedziała mu lekceważącym tonem:
    - Nie oglądałeś „Titanica”?! Kobieta to głębia oceanu czy jakoś tak...- zadumała się i podrapała się po cipie. Facet wpadł w szał
    - Nie o to mi kurwa chodzi!!!- po chwili uspokoił się i skierował wzrok w stronę Dupy: (uniwersalne imię dla kobiety lub dla istoty, która traktowana jest przez Urząd Stanu Cywilnego jako osoba rodzaju żeńskiego)
    - Jak udzielisz mi satysfakcjonującej odpowiedzi dostaniesz ekstra dopłatę.
    - No dobra kurwa. Masz szczęście, że czasem czytam- wypowiadając te słowna, huhnęła mu dymem papierosowym w twarz.
    Po chwili wstała i wyjęła, ze stojącej obok łózka, szafki nocnej wolumen, zakupiony w „Taniej książce”.

    - To najlepiej zainwestowana złotówka w moim życiu. Ale mniejsza o to.
    Trafiłam w ten sposób na autorkę ,która te kobiece potrzeby zaspokaja. Nic wymyślnego a jednak nie mogłam spać przez 2 dni. Już przechodzę do meritum - kobieta potrzebuje miłości ,akceptacji i wiecznego parasola nad sobą( nie spodoba się to feministkom) chodzi o to,że jak jest źle to ZAWSZE facet wyciągnie ją z tarapatów nawet jeśli ona myśli ,że on ją nienawidzi. Widzisz, kobiety mają prostą konstrukcję .Chcą tego w książkach czego nie mają w życiu:

    wsparcia, miłości,ciepła,anioła stróża i kogoś kto wiecznie do niej wzdycha i pozwala żyć tak jak ona chce próżne to ale taka prawda.
    Kobiecie potrzeba wielkich uniesień a nie pozy życia bo prozę już ma w realu.
    nam chodzi tylko o to by znał się TEN jeden JEDYNY;) żeby wybiegał myślami przed nasze. nierealne ale znam dziewczynę,która przez takie myślenie zostawiła przyszłego męża.
    pamiętaj ,że KOBIETY OCZEKUJĄ INNYCH EMOCJI.
    Mężczyzna wstał i rzucił kurwie 100 złotych. Pewnie jeszcze nie raz tu przyjdzie. Do 100000 razy sztuka.
    wiecej na
    piekniizepsuci.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  21. Część pierwsza
    Na ulicy Gwiazdkowej, w mieszkaniu nr 25, żył sobie w klatce chomiczek syryjski Zdzisław. Właściwie powinien nazywać się Zdzisława, ale jego pani, dziewczynka o imieniu Łucja, nie zadała sobie przy zakupie w sklepie zoologicznych tyle trudu, aby zapytać o płeć zwierzęcia. Każdego dnia dostarczała mu garść smakowitych ziarenek i świeże brokuły, których nie znosił. Codziennie wypuszczała go też z klatki, aby mógł sobie pobiegać. Jednak nie czuł przy tym swobody. Łucja co chwilę łapała go, brała na ręce i głaskała. Może jej te pieszczoty sprawiały przyjemność, ale nie dla Zdzisława. Nie przepadał za dotykiem. Miał wrażenie, jakby jakiś olbrzym próbował zgnieść go swymi wielkimi mackami.
    Zdzisio miał plan. Uciec, uciec, jak najdalej stąd. Nie wiedział, co go czeka poza klatką, ale chciał zasmakować wolności. Wielokrotnie podejmował wysiłki, aby przegryźć klatkę, ale pręty metalowe ani myślały ustąpić jego siekaczom.
    Tego dnia wreszcie nadarzyła się okazja do ucieczki. Łucja nieopatrznie zostawiła niedomknięte drzwiczki od klatki.
    - Chodu! Pora czmychać z tego nieprzyjaznego miejsca – pomyślał Zdzich. – Do 100 000 razy sztuka. Tyle razy próbowałem zwiać, a tu tak się ładnie składa. Nic tu po mnie!
    Trącił lekko łapką drzwiczki, wyskoczył z klatki i ukrył się za szafką. Dobrze pamiętał, iż za chwilę, tak jak i każdego dnia, Łucja powinna wychodzić do szkoły. Zaczaił się i przebiegł między nogami dziewczynki. Całe szczęście, że mieszkali na parterze. Szybko pokonał kilka stopni schodów. Drzwi od klatki schodowej były nieszczelne, więc też próba ich pokonania zakończyła się sukcesem. Biegł i biegł, ile sił w łapkach. Ale co to? Goni go jakieś wielkie, kudłate zwierzę, wydając jakieś niepokojące, przeraźliwe odgłosy. Instynkt samozachowawczy podpowiadał mu, aby się nie zatrzymywał, tylko biegł dalej. Dotarł na łąkę pełną kwiatów, wszystko wydawało się nowe, wrogie i obce. I jeszcze ten straszny stwór tuż za nim. Już, już potwór miał go schwytać, gdy Zdziś zauważył jakąś norkę i wbiegł do niej. A w tej norce przechadzał się akurat jej właściciel - duży chomik europejski. Wpadli na siebie z łoskotem.
    - Kim jesteś, maluchu? – zapytał chomik europejski.
    - Wypraszam sobie, wcale nie jestem malutki. Nazywam się Zdzichu. Właśnie uciekłem od mojej pani. Przed chwilą coś mnie goniło: miało wąsy i chyba chciało mi zrobić krzywdę. Wiesz, co to było?
    Mieszkaniec norki roześmiał się tak, że aż zakrył się stópkami.
    - No nie rozśmieszaj mnie, kolego! Kota nie znasz? Toż to nasz największy wróg. Dobrze, że udało ci się uciec – podsumował.
    - Nie wiedziałem. Następnym razem będę ostrożniejszy. A jak mam do ciebie mówić? A poza tym, masz może coś do jedzenia? Od rana nie miałem nic w pyszczku – pożalił się Zdziś.
    - Mów do mnie Gustaw. Kiedyś słyszałem, jak jakaś kobieta nazywała tak swego męża i mi się spodobało. A o jedzenie musisz się sam zatroszczyć. Idź na pole, tam jest w bród pożywania – oznajmił.
    - Na pole? A tam nie ma kotów? – przestraszył się Zdzich.
    - Pewnie, że są. Mało tego! Są jeszcze drapieżne ptaki, które polują na ciebie z nieba. Dlatego uważaj na siebie. Niebezpieczeństwo czai się wszędzie. Bierz tyle, ile zmieści ci się w workach policzkowych i wracaj czym prędzej. Dziś możesz przespać się u mnie.
    Koniec części pierwszej

