Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muza. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 lutego 2016

Gail McHugh "Amber"

W ostatnim czasie, po kasowym sukcesie Greya, potem Crossa, pojawiła się nowa moda. Bo inaczej tego nazwać nie można, w literaturze także są trendy. Wcześniej były wampiry, chick-lit, a ostatnio rządzi New Adult, połączony z coraz to śmielszymi wątkami erotycznymi. Dlaczego o tym wspominam? Bo książka autorstwa Gail McHugh zatytułowana „Amber” jest właśnie połączeniem tych dwóch ostatnich, nazwijmy to podgatunków. New Adult i ostra erotyka, tak można określić to, co reprezentuje ten właśnie tytuł. 

Zaczyna się jak standardowa historia o „młodych dorosłych”. Amber Moretti, dziewczyna-odludek, naznaczona przeszłością, która w jakiś sposób decyduje o jej teraźniejszości, rozpoczyna nowy etap w swym życiu, jakim są studia. Poznaje nowych ludzi, stara się odnaleźć w nieznajomym otoczeniu i robi wszystko, aby zapomnieć o koszmarach z dzieciństwa. Gdy poznaje przystojnego, zabawnego i pełnego ogłady Brocka, zaczyna wszystko widzieć w jaśniejszych, niż do tej pory, kolorach. Wszystko zaczyna się pozytywnie układać do chwili, gdy na drodze Amber staje także zabójczo przystojny, ale nie mający nic wspólnego z ogładą, kontrowersyjny, wytatuowany, „bad boy” Ryder. W tym momencie świat Amber zaczyna drżeć w posadach, gdyż w niedługim czasie okazuje się, że zarówno Brock, jak i Ryder zaczynają zbyt wiele znaczyć w życiu dziewczyny, a co gorsza, w grę zaczynają wchodzić uczucia, którymi zagubiona bohaterka powoli obdarza jednego i drugiego chłopaka. Powiecie: to już było, klasyczny trójkąt, zdarza się. Uwierzcie mi, to co zafundowała Gail McHugh jest dalekie od tego, co wam teraz chodzi po głowach. „Amber” to historia, która łamie wszelkie tabu, przekracza granice i rzuca czytelnika na granicę ostrej… erotyki, żeby nie użyć słowa na „P”. Oprócz czasami miażdżących opisów gorącego seksu pomiędzy… bohaterami, tak całą trójką, mamy jeszcze całą psychologiczną otoczkę tego, co przeżywają, a to także nie należy do łatwych i przyjemnych odczuć. 


Nie wiem jak mam ocenić tę powieść, na pewno napisana jest wciągającym, prostym językiem, pełnym akcji, przemyśleń i wyciekających z każdej strony emocji. Nie jestem osobą pruderyjną, a jednak niektóre opisy sprawiały, że zastanawiałam się, czy w dzisiejszej literaturze jest jeszcze granica pomiędzy subtelną erotyką, a ostrą pornografią (tak, to właśnie to słowo na „P”). Z drugiej strony, gdyby nie druzgocąca historia bohaterki, jej odczucia, przemyślenia, przeżycia, pewnie byłabym skłonna napisać, że było to tylko właśnie ostre porno. Ale tak nie jest. W tej książce jest o wiele więcej, a erotyka (balansująca na wspomnianej granicy) stanowi tylko uzupełnienie fabularnej treści. Czy możemy przyjąć, że to nowy trend w literaturze? Pewnie tak, podejrzewam, że takich książek pojawi się w najbliższym czasie jeszcze więcej. Czy to dobrze? Nie wiem, jeśli takie są potrzeby czytelników, to być może tak. Na pewno wiem, że „Amber” łamie wszelkie tabu i zdecydowanie przeznaczona jest dla dorosłych odbiorców. 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Akurat (Muza).

piątek, 20 listopada 2015

Kasia Pisarska "Wiedziałam, że tak będzie"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Muza.



Czasami człowiek musi, inaczej się udusi. W tym wypadku, nie śpiewać, o nie, mam wiele zrozumienia i poszanowania dla uszu najbliższych. Na myśli mam tu raczej oderwanie się od rzeczywistości, odreagowanie, odpoczynek, ale nie bezmyślny, raczej inspirujący i pobudzający. Taki efekt daje przeczytanie pełnej włoskich smaków i aromatów powieści Kasi Pisarskiej, pod tytułem „Wiedziałam, że tak będzie”.

W książce tej Italia wypływa z każdej strony i dla mnie, znającej opisywane miejsca, stanowi cudowną przejażdżkę wzdłuż Jeziora Garda, do Werony, Wenecji. Jest to podróż do przeszłości i plan na kolejne wyjazdy, bo po tym, jak autorka zaprezentowała Włochy, wiem że muszę wrócić tam jeszcze raz. 