    OdpowiedzUsuń
  22. Część druga
    Zdzisław, pełen obaw, ruszył w pole. Bał się tak, że słyszał swój przyspieszony oddech i bicie własnego serca. Ciągle coś burczało, mruczało, szumiało. W oddali ujrzał pole marchewek. Poobgryzał tyle, ile był w stanie, zapakował do worków i wtedy nad nim pojawiło się jakieś nowe stworzenie. Sunęło po niebie, jak błyskawice, które obserwował kiedyś z klatki przez okno.
    - To pewnie ten ptak, o którym opowiadał Gustaw – wywnioskował.
    Także i tym razem udało mu się uciec. Opowiedział drugiemu chomikowi swoją przygodę, po czym nagle zatęsknił za domem. Tam miał spokój, jedzenia pod dostatkiem, o które nie trzeba było zabiegać, kochającą panią, ciepło i pachnące trocinki pod stopami. Wpadł na pomysł.
    - Gustawie, chyba jednak nie zabawię długo u ciebie. Ciągle myślę o moim domu, tam mi było najlepiej. Bardzo chciałbym, abyś poszedł ze mną. Znasz okolicę, więc pomożesz mi bezpiecznie wrócić, a przy okazji mnie odwiedzisz – zaproponował Zbigniew.
    - Z miłą chęcią zobaczę, jak mieszkasz – odparł Gustaw.
    Wyruszyli. Gustaw znał na tyle dobrze te rejony, że prowadził ich bocznymi drogami. Bez żadnych zagrożeń minęła im wędrówka na ulicę Gwiazdkową. Wspięli się po drzewie i przez otwarte okno weszli do mieszkania nr 25. Przebiegli cichaczem przez kuchnię, gdzie siedziała zapłakana Łucja. Po powrocie ze szkoły odkryła już, że chomiczek gdzieś zaginął. Szukała go, ale zapadł się jak kamień w wodę. Zdzisław zabrał Gustawa do swojej klatki. A tam same dobroci – pachnące trociny z sianem i tradycyjnie brokuł. Łucja pewnie zostawiła go myśląc, że to zwabi uciekiniera do klatki. I jak ten brokuł mu teraz smakował! Nie mógł się nacieszyć, że znów jest w domu. Dla Gustawa klatka wydawała się trochę mała, ale postanowił zostać kilka dni.
    W tym momencie Łucja pomyślała, że dobrze byłoby zajrzeć ponownie do pokoju, w którym stała klatka. A nuż – może teraz go znajdzie. Wchodzi i co widzi? Oprócz jej Zdzisława, jeszcze jakiś inny, wielki chomik. Jej radość nie miała końca. Postanowiła zatrzymać oba zwierzaki.
    Gustaw zadomowił się w klatce, zaczęło mu odpowiadać takie życie bez trosk i niebezpieczeństw. Zdzisław z kolei zaczął coraz to bardziej i bardziej puchnąć. Łucja zastanawiała się, czy to nie brokuły tak mu dobrze służą. Gdy jednak brzuszek zwierzątka nadal się zwiększał, poczuła się zaniepokojona. Poszła z nim do weterynarza. Pani doktor zbadała go i mówi:
    - Nie widzę tu żadnych niepokojących zmian. Twój chomik jest po prostu w ciąży!
    - Jak to w ciąży? Przecież to samczyk! – wykrzyknęła Łucja.
    - Na moje oko, to jednak samiczka – roześmiała się pani doktor.
    Zdzisław zaczął podskakiwać z radości:
    - Ha! Nareszcie! Dopiero zrozumiała, że jestem Zdzisława, a nie żaden Zdzisław! – ucieszył się chomik.
    Po niedługim czasie Zdzisława urodziła zdrowe, piękne maluchy. Stały się oczkiem w głowie całej chomiczej rodziny, ale i samej Łucji. Para gryzoni wreszcie znalazła swoje miejsce, którego już nigdy nie chciała opuszczać.
    Koniec

    OdpowiedzUsuń
  23. Dźwięk smsa wyrwał Wiktorię z głębokiego snu.
    - Cholerny telefon! Musi dzwonić akurat teraz, nie może zaczekać 5 minut! A miałam taki piękny sen…- dziewczyna przeciągnęła się leniwie na łóżku i zerknęła na wyświetlacz aparatu.
    - No tak. Znowu jakaś reklama: ,,Tylko jeden sms dzieli Cię od 100.000 złotych. Musisz jedynie odebrać nagrodę…-zaczęła czytać wiadomość
    - Ale zaraz, zaraz, która to godzina? Już po 7.00! Za godzinę mam egzamin na prawo jazdy!- Wiktoria natychmiast zerwała się z łóżka. – Dlaczego ten przeklęty budzik nie zadzwonił? Pewnie znów zapomniałam go włączyć.- myślała w pośpiechu ubierając się. Dziś po raz trzeci podchodziła do egzaminu na prawo jazdy. Miała nadzieję, że to jej ostatnia próba. Na 20 urodziny dostała od rodziców samochód, aby łatwiej jej było poruszać się po zatłoczonej Warszawie. Niestety, do szczęścia brakowało jej tego upragnionego ,,papierka”, żeby móc wyjechać swoim nowym autem z garażu. Od pół roku starała się zdać egzamin, ale mimo wielu dodatkowych godzin jazd ciągle kończyła go z oceną negatywną.
    - Dowód, portfel, telefon, klucze… Chyba mam wszystko.- wyliczała w myślach. Na klatce schodowej minęła się z przystojnym sąsiadem z przeciwka. Jak zwykle uśmiechnął się do niej tak, że zaparło jej dech w piersiach. Na chwilę zapomniała o całym świecie. Wpatrując się w jego zielone oczy przeskoczyła o jeden schodek za dużo i runęła jak długo, wprost pod nogi swojego obiektu westchnień, a z wypuszczonej z ręki torebki wysypała się całą jej zawartość. Czerwona ze wstydu zaczęła zbierać porozrzucane drobiazgi.
    - Wszystko w porządku?- spytał nieznajomy odnosząc z podłogi jej telefon komórkowy.
    - Tak. Nic mi nie jest. Przepraszam, śpieszę się.- Wiktoria niemal wyrwała chłopakowi komórkę z ręki i wybiegła z bloku. Próbował jeszcze ją zawołać, ale dziewczyna już go nie słuchała.
    - Co za wstyd! Teraz to już jestem spalona. Wżyciu się do niego nie odezwę. Nie po czymś takim. Kompletna porażka! Pewnie do teraz się ze mnie śmieje.- myślała, gdy mocno zdyszana wpadła do autobusu. Znalazła wolne miejsce, usiadła i zamknęła oczy próbując zebrać myśli. Ten wysoki brunet z przeciwka od dawna jej się podobał. Często o nim śniła. Nawet dziś. Właśnie mieli się pocałować, gdy obudził ją dźwięk smsa i musiała pojechać na egzamin.
    - Właśnie, prawo jazdy. Na tym powinnam się teraz skupić.- pomyślała i zaczęła w myślach powtarzać sobie podstawowe manewry. Kiedy usiłowała przypomnieć sobie rodzaje świateł samochodowych, zauważyła, że na dworze zaczął padać deszcz.
    - Pięknie! Tylko tego mi brakowało- Wiktoria była już naprawdę zdenerwowana. Pakując się w pośpiechu nie wzięła z domu parasola, dlatego do ośrodka dla kierowców dotarła kompletnie przemoczona. W ostatniej chwili udało jej się zdążyć. Egzaminator popatrzył na nią z politowaniem. Dopiero wtedy dziewczyna zdała sobie sprawę, że nie wygląda najlepiej. Przejrzała się w szybie samochodu i zamarła. Wyglądała tragicznie! Włosy miała rozczochrane, z oczu spłynął jej cały tusz, a mokre ubranie lepiło się do ciała.
    - Już chyba gorzej być nie może. – pomyślała wsiadając do auta. Niestety, ze zdenerwowania pomyliła biegi i samochód zamiast płynnie ruszyć do przodu, z rozpędem uderzył w tylni pachołek.
    - Przykro mi, ale musimy zakończyć egzamin oceną negatywną. – usłyszała na koniec od instruktora.

    OdpowiedzUsuń
  24. część druga
    - Trudno. Następnym razem będę miała więcej szczęścia.- Wiktoria starała się robić dobrą minę do złej gry. Postanowiła od razu zapłacić z kolejny egzamin. W drodze do kasy zdała sobie jednak sprawę, że nie ma portfela.
    - Tylko nie to! Okradli mnie! Na pewno w autobusie. – dziewczynie powoli zbierało się na płacz. Ten dzień był naprawdę koszmarny. Ponieważ nie miała pieniędzy na bilet, do domu wróciła pieszo. Wzięła długą kąpiel i powoli dochodziła do siebie. Po wyjściu z wanny ubrała się, wysuszyła włosy i włączyła telewizor. Właśnie zastanawiała się co zrobić na obiad, gdy usłyszała pukanie. Otworzyła drzwi i zdała sobie sprawę, że stoi w nich jej przystojny sąsiad. Zanim zdążyła wydusić z siebie choć słowo, on odezwał się pierwszy:
    - Cześć. Jestem Sebastian. Spotkaliśmy się dzisiaj rano, pamiętasz? Wydaje mi się, że znalazłem coś co należy do Ciebie. To chyba Twoja zguba?- wyciągnął do niej rękę, w której trzyma jej portfel. – Próbowałem Cię zawołać, ale chyba bardzo Ci się spieszyło.
    - Tak. Myślałam, że mnie okradli. Dzięki. Nie wiem jak mogę Ci się odwdzięczyć.
    - Może w ramach podziękowań zaprosisz mnie na kawę?
    - Jasne. Wejdź proszę. – powiedziała Wiktoria i otworzyła szerzej drzwi.
    Kiedy weszli do salonu usłyszała jak spiker telewizyjny czyta wiadomości: ,,W Japonii pewna kobieta urządziła huczne przyjęcie z okazji zdania egzaminu na prawo jazdy. Chciała uczcić swój sukces pośród licznej grupy znajomych. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że egzamin zdała dopiero za setnym razem…”
    - Niektórzy mają jeszcze mniej szczęścia niż ja. Widocznie w jej przypadku powiedzenie do trzech razy sztuka też się nie sprawdziło. A niech tam, może być nawet do 100.000 razy sztuka. Może jednak ten dzień nie będzie aż taki straszny- pomyślała Wiktoria i uśmiechając się do siebie poszła do kuchni zaparzyć kawę.

    OdpowiedzUsuń
  25. Idzie króliczek do sklepu i widzi ogromną kolejkę.
    Zaczyna się przepychać i po chwili na sam koniec wyrzuca go małpa:
    - Ty mały, kolejka jest! spadaj na koniec!
    Króliczek znowu zaczyna się wpychać, zauważyła to zebra:
    - Spieprzaj na koniec nie widzisz kolejki!
    Królik wkurzony ponownie próbuje dostać się na sam przód i staje przed żyrafą:
    - Won na koniec! - i pociągnęła szaraczkowi z kopyta.
    Króliczek wstał, otrzepał swoje futerko z kurzu i rzecze:
    - Do 100 000 razy sztuka, bo jak nie, to nie otworzę dzisiaj tego sklepu.

    OdpowiedzUsuń
  26. Mam ogromną słabość do fantastyki, a już w szczególności do duchów, więc takie też będzie moje opowiadanie:) Mam nadzieję, że się spodoba:)

    Cios nastąpił z góry. Jeszcze nie był dość silny. Jeszcze.

    Tak niewiele pozostało…

    Nagle wiatr począł wirować w kolistych fałdach przestworza. W szaleńczym pędzie barwy zgubiły swój kształt. Gabriel nie był pewien, czy jeszcze stoi o własnych siłach. Nie czuł otoczenia. Z daleka dochodził dziwny dźwięk. Nie mógł rozpoznać, czy był ludzki.

    Tymczasem kontury barw rozbełtały się w ciemnej substancji, a potem zawirowały. Niespodziewanie skądś wylały się szkarłatne krople, które pokryły całą czerń nieba. Otoczyły karminem horyzont, a potem objęły go, zagarniając do siebie.

    Gabriel nie mógł nie biec. Musiał. Coś go ciągnęło w stronę krwi. Coś silnego i jednocześnie przerażającego władało jego wolą. A on się do tego zbliżał. Gdzieś w tle słyszał krzyk. Był świadom, że to jego własny. Lecz nie mógł się zbudzić.

    I wtedy ją zobaczył. Ta czarna substancja zagęściła się i powoli podnosił się z niej kształt otoczony peleryną spod, którego przezierało rubinowe lśnienie. Jeszcze nie do końca ukształtowana ręka wyłoniła się z jej połów i sięgnęła kaptura, zdzierając go.

    Jego oczom ukazało się krwawe oblicze dziewczyny.

    - Liwio, nie mogę. – wyszeptał zbolałym głosem.

    Ciemne oczy zjawy spoczęły na nim, aż zgiął się w pół, wykrzywiając w bólu.

    - To właśnie czuję przez ciebie. – wypowiedziały oblane krwią usta zjawy.

    - Liwio… - wydyszał, próbując się wyprostować. – Wiesz, że cię kocham i… potrzebuję cię…

    Ostry krzyk ducha rozdarł powietrze między nimi.

    Gabriel jęknął i zakrył dłońmi uszy.

    - Przestań! Liwio, przestań!

    Wrzask ustał.

    - Nadal tu jestem. – powiedziała cicho dziewczyna. – Przy tobie. Skoro tak cierpisz, dlaczego wciąż pielęgnujesz te wspomnienia? Czemu mnie przyzywasz za każdym razem, gdy jesteś samotny? Czemu nie dasz mi spokoju?

    - Przepraszam. – wyszeptał. – Ja… nie myślałem… ja chyba… przepraszam. – przełknął gulę rosnącą w gardle.

    - Gabrielu, nie odejdę, jeśli mnie nie wypuścisz. – rzekła, zbliżając się o krok.

    Znów poczuł pulsujący pod czaszką ból.

    - Nie… nie… - wydyszał, próbując gestem powstrzymać ją od zbliżenia się ku niemu. – To boli.

    - Wiem. – powiedziała niewzruszenie zjawa. – A myślisz, że dlaczego to robię?

    Podniósł na nią wzrok, ale kiedy tylko ich spojrzenia się skrzyżowały, coś tępego i ciężkiego uderzyło go w plecy. Osunął się na ziemię.

    Zjawa przyklękła przy nim i ból w jego ciele wzmógł się trzykrotnie.

    - Liwio, nie mogę o tobie tak po prostu zapomnieć. – sapnął, próbując podnieść się na łokciach.

    Dziewczyna w czarnej pelerynie gwałtownym ruchem wstała, a potem wskazała zamaszystym gestem przestrzeń wokół.

    - To, co z nas zostało.

    Rozejrzał się.

    Pierwsze, co zdążył zauważyć, to czerń nieba. Zasnute chmurami niemal przyciągało burzę.
    Gabriel zerwał się na równe nogi. Poczuł, jak emocje rosną na sile, pozbawiając go tchu. Głośno łykał powietrze, które napełniało się zapachem dymu z każdym jego wdechem. Jak gdyby było zatrute.

    Z drzew i nieba odchodziły płaty, jakby ktoś odklejał naklejki. Nagle wiatr rozszalał się, targając dookoła wszystkim, co stanęło mu na drodze. Wszystko wyglądało niczym żarząca się fotografia.

    Gdy przetarł oczy, zobaczył pogorzelisko. Wszystko było zrujnowane, wszędzie zniszczenia, ruiny wspaniałej krainy.

    Cmentarz.

    OdpowiedzUsuń
  27. I cd

    Drzewa leżały pokonane, niektóre kikuty sterczały jeszcze ponad ziemią, lecz ich wątła postawa zwiastowała rychły upadek. Zieleń trawy przygasła. Kwiaty poznikały w fałdach ziemi, zgniecione niby zapisane bazgrołami kartki papieru. Niebo dotychczas uśmiechnięte, ubrało się w smutek i rozpacz – tak pasujące do jego nastroju. Zasnute siwymi chmurami ukryło gdzieś słońce, które nie odważyło się wychylić.

    Cała kraina runęła w zgliszczach ułudnego piękna. Zatraciła sens swego istnienia, gdy ona chciała z niej odejść.

    Serce trzepotało mu w piersi, oddech spłycił swój bieg.

    - Nie. To nieprawda. – pokręcił głową.

    - Ależ tak. – odezwała się łagodnie, patrząc mu w oczy. – Gabrielu, wiesz, że ja nie jestem prawdziwa. Ja nie ży…

    - Nie! Nie mów tego…

    - A co mam powiedzieć? Wiesz, że to prawda. Musisz mi pozwolić odejść. – przeszywała go atramentowymi tęczówkami. – Proszę, Gabrielu, jestem już taka zmęczona… - westchnęła i zgarbiła ramiona.

    Dreszcze oblekły jego ciało w pajęczynie przerażenia. Tumult walącego się świata nie był przeszkodą. Nic nie miało znaczenia. Bowiem nie mógł mieć jedynej osoby, na której mu zależało.

    Zjawa dziewczyny zbliżyła się. Gdy dotknęła skóry jego twarzy, poczuł odchodzące z niej ciepło.

    - Wypuść mnie. Uwolnij.

    Stał w bezruchu. Jej oczy patrzyły na niego, ale wydawało się, że go nie widzi. Jej piękne, czarne oczy były tak odległe i zamglone…

    Pod powiekami poczuł łzy. Mimowolnie myślał o jej uśmiechu, o tym, w jaki sposób patrzyła na niego, gdy się śmiała, gdy jeszcze… gdy żyła. Obraz ten ociekał cudownością w równym stopniu co cierpieniem.

    - Czy kochasz mnie na tyle, by pozwolić mi odejść? – zapytała cicho, ale on nie odpowiedział.

    Wtedy po raz pierwszy na niego spojrzała tak, że był pewny, że naprawdę go widzi.

    A potem wstała i odeszła. A jej drogę znaczyły nikłe ślady krwawych łez.