Ale nie myślcie, że to tylko opowieść o wycieczce krajoznawczej. Nie, osią fabuły jest siedemnaście milionów czterysta osiemdziesiat trzy tysiące dwieście dwadzieścia cztery… euro. Tyle właśnie wygrała we włoskim odpowiedniku naszego Lotto jedna z głównych bohaterek, Weronika. Kobieta jest na poważnym życiowym zakręcie, jej mąż, zwany Rudym, zdradził ją (nie powiem z kim, bo nerwy mnie biorą), teściowa to wredny okaz, dzieci brak, czułości i miłości chyba nigdy nie było. Gdy przyjeżdża do Laury, przyjaciółki (będącej narratorką powieści) i wyjawia jej swój plan, związany z wygraniem tak ogromnej fortuny, ta zbyt długo się nie zastanawia. Sama ma też nieciekawą sytuację osobistą. Czterdziestka zbliża się całkiem rześkim krokiem, faceta ani widu, ani słychu, za to w pracy chamski szef i wszechobecny wyścig szczurów nieszczególnie usposabiają ją radośnie do aktualnego trybu życia. Dlatego też Weronika i Laura wsiadają do wysłużonej „saabinki” i jadą na południe zrealizować kupon. Jednak los czasami bierze sprawy we własne ręce i dziewczyny trafiają do uroczego, acz opuszczonego miasteczka San Rocco. Tam spotykają wielu przyjaznych Włochów, między innymi przystojnego Alessandro. Laura nie wie co się dzieje, Weronika za to dobrze się we wszystkim orientuje. No, ale teraz nie czas na romanse, bo trzeba przecież odebrać wygraną. Na drodze dziewczyn co rusz piętrzą się problemy i jednocześnie pojawiają się ludzie, którzy potem staną się częścią ich szalonego planu.
„Wiedziałam, że tak będzie” to wciągająca, napisana dynamicznym językiem, pełna zwrotów akcji i szalonych pomysłów powieść, gdzie nie tylko „okoliczności przyrody” stanowią o atrakcji tej historii. Także bohaterowie, pełnokrwiści, życiowi, ze wszystkimi ich wadami, rozterkami, obawami, tak bliscy i ludzcy są osią, po której mknie fabuła, łącząc się wraz z nimi w doskonale dopasowaną konstrukcję. 
Powieść czyta się lekko, z radością, z ciekawością, opisy poruszają wyobraźnię, a inteligentny humor w dialogach sprawia, że co rusz czytelnikowi usta rozciągają się w uśmiechu. Nie można także pominąć „zwierzęcego” aspektu tej książki. Autorka od lat działa na rzecz zwierząt, zajmuje się adopcjami, prowadzi programy telewizyjne poświęcone tym kwestiom. W powieści nie brakuje tych akcentów, a psy Dolar i Killer są tego najlepszym przykładem.


Polecam, to doskonała recepta na odstresowanie i nie trzeba tego konsultować z lekarzem, ani farmaceutą. Ewentualnie można po lekturze spojrzeć na siebie, na swoje życie i zadać sobie pytanie: co ostatnio zrobiłem/zrobiłam, żeby poczuć się szczęśliwym/szczęśliwą. Jeśli nie wiecie jak o to zapytać, przeczytajcie tę książkę.

poniedziałek, 28 września 2015

Amanda Maciel "Tease"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MUZA.


Amerykańskie liceum, rozpuszczona młodzież, podziały na tych lepszych i gorszych, bogatych, mniej zamożnych, popularnych i ofiary. A wśród nich Sara-dziewczyna, która jakoś nie może znaleźć swojego miejsca w tym środowisku. Jednak na szczęście jest przy niej przebojowa Brielle, która zawsze wie jak się zachować, co powiedzieć i umie zawsze wybrnąć z najtrudniejszej sytuacji. Poza tym jest szkolną gwiazdą, popularna, ładna i bogata-nic więcej nie jest jej potrzebne. A jednak zawsze ma przy sobie Sarę, może dla przyjaźni? A może dla zwiększenia kontrastu? Gdy w szkole pojawia się Emma Putnam i zaczyna zwracać na siebie uwagę zwłaszcza męskiej części licealistów, dziewczyny wiedzą, że oto znalazły wspólnego wroga. Rozpoczyna się swoista nagonka na młodszą koleżankę, typowy mobbing, w którym nastolatki nie dostrzegają niczego złego. Niczego, co mogłoby zapowiedzieć nadchodzącą tragedię.

Bo Emma nie wytrzymuje szykan i kpin popełnia samobójstwo. Wszyscy doskonale wiedzą kto przyczynił się do tej tragedii. Sara, Brielle, Dylan… Zaczyna się długotrwałe śledztwo, sprawa jest delikatna, a nastolatki winą oskarżają… Emmę. Ona na to zasłużyła, była zła, zepsuta i sięgała po czyichś chłopaków. Oprócz przesłuchań jesteśmy świadkami kolosalnych zmian w życiu bohaterów, a zwłaszcza Sary, która powoli zaczyna dostrzegać, że to co łączyło ją do tej pory z Brielle to na pewno nie była przyjaźń. Jednocześnie poznajemy jej sytuację domową, brak kontaktu i zrozumienia z matką, brak jakiegokolwiek oparcia w dorosłej osobie. To właśnie Brielle była do tej pory jej wskazówką, drogowskazem, idolką i wzorem. Czy właściwym?

Amanda Maciel w powieści „Tease” porusza ważny i niepokojący problem prześladowania, mobbingu i stalkingu wśród nastolatków, którzy w swej beztrosce nie dostrzegają niczego złego. Dla nich to zabawa i „dawanie nauczki”. Brak granic, brak empatii, współczucie na poziomie zerowym. Co doprowadza do takiego zachowania? Brak nadzoru dorosłych, pieniądze, wolność słowa, pewne rozluźnienie zasad, jakie do tej pory obowiązywały? Problem jest poważny, złożony i w niektórych środowiskach przyjmuje bardzo niebezpieczne kierunki.

Autorka wykorzystała prawdziwe wydarzenia, które miały miejsce w jednym z amerykańskich liceów, ale pewnie w niejednej szkole i to nie tylko w USA mają miejsce podobne zdarzenia.
„Tease” to lektura pełna przestróg, wskazówek i alertów, książka, która powinna być obowiązkową pozycją wśród nastolatków, w Polsce zwłaszcza gimnazjalistów. A także rodzice znajdą w niej coś dla siebie.

Warto przeczytać, przeanalizować i zastanowić się nad tym, jak łatwo jest tylko samym słowem lub głupim kawałem przekreślić czyjeś życie.

niedziela, 5 kwietnia 2015

Kathryn Taylor "Barwy miłości"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Akurat (MUZA).


Erotyki sypią się drzwiami i oknami, najpierw ta faza miała miejsce po premierze I tom historii o pewnym panu Szarym, a teraz ponownie, kiedy tamta opowieść doczekała się adaptacji filmowej. Zawsze tak jest, że gdy jakiś, nazwijmy to trend, zacznie obowiązywać, wówczas na fali popularności powstają kolejne zbliżone, przynajmniej tematyką, historie. Pamiętamy zapewne sukces książki „Zmierzch”. Po jej premierze nastąpił boom na wampiropodobne historie (zapominając o jednej z prekursorek-Anne Rice). 
W każdym razie literatura często rządzi się prawami popytu i podaży, zwłaszcza obecnie,  mówię o literaturze popularnej.

Tak więc do mojej biblioteczki trafiła książka Kathryn Taylor, zatytułowana „Barwy miłości”. Oczywiście blurb na okładce informuje nas, że jest to najgorętsza opowieść od czasów Greya. Nie wiem, nie ocenię, musiałabym chyba przeczytać wszystkie historie romansowo-erotyczne, które ukazały się na przestrzeni ostatnich czterech lat. A poza tym nie uważam Greya za historię „gorącą”, raczej „letniawą”, więc na pewno nie będę postrzegać „Barw miłości” w tych kategoriach.

W książce oczywiście wykorzystano motyw Kopciuszka i Księcia. Z tym, że ten Kopciuszek, to młoda Amerykanka, Grace Lawson, która przyjeżdża do Londynu na trzymiesięczne praktyki w korporacji przyszłego lorda, Jonathana Huntingtona. Jak od początku można przypuszczać, dziewczyna wpada w sidła przystojnego i zniewalającego milionera, jednakże od początku ma zastrzeżone, że nie może się w nim zakochać. I że to jednorazowa przygoda. Jednakże staje się inaczej, Grace zaczyna rozumieć, że coś czuje do swojego pracodawcy. A mężczyzna? Zachowuje się inaczej, niż w stosunku do swoich wcześniejszych przygód. Ale postanawia zabrać Grace do własnego zakazanego świata. Świata wyuzdanego i przypadkowego seksu, ukrytego za kosztownie wykonanymi maskami zakrywającymi twarz.

Czy Grace podoła temu wyzwaniu? Czy Jonathan naprawdę chce, aby dziewczyna uprawiała seks z przypadkowymi kochankami, na oczach innych?

Książka kończy się zadanym pytaniem, ale brakiem odpowiedzi, co jest jednoznaczną zapowiedzią kolejnego tomu.


„Barwy miłości” to całkiem zgrabnie napisany romans erotyczny, nie nużący, ale i nie porywający. Konstrukcja głównej bohaterki jest nieco schematyczna, Jonathan ma więcej do zaproponowania. Sceny erotyczne, z małymi wyjątkami dotyczącymi nazewnictwa miejsc intymnych (są perełki i muszelki), są całkiem nieźle napisane i co ważne, nie śmieszą. Mimo mojego nieco ambiwalentnego stosunku do tej historii, finał sprawia, że chętnie przeczytam kontynuację, z nadzieją, ze oprócz ognia w sypialni (w kuchni, limuzynie i gdzie tam jeszcze…), takim ogniem i siłą zostanie obdarzona główna bohaterka. 

niedziela, 21 grudnia 2014

Cecelia Ahern "Love, Rosie"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Akurat (Muza).