    Gabriel postawił krok w mroku, który okrywał jego ciało płaszczem z ciemności. Dotykał jego zranionej duszy i wywlekł lęki.

    Krzyk się zbliżał. Był blisko. Zaledwie kilka kroków.

    Nagle wszystko się zatrzymało.

    Ocknął się. Gabriel obudził się, przerywając makabryczny sen. Przestał krzyczeć. Otworzył oczy i ukazał mu się jeszcze bardziej potworny widok.

    Puste miejsce obok niego w łóżku.

    Zamknął oczy, przytknął kciuk i palec wskazujący, uciskając nasadę nosa. Westchnął.

    - Mogę próbować o tobie zapomnieć. Mogę próbować w nieskończoność. Do 100 000 razy sztuka. – prychnął. – Ale mi się to nie uda.

    Kiedyś śnił o niej codziennie, marząc o kolejnej szansie na spotkanie, choćby tylko w taki sposób. Ale ona nie była szczęśliwa, chciała odejść na zawsze. Wtedy sny przeradzały się niekończące się koszmary, a on został w nich uwięziony, będąc rozdartym pomiędzy swoimi pragnieniami, a okrutną rzeczywistością.

    Uchylił powieki i spojrzał na pustą poduszkę, którą kiedyś zajmowała. Oczy zaszły mu łzami. Nie było jej. Nie było tu. Nie było jej z nim. Już nigdy. Odeszła. Zostawiła go samego.

    - Choćbym starał się z całych sił… nigdy cię nie zapomnę, Liwio. Wybacz.
    ***

    aga18ilm@interia.eu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gabriel
      Gabriel był zmęczony. Był zmęczony oczekiwaniem. Ile jeszcze? Kiedy wreszcie przestanie być aniołem najniższej trzeciej kategorii? Kiedy dostanie zasłużony awans? Gabriel nie miał najmniejszych wątpliwości, że awans jest zasłużony. To, że nie uzyskał go do tej pory, to jedynie smutny dla niego i nieszczęśliwy dla ludzki i innych aniołów los. Tak, tak. Jemu było przykro. A cała społeczność – i ta ziemska i ta niebiańska – pozbawiona była możliwości poznania zasług Gabriela. Zasługi te były wielkie, wręcz nieziemskie (co zresztą jest logiczne w przypadku anioła, nawet najniższej trzeciej kategorii). Jednak zawsze coś niweczyło te zasługi. Nie mogły zatem zostać docenione. I tak oto Gabriel z zazdrością (uczuciem, które nie przystoi wszak aniołom, nawet najniższej trzeciej kategorii) myślał o swoim imienniku – archaniele Gabrielu. To samo imię, a jak inny los. Archanioł Gabriel – anioł nad aniołami, przedstawiciel niebiańskiej ekstraklasy. I on, Gabriel - anioł najniższej trzeciej kategorii. A między nimi przepaść (mierzona dwiema kategoriami aniołów). Aby to zmienić, musi czymś się wykazać. Ale czym? Próbował już tyle razy. Chciał pomagać ludziom.
      Przypomniał sobie swoją 99999 interwencję. Śmiertelniczka Daniela marzyła o poznaniu atrakcyjnego mężczyzny. Gabriel pomógł kobiecie takiego spotkać, stawiając na jej drodze (a dokładnie: na parkingu przed kinem, tuż po obejrzeniu przez Danielę kolejnej komedii romantycznej, której tytułu Gabriel nie był w stanie powtórzyć) wyśniony ideał. Mężczyzna był taki, jak wymarzyła sobie Daniela: wysoki i przystojny. Niestety, Gabriel nie sprawdził innych cech owego ideału. Nie wiedział, że mężczyzna był także próżny, samolubny i – nazwijmy rzecz po imieniu – głupi. Szybko okazało się, że Daniela i jej przystojniak nie mają o czym rozmawiać i właściwie nic ich nie łączy. Daniela popadła w apatię i zniechęcenie. Ale czy opisana sytuacja była winą Gabriela czy Danieli? Wszak to ona nie doprecyzowała swoich marzeń. Nie zastanowiła się nad walorami intelektualnymi wymarzonego ideału, skupiając się wyłącznie na jego fizyczności. Cóż, było, jak było. Konsekwencje poniósł on – Gabriel. Daniela, pocierpi i przestanie, a jemu szansa na wymarzony awans w anielskiej hierarchii przeszła koło nosa.
      Ale, ale… Gabriel, tylko sobie znanymi kanałami pozyskał informację, iż kolejna kobieta potrzebuje pomocy. Olga – tak było jej na imię – marzyła o tym, by zostać jednym z trzech laureatów konkursu blogowego zorganizowanego przez znaną pisarkę Agnieszkę Lingas-Łoniewską. Gabriel pomyślał: „Do 100000 razy sztuka. Spróbuję raz jeszcze. Pomogę Oldze”. Czy Gabrielowi i Oldze uda się spełnić ich marzenia? To już zupełnie inna historia…

      olgarytel@wp.pl

      Usuń
  28. Dlaczego tak dziwnie wyszedł mój tekst? Jako odpowiedź do komentarza? To miał być komentarz...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olgo, bo pewnie dałaś "odpowiedz" pod poprzednim postem:) (tak jak ja teraz)

      Usuń
  29. Może spróbuję jeszcze raz?

    OdpowiedzUsuń
  30. Nie ma potrzeby, Twój wpis jest doskonale czytelny:)

    OdpowiedzUsuń
  31. Gabriel
    Gabriel był zmęczony. Był zmęczony oczekiwaniem. Ile jeszcze? Kiedy wreszcie przestanie być aniołem najniższej trzeciej kategorii? Kiedy dostanie zasłużony awans? Gabriel nie miał najmniejszych wątpliwości, że awans jest zasłużony. To, że nie uzyskał go do tej pory, to jedynie smutny dla niego i nieszczęśliwy dla ludzki i innych aniołów los. Tak, tak. Jemu było przykro. A cała społeczność – i ta ziemska, i ta niebiańska – pozbawiona była możliwości poznania zasług Gabriela. Zasługi te były wielkie, wręcz nieziemskie (co zresztą jest logiczne w przypadku anioła, nawet najniższej trzeciej kategorii). Jednak zawsze coś niweczyło te zasługi. Nie mogły zatem zostać docenione. I tak oto Gabriel z zazdrością (uczuciem, które nie przystoi wszak aniołom, nawet najniższej trzeciej kategorii) myślał o swoim imienniku – archaniele Gabrielu. To samo imię, a jak inny los. Archanioł Gabriel – anioł nad aniołami, przedstawiciel niebiańskiej ekstraklasy. I on, Gabriel - anioł najniższej trzeciej kategorii. A między nimi przepaść (mierzona dwiema kategoriami aniołów). Aby to zmienić, musi czymś się wykazać. Ale czym? Próbował już tyle razy. Chciał pomagać ludziom.
    Przypomniał sobie swoją 99999 interwencję. Śmiertelniczka Daniela marzyła o poznaniu atrakcyjnego mężczyzny. Gabriel pomógł kobiecie takiego spotkać, stawiając na jej drodze (a dokładnie: na parkingu przed kinem, tuż po obejrzeniu przez Danielę kolejnej komedii romantycznej, której tytułu Gabriel nie był w stanie powtórzyć) wyśniony ideał. Mężczyzna był taki, jak wymarzyła sobie Daniela: wysoki i przystojny. Niestety, Gabriel nie sprawdził innych cech owego ideału. Nie wiedział, że mężczyzna był także próżny, samolubny i – nazwijmy rzecz po imieniu – głupi. Szybko okazało się, że Daniela i jej przystojniak nie mają o czym rozmawiać i właściwie nic ich nie łączy. Daniela popadła w apatię i zniechęcenie. Ale czy opisana sytuacja była winą Gabriela czy Danieli? Wszak to ona nie doprecyzowała swoich marzeń. Nie zastanowiła się nad walorami intelektualnymi wymarzonego ideału, skupiając się wyłącznie na jego fizyczności. Cóż, było, jak było. Konsekwencje poniósł on – Gabriel. Daniela, pocierpi i przestanie, a jemu szansa na wymarzony awans w anielskiej hierarchii przeszła koło nosa.
    Ale, ale… Gabriel, tylko sobie znanymi kanałami pozyskał informację, iż kolejna kobieta potrzebuje pomocy. Olga – tak było jej na imię – marzyła o tym, by zostać jednym z trzech laureatów konkursu blogowego zorganizowanego przez znaną pisarkę Agnieszkę Lingas-Łoniewską. Gabriel pomyślał: „Do 100000 razy sztuka. Spróbuję raz jeszcze. Pomogę Oldze”. Czy Gabrielowi i Oldze uda się spełnić ich marzenia? To już zupełnie inna historia…

    olgarytel@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  32. Pospieszyłam się i dodałam raz jeszcze, zanim przeczytałam Pani odpowiedź. Przepraszam za zamieszanie.