Na to pytanie chyba nikt nigdy nie znajdzie jednoznacznej odpowiedzi. Pada mnóstwo teorii, uzasadnień, przykładów, ale czy są one miarodajne i prawdziwe? Bo czy możliwa jest przyjaźń pomiędzy kobietą i mężczyzną? Taka wolna od wszelkich podtekstów seksualnych i wzajemnych pragnień? Zaczęłam się nad tym zastanawiać po lekturze książki „Love, Rosie” autorstwa Cecelii Ahern, gdzie właśnie ukazana jest taka niesamowita przyjaźń pomiędzy tytułową Rosie i Alexem.

Ta para jest właściwie nierozłączna od najmłodszych lat. Wszystko robili razem, byli outsiderami, trzymali się tylko we dwójkę, skutecznie doprowadzając nauczycieli do szału. Jednakże czas szedł do przodu, para przyjaciół dorosła, dojrzała i nadeszła pora na wiążące decyzje. Wskutek pewnych okoliczności, Alex znalazł się w Bostonie na studiach medycznych, a Rosie… została w Irlandii, gdzie musiała porzucić swoje marzenia o studiach hotelarskich, gdyż w jej życiu pojawiła się pewna mała istotka, za którą stała się w pełni odpowiedzialna.

„Love, Rosie” to właściwie zapis wieloletniej wymiany mailowej, smsowej pomiędzy Alexem a Rosie, dzięki której poznajemy niemal ich całe życie, zmagania z przeciwnościami losu, tęsknoty, błędy, pragnienia, marzenia. Niby są przyjaciółmi, ale… Właśnie, o czym jest ta książka? O przyjaźni damsko-męskiej? Też, ale jest to wciągająca i wzruszająca powieść o miłości. Bo od samego początku wiemy, że bohaterowie kochają się, tylko po pierwsze: jeszcze o tym nie wiedzą, po drugie: uświadamiają to sobie w różnych momentach życia, po trzecie: mają problem z zadeklarowaniem tego drugiej połówce.

Powieść ta to historia mijania się w czasie, w życiu, historia bolesna i często bardzo irytująca, chciałoby się potrząsnąć bohaterami, wrzasnąć na nich, pomóc w jakiś sposób. To dobrze, bo to znak, że emocje zostały nagromadzone w takim stopniu, że udzielają się czytelnikowi.
Warto dodać, że ta książka została wcześniej wydana pod tytułem „Na końcu tęczy”, a niedawno wszedł na ekrany kin film na podstawie tej opowieści.


Polecam wszystkim wielbicielkom prozy Sparksa, bo jakoś skojarzyła mi się ta historia z jego książkami, a także wszystkim pasjonatkom skomplikowanych, nie pozbawionych humoru, powieści o wielkich miłościach. 


Trailer filmu:

piątek, 5 grudnia 2014

Tina Reber "Próba uczuć"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Akurat (Muza).


Świat fabularny, przedstawiony w książkach, gdzie bohaterowie pochodzą z dwóch przeciwległych krańców czy to społecznych, czy geograficznych, czy też nawet galaktycznych zawsze wypada atrakcyjnie. No bo przecież nic tak nie pociąga jak obserwowanie zmagań dwóch różnych osobowości, które zdaje się dzielić wszystko, a łączyć tylko… miłość. No właśnie, czy miłość jest w stanie pokonać te wszelkie przeciwności, różnice, wiecznie rzucane kłody pod nogi?

Bohaterowie kontynuacji „Miłości bez scenariusza” autorstwa Tiny Reber wiedzą doskonale jak to jest pochodzić z dwóch różniących się światów. Teraz, w „Próbie uczuć” przechodzą właśnie ową próbę i trzeba zadać od razu pytanie: czy wyjdą z niej z tarczą czy na tarczy? O tym oczywiście przekonacie się po lekturze.

Ryan Christensen to hollywoodzka gwiazda światowego formatu. Gra w mega kasowym serialu, a teraz raz po raz otrzymuje główne role w filmach, na które ludzie tłumnie przybywają do kin. Jednak Ryan jest normalnym facetem, który czasami jest zmęczony, smutny, ma depresję i chciałby normalnie przejść się ulicą, bez nachalnego zaczepiania przez rozhisteryzowane fanki, czy też bez błyskania po oczach światłami fleszy przez wszechobecnych i wścibskich papparazzi. Odkąd związał się z właścicielką pubu (w którym schronił się uciekając przed hordą napalonych fanek), Taryn Mitchell, jego życie nabrało większego sensu. No bo nie samymi jupiterami i milionami dolarów człowiek żyje. Oboje przeżyli wielką tragedię i teraz próbują układać wspólny los, mając na uwadze specyfikę zawodu Ryana. Jednak czy jest to takie proste? 
Jak zareaguje Taryn na liczne sceny łóżkowe swojego chłopaka z aktorką, która prywatnie jej nie cierpi? Czy Ryan ogłosi światu ich zaręczyny, chociaż jego rzeczniczka prasowa uważa, że to zniechęci fanki? Czy Taryn może czuć się bezpieczna, bo przecież już raz stała się przedmiotem ataku, a teraz, gdy świat już wie, że jest ukochaną Ryana, czy znowu musi się pilnować? Wreszcie: czy dziewczyna pogodzi się z tym, że jej życie już nigdy nie będzie takie jak przedtem, wystarczy tylko spojrzeć na dzikie tłumy piszczących wielbicielek Christensena koczujące przed i w pubie, żeby zdać sobie sprawę, że jej anonimowość należy do czasu przeszłego.

W drugim tomie tego romansu autorka pokazuje głębiej całą grozę celebryckiego życia i zagrożenia, z jakimi gwiazdy zmagają się na co dzień. Czy to wielka czy mała cena za życie pełne wrażeń, przygód i luksusu? No cóż, zależy kto i jakie ma priorytety. Jednak miło jest poczytać o takim świecie, a potem wyjść na ulicę, nie martwiąc się, że ktoś będzie z ukrycia robił nam zdjęcia, które potem automatycznie znajdą się na plotkarskich portalach.

„Próba uczuć” to zgrabnie napisany romans, z gorącymi scenami seksu, z licznymi problemami i zawirowaniami w życiu bohaterów. Swobodna, niezobowiązująca lektura, którą czyta się szybko i która stanowi całkiem miłą rozrywkę. Dla czytelniczek pierwszego tomu na pewno obowiązkowa pozycja. Polecam.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Mike Greenberg "Wszystko, o czym marzysz"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza.


O kobietach, ich zawirowaniach życiowych, problemach z facetami, dziećmi, niesprawiedliwymi szefami, korporacjach, niewierności i szukaniu drugiej połówki naczytałam się już wiele, bo i napisano o tym już dużo. Historia, a właściwie historie przedstawione w książce „Wszystko, o czym marzysz” Mike’a Greenberga w sumie w niczym nie odbiegają od typowej chick-lit połączonej z elementami standardowej literatury kobiecej. Ale czy na pewno?

Samantha, Katherine i Brooke. Trzy kobiety, będące w różnym wieku, na różnych etapach życia, nie znające się i nic o sobie nie wiedzące.
Samantha to wysportowana i pełna zapału młoda mężatka przed trzydziestką. Właśnie przebywa w podróży poślubnej na Hawajach i przypadkiem dowiaduje się o niewierności męża. Piękna sceneria i pozbawiona podtekstu seksualnego opieka starszego mężczyzny dają jej siłę do zakończenia tego krótkotrwałego małżeństwa.
Katherine to rekinka biznesu, kobieta twarda, bezkompromisowa, poruszająca się na Wall Street jak we własnym salonie. Odniosła sukces zawodowy, jest niezależna finansowo, gdyby tylko nie musiała codziennie oglądać swojego szefa, który… osiemnaście lat temu złamał jej serce i ożenił się z inną kobietą. A jednak Katherine przez te wszystkie lata wciąż jest blisko i zarobiła dla jego firmy miliony dolarów. Czy to zdrowe?
Brooke to babka w okolicach czterdziestki, wciąż zakochana w swoim mężu, którego poznała w collegu, matka bliźniąt. Oddana domowi i mężowi, planuje szalony prezent dla ukochanego Scotta.

Trzy kobiety, trzy historie, trzy życia. A tu nagle… Jedna informacja, jedna rozmowa, jedna wizyta w… szpitalu. I zmienia się cała perspektywa.

Wszystkie trzy bohaterki dowiadują się o tym, że są chore na raka. Aby nie zwariować, aby jakoś się trzymać zaczynają udzielać się na forum internetowym, skupiającym kobiety zmagające się z tą chorobą. Niebawem Samantha, Katherine i Brooke zaczynają ze sobą korespondować, a jeszcze później dochodzi do spotkań w realu. I znowu poznajemy ich historie, próby radzenia sobie z nową rzeczywistością, walkę z chorobą i każdorazowo walkę o znalezienie w sobie siły, aby się nie poddawać. Życie toczy się dalej i kobiety także pragną żyć. Odnajdują swoje miłości, pielęgnują to, co już udało się im zdobyć. I zaprzyjaźniają się.
Autor w posłowiu opowiedział historię swojej przyjaciółki, Heidi, matki, żony, sportsmenki, świetnej narciarki, którą nagle zaczęły boleć plecy. Od tego się zaczęło, a historia skończyła się na jej pogrzebie, gdzie autor opowiedział historię ich przyjaźni. To go skłoniło do napisania tej powieści.