    OdpowiedzUsuń
  33. A dziś, dla odmiany - wierszyk :) Kiedyś tworzyłam podobne dla siostry na dobranoc, jako rodzaj bajeczek. Siostra już jest dorosłą kobietą, więc już nie mam okazji, aby jej opowiadać. Pomyślałam jednak, że mogłabym tu zamieścić jakąś historyjkę. Mam nadzieję, że ta forma mieści się w zasadach regulaminu :)
    "Świstaczkowa wizyta"
    Idzie świstak w odwiedziny
    Do świstaczej swej rodziny.
    Został wcześniej zaproszony,
    Włożył surdut już znoszony.
    Klapki całe też przetarte,
    A spodenki w szwie rozwarte.
    Dla dodania animuszu,
    Zapiął ciasno na podbrzuszu
    Pas, co ciągle mu się wpijał
    Wnet, gdy tylko dom swój mijał.
    Kroczy więc do rodzinnej norki,
    Niesie ze sobą dwa wielkie worki.
    W nich prezentów jest bez liku,
    Czekolady, dżem w słoiku.
    Puka, a tu rzecz nie lada,
    W ogóle nikt nie odpowiada.
    Do 100 000 razy sztuka!
    Puka, puka…ciągle puka.
    Ojciec wygląda wtem zaspany:
    - Po coś ciągnął te gałgany?!
    - To prezenty, proszę taty,
    A nie jakieś byle graty!
    - Chodź, mama cię oczekuje
    I pewnie coś pysznego szykuje.
    Od rana te aromaty
    Unoszą się na pół chaty.
    Czuję się już odurzony
    Przez wyroby mojej żony.
    Ale nie mogę jej tego powiedzieć,
    Lepiej przecież cicho siedzieć.
    Nie słyszałem twego pukania,
    Gdyż ułożyłem się do spania.
    Na to mama się pojawia
    W kapeluszu w oczka pawia.
    I tak rzecze już do syna:
    - Zaraz obiad się zaczyna.
    Umyj łapki i do stołu,
    Dziś upiekłam całe wołu.
    A na deser są robaczki,
    Oraz świeże kabaczki.
    - Przyjmij mamo ma prezenty,
    Cały jestem dziś przejęty.
    Będę miał niedługo brata,
    Oj, postarał się mój tata.
    Dużo zdrowia, wielu gości,
    Życia w pełnej szczęśliwości.
    Aby tata nie marudził
    I nigdy ci się nie znudził.
    Jedzenie było bardzo apetyczne,
    A robaczki takie śliczne,
    Jednak świstak musiał wracać
    I w błogim śnie się zatracać.
    Zasnął szybko w swojej jamie,
    Myśląc o tacie, braciszku i mamie.

    OdpowiedzUsuń
  34. W związku z pewnym zapytaniem, od jednego z uczestników konkursu, śpieszę wyjaśnić dlaczego nie umieszczam tutaj jego krytycznych wypowiedzi. Osoba ta krytycznie wypowiadała się na temat prac uczestników konkursu i nie uznałam za zasadne moderowania i akceptowania tych wypowiedzi właśnie pod tym konkursem. Mój konkurs blogowy nie jest konkursem na opowiadanie, czy inną formę literacką, dlatego też nie widzę powodu, dla którego ktokolwiek miałby prawo krytykować wypowiedzi innych uczestników. Formuła konkursu ma bawić, ma być rozrywką, jeśli zrobię konkurs na opowiadanie, wytypuję jury, które będzie miało prawo krytycznie wypowiadać się o zamieszczonych tekstach, na pewno się o tym dowiecie. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to mi się w Pani podoba. To ma być przede wszystkim dobra zabawa. Każdy ma prawo do własnego zdania, ale w przypadku konkursu krytyczne uwagi powinien zachować dla siebie. Twórczość danej osoby może się podobać komuś lub nie, różne mamy gusta. Ale też nie wolno tego twórcy ranić swymi negatywnymi ocenami. Krytyka powinna być budująca, dawać wskazówki na przyszłość. Jako jedna z osób tu publikujących, pragnę Pani podziękować :)

      Usuń
    2. To ma być nasza wspólna zabawa, w której nagrody to powieści. Takie małe święto bloga, piszących i czytających. Nie ma tu miejsca na krytykę, tylko na dobrą zabawę:)

      Usuń
    3. I bardzo słusznie. Takie publiczne wytykanie błędów z pewnością nie jest przyjemne. Szczególnie gdy to nie konkurs dla profesjonalistów a sympatyków bloga. Niemniej, jeśli Krytyczny ma jakieś konstruktywne uwagi do moich prac, mail jest na profilu, można pisać ;-) Serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  35. Bez przebaczenia


    Ona:

    ''Kocham Cię'' banalne słowa. Dlaczego więc tak trudno je czasami wymówić? Boje się. Nie wiem czego. Jest przecież moim przyjacielem. Osobą której ufam bezgranicznie. Mimo wszystko nie jestem w stanie wymówić tych dwóch słów.
    -Ethan coś się stało?- Skinął głową, uśmiechając się lekko. Nie przypuszczałabym, że on już się domyśla. Znał mnie zbyt dobrze. Milczał przyglądając mi się wyczekująco. Mogłabym się założyć jakie słowa zaraz padną. I wygrałabym. Bo przecież nasza znajomość nie jest jednostronna. Ja także znam go nie najgorzej.
    - Może ty mi powiesz? - zapytał spokojnym niby beztroskim tonem. W tej chwili pragnęłam tylko jednego i oddałabym wszystko za to by podszedł i przytulił mnie. Albo chociaż za odrobinę odwagi by samej to uczynić . Jak to jest że normalnie niczego się nie boje, a bliskość przyjaciela nagle tak bardzo mnie przeraża?
    -Nic takiego – skłamałam.
    Nie wiem dlaczego się odwróciłam. Może gdybym tego nie zrobiła wszystko potoczyłoby się inaczej? W tamtej chwili jednak ucieszyłam się, że to zrobiłam bo zobaczyłam po drugiej stronie ulicy Max'a. Był to doskonały pretekst by po raz kolejny przełożyć tę rozmowę na inny czas. No i w końcu dwie najważniejsze osoby w moim życiu miały się nareszcie spotkać.
    Zanim jednak zdążyłam cokolwiek powiedzieć ogłuszył mnie huk i zobaczyłam jak ciało mojego brata powoli osuwa się na ziemię. Nie zważając na nic biegiem ruszyłam w jego stronę.
    Zamknęłam oczy w milczeniu błagając by to wszystko okazało się koszmarnym snem. Zacisnęłam dłonie w pięści. Otworzyłam oczy i spojrzałam na leżące przede mną ciało. Nogi się pode mną ugięły. Klęczałam nad martwym chłopakiem, a po policzkach spływały mi łzy. Załkałam żałośnie i osunęłam się na ziemię, wtulając twarz w marwte ciało.
    Leżałam bez ruchu czując się sto razy gorzej niż po wypadku rodziców, chociaż jeszcze wczoraj nie wierzyłabym, że to możliwe. ''Dlaczego?! Cholera dlaczego ja?!'' Może to głupie, ale ta myśl mnie rozśmieszyła. Wyciągnęła z dołka na te kilka cennych sekund, bym mogła odzyskać zdrowy rozsądek. To nie była moja wina. Tym razem to naprawdę nie była moja wina.