„Nigdy nie byłem świadkiem większej niesprawiedliwości” powiedział i chyba należy się z tym zgodzić. A także z tym, że trzeba dostrzegać piękno w każdej sekundzie życia, nie marnować ani chwili, bo przecież tak naprawdę jesteśmy tu tylko na chwilę. „Wszystko, o czym marzysz” pokazuje siłę miłości, przyjaźni i siłę woli, aby walczyć, nie poddawać się i każdy kolejny dzień odhaczać w kalendarzu, jako ten przeżyty, dobrze i z sensem. Bo przecież… lada moment wszystko może się skończyć. Polecam, mądra, miejscami zabawna, ciepła lektura nie tylko o tym, o czym marzysz, ale o tym, co tak naprawdę się liczy.

sobota, 9 sierpnia 2014

Joyce Maynard "Ostatni dzień lata"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MUZA.


Uwielbiam historie trudnych miłości, skomplikowane układy międzyludzkie, pierwsze trudne chwile, dalsze jeszcze trudniejsze. Wybory, zdrady, powroty. Marzenia, plany, które muszą ulec zmianie, wskutek nieprzewidzianych okoliczności. Przysłowiowe kłody pod nogi rzucane bohaterom przez innych, przez zwroty akcji, przez nich samych. A wszystko to powinno prowadzić do wyczekiwanego happy endu. Lecz czy zawsze tak być musi? A może czasami fabuła przedstawiona jest w nieco inny sposób, ale tak samo intryguje, wciąga, rozbawia i zasmuca?
Taka właśnie powieść trafiła na moją półkę biblioteczną. Jest to książka Joyce Maynard „Ostatni dzień lata”.

W sumie ciężko mi określić kto jest jej głównym bohaterem. Trzynastoletni Henry? A może jego matka, Adele? Może też nim być przystojny uciekinier Frank. Ta trójka niespodziewanie wpada na siebie w świecie, w którym Adele popada w coraz większe szaleństwo, Henry walczy ze swoją budzącą się dojrzałością, a Frank jest mężczyzną, który znalazł się na skraju piekła i tylko krok dzieli go od jego czeluści.

Fabuła niby prosta, oto matka z synem pojawiają się w jednym z marketów na zakupy, na które wybierają się niezmiernie rzadko. Lepiej zamawiać puszkowane jedzenie z katalogu, niż zjawiać się tam, gdzie są ludzie. LUDZIE. Tych Adele ścierpieć nie może, a już szczególnie kobiet w ciąży i tych z małymi dziećmi. Nastoletni Henry traktuje te rzadkie wyjścia jako jedną z nielicznych rozrywek, jest outsiderem, co nie jest wcale dziwne, biorąc pod uwagę sposób wychowania go przez matkę. Do kolejnych nielicznych rozrywek (jeśli można to tak ująć) należą wyjścia z ojcem i jego nową rodziną do baru na burgera. Henry znosi to cierpliwie, acz bez wielkiego halo. Jednak tym razem wyjście do marketu całkowicie zmieni ich życie. Tam pojawia się Frank, mężczyzna o zniewalającej powierzchowności, stanowczy i… ranny. Prosi Henry’ego o pomoc i ją uzyskuje. Gdy spojrzenia Franka i Adele przecinają się, coś się zmienia. Nieważne są okoliczności, w jakich się poznali, istotne jest to, że coś drgnęło w ich poranionych i zamrożonych sercach. Rozpoczyna się kilka ostatnich dni lata, w których bohaterowie poznają smak prawdziwej miłości i namiętności. Jednak… czy w tej sytuacji możliwy jest happy end?

Na uwagę zasługuje sposób przedstawienia wydarzeń, gdyż narratorem jest nastoletni Henry i całą fabułę widzimy jego oczami, a kwestie wypowiadane przez bohaterów, słyszymy jego uszami. Nieco inna forma narracji nie przeszkadza w odbiorze powieści, która wzrusza, denerwuje i daje do myślenia.
„Ostatni dzień lata” to piękna opowieść o miłości, dojrzewaniu, trudnych wyborach, ludzkich tragediach, a także o tym, że na prawdziwe uczucie nigdy nie jest za późno, a ta jedyna szczera miłość jest w stanie przetrwać lata w oczekiwaniu na spełnienie. Dodam jeszcze, że na podstawie książki nakręcono film pod tytułem „Długi, wrześniowy weekend”, a główne role zagrali Kate Winslet i Josh Brolin.
Gorąco polecam tę powieść, mnie ujęła i wzruszyła, teraz mam zamiar obejrzeć jej adaptację filmową.

„Doszedłem do przekonania, że prawdziwym narkotykiem jest miłość. Taka, która zdarza się rzadko, dla której nie ma żadnego racjonalnego wytłumaczenia. Mężczyzna wyskakuje z okna na drugim piętrze i krwawiąc, dobiega do supermarketu. Kobieta zawozi go do swego domu. Oboje nie mogą nigdzie wychodzić. Tworzą własny świat w czterech - zbyt cienkich - ścianach naszego starego żółtego domku. Przez niecałe sześć dni trzymają się siebie nawzajem ze wszystkich sił. Przez dziewiętnaście on czekał na chwilę, kiedy będzie mógł do niej wrócić. I wreszcie się doczekał.”*


* str. 298, Ostatni dzień lata, Joyce Maynard, Muza, Warszawa 2014

środa, 18 czerwca 2014

Katarzyna Bonda "Pochłaniacz"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MUZA.


Zawód profilera zaczyna być coraz bardziej popularny w naszym kraju, ale nie do końca jest jeszcze doceniany i akceptowany przez stróżów prawa. Za oceanem jest profesją samą w sobie i chyba nie ma przestępstwa na większa skalę, gdzie nie wykorzystywałoby się umiejętności profilowania sylwetki i osobowości sprawcy. Bardzo lubię czytać powieści, w których ukazana jest praca profilerów, z tym większym zaciekawieniem sięgnęłam po najnowszą książkę Katarzyny Bondy, zatytułowaną „Pochłaniacz”, bo czytać o tym pasjonującym zawodzie na naszym polskim gruncie to nie lada gratka.

Bohaterką powieści, otwierającej kryminalny cykl „Cztery żywioły Saszy Załuskiej” jest profilerka, była policjantka, matka i kobieta zraniona przez życie. Sasza Załuska. Przeszła przez piekło, a jednak nadal utrzymuje się na powierzchni, chociaż przychodzi jej to z niemałym trudem. Samotnie wychowuje córkę Karolinę, z której poczęciem wiąże się tragiczna i dramatyczna historia. To piętno przeszłości ciągle tkwi w kobiecie, balansującej na granicy ryzyka, tkwiącej w szponach nałogu, który powoli pokonuje. Lecz to jest proces. Czy wyzwoleniem może być praca? Załuska wraca z Anglii do Polski. Ostatnie siedem lat spędziła w Instytucie Psychologii Śledczej w Huddersfield, lecz teraz czuje, że musi wrócić do kraju. Dawne kontakty odżywają i kobieta dostaje zagadkowe zlecenie stworzenia profilu psychologicznego pewnego napastnika. Od tego momentu zaczynają mnożyć się niedopowiedzenia, wkrótce w jednym z najmodniejszych klubów w Trójmieście ginie Igła, gwiazda przeboju sprzed lat, a oskarżona o to zabójstwo młoda kobieta może nie być wcale winna zbrodni. Sasza wsiąka w dawne klimaty, spotyka się ze starymi kolegami z policji, jednak nie jest już tą dziewczyną sprzed lat. Powoli, systematycznie odkrywa kolejne tajemnice, które sięgają kilkudziesięciu lat wstecz. Czy uda się jej rozwikłać zagadkę śmierci Igły? Jaki ma z tym wszystkim związek przebój sprzed dekad „Dziewczyna z północy”? Czy Załuska sama odnajdzie się w nowej rzeczywistości i zwalczy nie tylko demony z przeszłości, ale także to, co teraz czeka ją każdego dnia? No cóż, pierwszy tom po części odpowie na te i wiele innych pytań, ale należy pamiętać, że to dopiero początek i wiele jeszcze kamieni na drodze Saszy Załuskiej.

Katarzyna Bonda wiele uwagi poświęciła merytorycznym aspektom pracy profilera, tutaj można naprawdę doszkolić się, jeśli chodzi o metodologię działań, sposoby tworzenia rysu, analizę, pytania, jakie należy zadawać świadkom, na co zwracać uwagę. Widać, że z wielką dokładnością autorka przygotowała tę „zawodową” część powieści, ukazując dosyć duże, wręcz reportażowe przygotowanie w tym zakresie. A wszystko to kosztem akcji fabularnej, bo jeśli spodziewacie się kryminału mrożącego krew w żyłach, tego tutaj nie dostaniecie. Fabuła rozgrywa się powoli, systematycznie dążąc do zaskakującego jednak finału. Bardzo ciekawie rozegrany, może wynagrodzić brak akcji i emocji, które dla mnie osobiście są niezmiernie ważne w książkach, czy też filmach.

Podoba mi się też zabieg, stosowany często w seriach kryminalnych i serialach kryminalnych, czyli osobiste aspekty głównych bohaterów, które powoli odsłaniają wszelkie tajemnice z życia postaci i oprócz sprawy kryminalnej, czytelnik ma możliwość poznawania kolejnych sekretów w następnych odsłonach cyklu.

Tak więc, podsumowując, „Pochłaniacz” to kryminał, a dla mnie to powieść nawet psychologiczno-obyczajowa z bardzo mocnym podłożem merytorycznym i zagadką, której rozwiązanie jest ukoronowaniem żmudnej czasami akcji. Myślę, że jak na początek cyklu zapowiada całkiem niezłą ucztę, liczę też, że w kolejnych tomach nie zabraknie dynamiki i emocji, co może sygnalizować finał „Pochłaniacza”. 

piątek, 9 sierpnia 2013

James Craig "Londyn we krwi"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza.
 