    On:

    Powinienem być szczęśliwy. Tyle lat marzyłem o tej chwili. Jednak gdy zobaczyłem ja klęczącą przy jego ciele uświadomiłem sobie co właśnie zrobiłem. Owszem byłem szczęśliwy jak nigdy wcześniej, jednak ta chwilowa radość w porównaniu do tego bólu jaki potem poczułem w sercu wydaje się czymś nieistotnym. To wszystko było takie nierealne.
    Jak to możliwe, że ten kawał skończonego drania mógł być jej jedyną rodziną, jej ukochanym braciszkiem? Gdybym wiedział nigdy bym nie pociągnął za spust . Może nawet kiedyś byłbym mu w stanie wybaczyć to co zrobił. Ale jakie to ma teraz znaczenie ? Ona mi nigdy tego nie przebaczy.
    Ten ból gdy osoba dla której gotów jesteś poświęcić wszystko odwraca się do ciebie plecami i odchodzi, nie da się porównać do niczego. Była to chwila w której po raz pierwszy i ostatni w życiu błagałem kogoś o coś na kolanach i prosiłem przez łzy. Powinienem był wtedy, przyłożyć sobie tą broń do głowy i strzelić... może mniej by bolało.
    Teraz trzy lata po tych wydarzeniach - gdy po raz kolejny zamknęła mi drzwi przed nosem nie odzywając się do mnie ani słowem, a towarzyszący mi przyjaciel patrzył na mnie jak na wariata – uświadomiłem sobie, że nigdy się nie poddam.
    - Ile razy można przepraszać?
    '' Do 100 000 razy sztuka'' pomyślałem, ale nic nie odpowiedziałem.
    - Po ilu razach wreszcie sobie odpuścisz? Ile jeszcze?!
    - Jeśli trzeba to i milion. Będę przepraszał tak długo dopóki mi nie wybaczy.



    magialen@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  36. Codziennie patrzę w lustro i zastanawiam się co się ze mną stało, co ja z siebie zrobiłam. Kiedyś byłam super zgrabną i zadbaną babeczką. Faceci oglądali się za mną na ulicy, moja figura wzbudzała zazdrość wśród koleżanek. Chodziłam w sukienkach, krótkich spódnicach, szpilkach... A dziś? Dziś wyglądam jak potwór. Ze spodni wylewają się wałki tłuszczu, mam problemy z kupnem ubrań. Idę do sklepu i czuję wstyd i zażenowanie kolejny raz słysząc od sprzedawczyni, że nie mają takiego rozmiaru. I nie potrafię sobie z tym poradzić. Codziennie wieczorem obiecuje sobie, że następnego dnia zacznę dietę, będę racjonalnie się odżywiać. Zwykłe na obietnicach się kończy. Kilka razy udało mi się dłużej wytrwać w postanowieniu, ale potem nadchodziły dni "wielkiego obżarstwa". Sięgam po jedzenie kiedy czuję się niepewnie, kiedy dopada mnie smutek, bezsilność, marazm. To jest mój sposób na stres. Jem batonika i przez krótką chwilę zapominam o problemach, ale potem jest jeszcze gorzej. Moja waga wskazuje kolejny nadprogramowy kilogram. Popadam w rozpacz i co robię? Sięgam po ciastko, czekoladę, cukierka. I machina się nakręca. Dziś kolejny raz postanowiłam ,że od jutra koniec. Nie mogę i nie chcę tak dłużej żyć. Ale czy mi się uda? Muszę wierzyć. "Do 100 000 razy sztuka".

    Pozdrawiam:)
    krysiaz@vp.pl

    OdpowiedzUsuń
  37. Po raz kolejny zadaję sobie pytanie
    -dlaczego ja?dlaczego...?
    A wszystko zaczęło się tak banalnie.Rozpadające się małżeństwo po którym zostałam sama z dziećmi.
    To wówczas los uśmiechnął się do mnie po raz pierwszy i postawił na mojej drodze cudownego mężczyznę.Drugi uśmiech losu wzbogacił nasze życie o małą córeczkę,a kolejny uśmiech o kolejnego członka rodziny.
    Tu los chyba przestał się do mnie uśmiechać.Wypadek męża spadł na nas tak nieoczekiwanie.Nasza zabiegana dotąd rodzina musiała przystanąć i stawić czoła rzeczywistości.
    Może to wszystko musiało się wydarzyć?Może musiałam przystanąć i zauważyć że jednak los ciągle się do nas uśmiechał?
    -Do 100 000 razy sztuka,aby zauważyć uśmiechy losu-pomyślałam i podziękowałam losowi,bo chociaż mąż leży to jednak jest z nami i pomału zdrowieje.

    Pozdrawiam
    dla_domu@onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  38. Jeszcze jedno ode mnie:) Nie wiem, co mnie wzięło na takie smuty (jesienna chandra? Chyba jeszcze za wcześnie), ale nie mogłam się powstrzymać;) Tym razem jednak jest słodko-gorzki happy end:)

    Część 1

    Była cudowna. Nasza pierwsza randka.
    Laura stała przy palącym się jasnym płomieniem kominku. Splotła dłonie przed sobą, ale i tak dostrzegłem ich delikatne drżenie. Na tę okazję ubrała piękną śnieżnobiałą sukienkę sięgającą jej kolan, sandały na niskim obcasie, a w upięte nisko na karku włosy wsunęła złotą spinkę o szafirowym oku.
    Gdy wszedłem do salonu wprowadzony przez jej starszą siostrę Nadię, uśmiechnęła się promiennie, a w jej policzkach ukazały się dwa urocze dołeczki. Podałem jej ramię, a ona z wdzięcznością je przyjęła i tak ruszyliśmy do samochodu.
    Zaplanowałem naprawdę idealną randkę: mieliśmy jechać na potańcówkę na plaży, na potem własnoręcznie przygotowałem kolację w moim ulubionym miejscu – na starym molo, o którym wydawało się, że nikt już nie pamiętał, a na koniec mieliśmy udać się do wesołego miasteczka. Okazało się jednak, że żadnego z tych planów nie wykonaliśmy, bo już w samochodzie nie mogliśmy przestać się całować.
    To było jakbym po raz pierwszy cokolwiek czuł. Prawdziwie czuł. Elektryzujące uczucie podobne tajfunowi, którego moc i gwałtowność porywa cię w wir, zalewa i niszczy twój opór. Kiedy wsunęła dłoń pod moją koszulkę i przejechała palcami po moich nagich plecach, drżałem i oddychałem ciężko, urywanie, próbując zapanować nad rozpierającym mnie od wewnątrz pragnieniem.
    Laura była taka delikatna. Czasem wyobrażam sobie ją jako motyla, któremu zabrano skrzydła, a dano ręce. Wydawała mi się jak sen, ulotna i eteryczna, niewinna i wrażliwa. Dziewczyna, którą trzeba chronić, która potrzebuje dobroci, ciepła i bezpieczeństwa.
    Tamtej nocy staliśmy na skrzyżowaniu. Ulica była pusta, ani jednej żywej duszy. Było późno, więc nie przejmowaliśmy się, a wręcz cieszyło nas to. Wszechpanujący mrok i subtelna poświata niesiona przez uliczne latarnie potęgowała intymny nastrój.
    Ale nagle coś za naszymi plecami rozświetliło gwałtownie przestrzeń, a naszych uszu doszedł przeraźliwy zgrzyt hamulców. Obróciłem się i zdążyłem jedynie zauważyć reflektory ciężarówki.
    Od tamtego wydarzenia minęły już cztery lata. Laura zginęła, ja przeżyłem. Ale nie umiałem żyć.
    Próbowałem. Naprawdę. Każdy kolejny dzień wydawał się torturą, przynajmniej na początku. Później było lepiej, ale niewiele. Kiedy wreszcie zaakceptowałem fakt, że moja pierwsza miłość już nie istnieje, zacząłem spotykać się z innymi dziewczynami.
    Raz była to szalona ryzykantka, dla której skoki na bungee były codziennością, innym razem piegowata, nieśmiała i zamknięta w sobie fanka deskorolki i waty cukrowej albo ponura Gotka z kolczykiem w pępku. Do 100 000 razy sztuka, myślałem kwaśno. Żadna z nich jednak nie potrafiła ukoić mojego bólu po stracie Laury. Albo raczej to ja nie potrafiłem odważyć się, by pokochać kogokolwiek innego prócz niej.
    Cztery lata później i nagle coś się zmieniło. Spotkałem ją przypadkiem, choć nie pierwszy raz. Jak się okazało, nie znałem jej wcale.
    A była taka energiczna, świeża, pełna pomysłów… inna. Nikt tak naprawdę jej nie znał. Potrafiła zmieniać się jak nieobliczalny żywioł, zawsze rozciągała usta w pełnym blasku uśmiechu, a oczy świeciły jej jak dwie pochodnie. Chadzała własnymi ścieżkami, była zupełnie nieprzewidywalna nawet dla tych, który ją znali. Potrafiła jednego dnia wskoczyć w górską kolejkę, wystąpić publicznie, wygłaszając mowę zachęcającą do obrony zwierząt domowych, a potem jeszcze przebyć kilka godzin drogi do Paryża i z powrotem, by kupić upatrzony amulet świecącego srebrem kła. Jej mieszkanie było pełne antycznych pamiątek z różnych zakątków świata, stał w nich półtorametrowy posąg Dawida, a tuż obok rozpościerał się dywan z przetykanymi ręcznie złotoczerwonymi nićmi. Raz nawet znalazłem w jej wysokim do kostek bucie krótki nóż.

    OdpowiedzUsuń
  39. Część 2

    Wiele razy pytałem ją, kim jest. Lecz ona tylko uśmiechała się tajemniczo i mierzwiła mi włosy w geście, który zawsze mnie rozluźniał i przywodził na usta ciepły uśmiech.
    A kim była? Na pewno kimś zupełnie innym od Laury. Była jej przeciwieństwem.
    Wiele razy śmiałem się potem z siebie, myśląc o swoich poszukiwaniach bratniej duszy. Wtedy jeszcze nie podejrzewałem, że może nią być ktoś zupełnie odmienny od mojego doskonałego wzoru, którym była cicha i zwiewna Laura.
    I ja… zakochałem się. Naprawdę.
    A spotkałem mój nowy ideał zupełnie nieoczekiwanie. W rocznicę śmierci Laury.
    To właśnie wtedy uświadomiłem sobie upływający z nieprawdopodobną prędkością czas. Przekroczyłem bramy cmentarza i ruszyłem wąską alejką. Na końcu, w miejscu, gdzie się rozdwajała, skręciłem w lewo. Ku mojemu zaskoczeniu, zorientowałem się, że nie jestem tu sam. Przy grobie Laury stał niewysoki cień dziewczyny.
    Zatrzymałem się pośrodku ścieżki. Nie byłem pewny, czy mogę jej przeszkadzać. Czułem się nieswojo, bo nie wiedziałem, kim jest ta tajemnicza postać, a jednocześnie czułem, że nie wolno mi tu być. Nie po tym, co zrobiłem… albo czego nie zrobiłem. Nie ochroniłem najdroższej mi istoty. Pozwoliłem ją skrzywdzić, pozwoliłem jej umrzeć.
    - Zastanawiasz się, czy masz prawo tu być?
    Drgnąłem. Pozwałem ten głos.
    - Tak jakby. – odpowiedziałem. – Twoja rodzina nie jest mi przyjazna. Przynajmniej już nie, Nadio.
    Dziewczyna odwróciła się do mnie twarzą i teraz mogłem zobaczyć wszystko: od układających się falami kasztanowych włosów, poprzez roziskrzone łzami miodowe oczy, po pełne i miękkie usta wykrzywione w grymasie bólu, kiedy na mnie spojrzała. Przez długą chwilę milczenia patrzyliśmy sobie w oczy, nic nie mówiąc.
    To ona pierwsza spuściła wzrok.
    Jednak zanim długa grzywka przysłoniła jej oczy, zobaczyłem w nich jeszcze nieukojony smutek i ciche wołanie o pomoc. To, co widziałem codziennie, patrząc w lustro.
    To było naturalne. Podszedłem bardzo powoli, stanąłem za drobną dziewczyną i położyłem dłoń na jej ramieniu. Kiedy tylko nasze ciała zetknęły się ze sobą, przeszedł nas energetyczny prąd. Zanim zdołałem zrozumieć, co się dzieje, Nadia obróciła się na pięcie i wtuliła głowę w moją pierś. Moje ręce same objęły ją czule i zamknęły w bezpiecznej obręczy.
    - Chcę, żeby to się już skończyło. – chlipnęła cicho, a ja poczułem ból na myśl, że ona cierpi.
    - Jeśli pozwolisz jej odejść… - głos mi się z lekka załamał, gdy wspomniałem o Laurze, ale kontynuowałem dalej. - …ona odda ci wolność i spokój ducha.
    - A ty pozwoliłeś? – zapytała, podnosząc głowę i zaglądając mi w oczy.
    - Chyba… wreszcie… - zająknąłem się, ale patrząc w te złocistobrązowe tęczówki, nabrałem pewności. – Tak.

    aga18ilm@interia.eu

    OdpowiedzUsuń
  40. Początek

    Drogi Wuju!

    Piszę do Ciebie z mojej „kawalerki” obok zapuszczonego wiejskiego domku Stalińskich, gdzie ta starsza kobieta, która mieni się być z naszej rodowej linii, ulokowała mnie niczym zapomniany grat, żeby dzień w dzień wysłuchiwać jej rozmów z kwiatami i kotem Filemonem. Choć jestem tu dopiero od dwóch tygodni, już tęsknię za surowym pięknem gór. Dopiero znajdując się tutaj, na zupełnym odludziu, gdzie wszyscy wokół prowadzą sielankowe życie, pozbawione jakichkolwiek przygód, można zrozumieć, jak bardzo silna jest ta tęsknota za domem. Tutaj ludzie martwią się jedynie o to, jak uniknąć zderzenia z rowerzystą na wąskiej dróżce do centrum miasta albo czy w radiu usłyszą swoją ulubioną piosenkę.

    Oczywiście, jestem świadom tego, że nie znajduję się tutaj po to, by przeżywać zapierające w dech przygody, dla własnej rozrywki czy podziwiania sztuki. (Czy moje oczy będą w stanie spojrzeć jeszcze raz na nasz wspaniały, okazały dworek po przechadzce w moim mieszkaniu - od niedużego okienka do drzwi, która liczy sobie całe trzy kroki, a która jest najprawdziwszą odą ku chwale linoleum?). Cóż, nie powinienem też zwracać uwagi na kuchnię (doprawdy Wuju - sałatki i jogurty?) ani na błyskotliwych pogawędkach starych bajarzy tej okolicy oraz nad wyraz uczynnych sąsiadek (zdania z rodzaju: „A co dziś porabiamy?” albo nieśmiertelne pytania „Gdzie, kiedy, jak i dlaczego?” zaczynają działać mi na nerwy).

    Jak zwykle jednak odbiegam od tematu.

    Dziewczyna, Wuju. Dziewczyna.

    Możesz sobie tylko wyobrażać moje zdumienie, gdy moja przyszła żona po łokcie w zwierzęcej krwi, zaczęła krzyczeć na mnie z drugiego końca stołu w lecznicy, a potem próbowała mnie zdzielić jakimś narzędziem, które podejrzanie przypominało łopatę. Przemilczę już fakt, że miała na sobie fartuch, który prawdopodobnie kiedyś był koloru białego, a jej „sportowe” buciory umorusane były galaretowatą warstwą wydzieliny bliżej niezidentyfikowanych zwierząt. Zapewne już samo wspominanie o tym, jest oznaką moich złych manier.

    Wszelako jednak, ona jest niesforna. Zupełnie nieokrzesana. Samowolna i niechętna do współpracy. Nadzwyczaj łatwo przychodzi jej ignorowanie własnego dziedzictwa, obowiązków, a już szczególnie statusu należnego jej z urodzenia.

    Snując przypuszczenia, twierdzę, że Delfina Stalińska nie jest dziedziczką. Życie na zacofanej wsi najwidoczniej pozbawiło ją szlachetnej krwi – która, jak obaj doskonale wiemy – musiała w niej płynąć przy narodzinach.

    Rozpuszcza włosy, pozwalając im na płynięcie wraz z wiatrem, a ubiera się w dżinsy i T-shirty. Czy naprawdę tak trudno raz na jakiś czas założyć coś eleganckiego i stosownego?

    Wuju, wiesz, że jestem gotów poświęcić się dla dobra naszego nazwiska, ale szczerze wątpię w powodzenie naszego planu przejęcia dworu Stalińskich. Może rozsądniej byłoby mieć nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży? Czy możemy mieć pewność, że komornik zajmie nasz dwór? (Z pewnością już rozgniewała Cię moja impertynencja – zaufaj mi, pamiętam ból zadany przez Twój bat na moich plecach, ale musiałem zapytać.) Byłbym również wdzięczny, gdybyś udzielił mi rad na temat moich obowiązków względem tej młodej damy. Wiem, że mój honor zobowiązuje mnie do stworzenia z nią związku, lecz spójrzmy prawdzie w oczy: czy naprawdę potrzebna nam wątpliwej wartości dziedziczka sąsiedniego dworu? Przecież ona nawet nie chce w nim mieszkać! Woli zatęchłą chatę, w której codziennie znoszone są ranne lub martwe zwierzęta.

    Na litość boską, Wuju!

    OdpowiedzUsuń
  41. Ciąg dalszy

    Co będę musiał jeszcze znosić w imię honoru naszego rodu? Delfina całą swoją energię pożytkuję na odrzucaniu mnie. Ponadto odnoszę wrażenie, że wspomniana młoda dama odczuwa nieuzasadniony i zupełnie dla mnie niezrozumiały pociąg do swojego podwładnego (Parobka! I to w dodatku o bardzo przeciętnej urodzie. Nawet jego imię jest tak przeciętne, że nie jestem w stanie go spamiętać.) Wracając do tematu, wydaje mi się, że mam „konkurenta” i to w dodatku niskiego stanu. Zakładam, że zwyciężę, to nieuniknione. Jednak cała ta sytuacja jest mocno demobilizująca. Jak Delfina może spoglądać na tamtego młodzieńca, podczas gdy zaleca się do niej dziedzic dawnej arystokracji?

    Ale ostatnio byłem świadkiem pewnego zdarzenia, które mną wstrząsnęło do głębi. Otóż, Delfina została znieważona słownie przez jednego z jej niezadowolonych klientów. Osobnik ten uważał, że nie dokonała ona wszystkiego, co w jej mocy, by uratować jego czworonożnego przyjaciela (doprawdy – zwierzę i to w dodatku pies ma być przyjacielem człowieka? Toż to nonsens. Towarzyszysz, owszem, ale przyjacielem? Sam nie posiadam nawet ludzkich przyjaciół, a cóż to by było gdybym zaprzyjaźnił się z psem!) Wyobraź to sobie: zwykły prymityw obrażający dziedziczkę jednego z najznakomitszych rodów, jakie za swoich złotych czasów trzęsły tym krajem. Przez moment stałem tam, osłupiały, nie wierząc, w to co jest mi dane słyszeć. Więcej nie dopuszczę do takiej sytuacji. Jakakolwiek obraza skierowana w stronę Delfiny Stalińskiej nie pozostanie bez kary. Moja przyszła żona – choć tymczasowo patrząca przychylnym okiem na chłopskich parobków – nie będzie znosić podobnej obrazy i arogancji. Ale niepokoi mnie fakt, że Delfina nie ma szansy zrozumieć własnej wartości, przebywając w takim miejscu.

    Ale nie wypada mi tracić opanowania. Muszę wytrwać. W końcu do 100 000 razy sztuka. Będę więc kontynuował moje, na razie próżne wysiłki, by stosownie wyedukować tę koszmarną wiejską dziewczynę i wcale nie mam zamiaru ustawać w moich zalotach.

    Proszę Cię jednak, wuju — rozważ moje słowa i rozwiej obawy.

    Z poważaniem Twój wielce obowiązany bratanek Sebastian Koroniewski.

    P.S. Zakup, który poczyniłem, dzięki uwolnieniu przez Ciebie moich funduszy, wkrótce do mnie dotrze. Oczywiście jest związany z moimi zalotami do Delfiny. Mam nadzieję, że suknia się jej spodoba.

    aga18ilm@interia.eu :)

    OdpowiedzUsuń
  42. Jeszcze ja! Jeszcze ja! Zapomniałam, że dzisiaj się kończy termin, więc czym prędzej tzw. "rzutem na taśmę" zgłaszam się i ja.

    – Gośka on mi powiedział, że jestem gruba! Rozumiesz? – GRUBA!!! – Monika płakała rozhisteryzowana.
    – Cham! Po prostu cham! – Gośka łączyła się z płaczem przyjaciółki.
    – Jak on mógł?! Tyle lat. . . tyle lat poświeciłam dla niego, dla nas. . . żeby tylko było nam lepiej, żeby tylko mógł zrobić te uprawnienia. . . a on mi dzisiaj, że JA – GRUBA?!
    – Ty wiesz, że on mi dzisiaj powiedział, że nie spodziewał się, że ja się tak zapuszczę? Rozumiesz?
    – powtarzała niemal krzycząc – że on ma ważne spotkanie z interesami w jakimś drogim hotelu i wstydzi się mnie ze sobą zabrać? . . . BO JAK ON SIĘ TAM ZE MNĄ POKAŻE? Zostawił mnie Gośka! Zostawił mnie. . .!
    Gośka poklepywała krzepiąco płaczącą Monikę po ramieniu, kiwając głową. Niech się dziewczyna wypłacze. Ma prawo. Niech da upust tej swojej goryczy. Mężczyzna, dla którego Monika poświęciła pół życia właśnie ją opuścił. I to w tak okrutny sposób.
    – Faceci to chamy! – powiedziała – Zawsze Ci to powtarzałam – chamy, prostaki i egoiści. Najpierw pitu, pitu, piękne słówka, czułe gesty, Tobie miękną nogi i już mu podajesz obiadki, pierzesz skarpetki i ani się obejrzysz, jak jesteś kuchtą tego przystojniaka. Zapominasz o sobie. . . Liczy się tylko ON!
    – I tak było w Twoim przypadku moja droga – poważnie popatrzyła na spłakaną Monikę.
    – Przepraszam Cię bardzo, ale jak Ty w ogóle wyglądasz? Kiedy Ty byłaś kobieto u fryzjera, co? A u kosmetyczki? I nie ma co się oszukiwać – te obiadki, które mu szykowałaś i ciasteczka, które piekłaś, żeby tylko mu zaimponować, niestety zaszkodziły i Tobie. Widać Kochana, że resztek po tym Twoim pożal się boże Romeo nie wyrzucałaś.
    – O Boże! Gośka – ale mi dowalasz! Rzeczywiście jestem beznadziejna! – Monika wybuchła jeszcze większym płaczem.
    – Nie dowalam Ci, tylko chcę Ci pomóc. Nie jesteś beznadziejna. Jesteś super babką i stać Cię na fajnego faceta. Zapuściłaś się, to fakt, ale da się coś z tym zrobić. Tylko musisz sobie sama uświadomić, że trzeba będzie trochę pracy i wysiłku żeby zgubić tę parę kilo.
    - Ale pomyśl sama – ciągnęła Gośka – w maju jest ta impreza u Anki i Andrzeja z okazji dziesiątej rocznicy ich ślubu. Będą wszyscy znajomi, jak również ten Twój Marcin. Jak chcesz się mu pokazać? Taka jak teraz, czy super laska? No, pomyśl sama. – Gośka zrobiła znaczącą przerwę.
    – Pokażemy chujowi co stracił! Odstawimy Cię na gwiazdę filmową! Zobaczysz!
    – No nie wiem. . . nie wiem czy dam radę. Próbowałam już schudnąć z tysiąc razy. . . – wahała się Monika chlipiąc.
    – Pleciesz, „DO 1000 RAZY SZTUKA” jak mówią Indianie!
    – Kto???
    – Nieważne. Tym razem dasz radę. Masz w końcu motywację. Czyli to co najważniejsze. Ja Ci pomogę. Mamy kilka miesięcy, więc czasu jest sporo. Od jutra – dieta, zdrowe odżywianie. Wieczorem bieganie. Dwa razy w tygodniu siłownia i basen. – Ciągnęła Gośka jak nakręcona.
    – Może. . . masz racje! Może dałabym rady. . .
    – Oczywiście, że dasz radę! Zaczynamy od jutra. Masz porządne buty do biegania?

    Ania - vibi106@o2.pl

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Sandra Brown "Następny świt"

Nora Roberts "Słodka zemsta"

Joy Fielding "Zawsze ktoś patrzy"