„Londyn we krwi” to debiutancka powieść Jamesa Craiga, otwierająca zarazem cykl kryminałów z inspektorem Johnem Carlyle’em. Powieść ostra, surowa i bezkompromisowa. Ukazująca brudne sprawki i te na szczytach władzy, a także te w zwykłych domach pospolitych ludzi.
Inspektor Carlyle od kilkunastu lat pracuje w londyńskiej policji, jednak jego porywczość i wewnętrzna sprawiedliwość, a czasami poczucie misji sprawiły, że od lat jego kariera stoi w miejscu. Nie potrafi wbrew sobie przypodobywać się ludziom, od których mógłby zależeć jego ewentualny sukces. Do tego pracę w policji traktuje jak… pracę w policji, a nie element gry politycznej. To wszystko sprawia, że jego szefowa, Carol Simpson, patrzy na niego z pobłażliwą krytyką. Bo dla niej policja to nie służba, a tylko polityczny interes. Gdy w otoczeniu grupy mężczyzn, którzy starają się o najwyższe stołki w brytyjskim parlamencie, zaczynają ginąć ich dawni znajomi, zamordowani w okrutny i bestialski sposób, Simpson robi wszystko, aby sprawa ta nie przedostała się do prasy. Bo jest tuż przed wyborami, a bliźniacy Edgar i Xavier Carltonowie zdają się mieć już wygraną w kieszeni. Na Edgara czeka stołek premiera, Xavier też znajdzie swoje miejsce w Gabinecie Cieni. Jednak morderca ma inne plany. Wraca sprawa sprzed lat, kiedy to młodzieńcze szaleństwa raz po raz przekraczały wszelkie granice i zniszczyły czyjeś życie.
Carlyle z wrodzoną sobie systematycznością odkrywa kolejne karty tej nasączonej polityką układanki, spotykając jednocześnie swojego wielkiego antagonistę z przeszłości. Jednocześnie lawiruje pomiędzy krytyczną szefową, dziennikarką-karierowiczką i korzysta z pomocy przyjaciela, Dominika, który jest narkotykowym bossem, a jednocześnie głową kochającej się rodziny.
„Londyn we krwi” to mocna powieść, z wieloma politycznymi i społecznymi akcentami. Ale jednocześnie nieprzegadana i nie nużąca zbytnimi informacjami. Wartka akcja, bohater z krwi i kości, nieodrealniony, prawdziwy, do tego świetna intryga (która w drugiej połowie książki staje się jednak przewidywalna), sprawiają że powieść czyta się szybko i pomimo wszystko z niesłabnącym zainteresowaniem. Zachęcam do sięgnięcia po ten kryminał, a ja czekam już na drugą część, zatytułowaną „Milcz nawet po śmierci”.


poniedziałek, 19 listopada 2012

Daniel Silva "Portret szpiega"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza.


Powstało wiele powieści z gatunku sensacji, thrillerów politycznych, szpiegowskich, gdzie sprytny bohater walczy z całym złem tego świata i niezwykle skutecznie niszczy wrogie siatki złoczyńców, terrorystów, ekstremistów. Jednakże niewiele z tych historii posiada specyficzny klimat normalności w świecie pełnym przemocy, człowieczeństwa wśród ludzi, na co dzień parających się szpiegostwem, zabójstwami, walką, śledztwem. Do powieści, które oprócz pasjonującej fabuły, posiadają świetnie wykreowany świat bohaterów, nie tylko ten zawodowy, ale i prywatny, należy seria Daniela Silvy o izraelskim zabójcy i agencie, Gabrielu Allonie.

„Portret szpiega” to kolejna odsłona tego cyklu, wydana przez wydawnictwo Muza. Powieść przedstawia dalsze losy Gabriela i jego ukochanej Chiary. Żyją w Kornwalii, Gabriel zajmuje się swoją pasją, czyli konserwacją obrazów i oboje marzą o normalnym życiu, dziecku, sprawach zwykłego szarego człowieka. Lecz nie tym razem. Allon z zaniepokojeniem obserwuje sytuację w większych miastach Europy, gdzie islamscy ekstremiści dokonują serii okrutnych zamachów. Przebywając z Chiarą w Londynie, nieomal udaje mu się rozbroić terrorystę, ale niestety zostaje mu to udaremnione. Wówczas już wie, że pojawiając się w tym miejscu, będzie musiał powziąć dalsze działania, w celu powstrzymania ekstremistów. Zwłaszcza, że dowodzi nimi szalony i inteligentny erudyta, który jest w stanie pociągnąć za sobą setki wyznawców Koranu.

Gabriel wpada na iście szatański plan, w którym główną rolę odgrywa córka zabitego przez niego saudyjskiego miliardera, Nadia-Al-Bakari. Rozpoczyna się niebezpieczna rozgrywka, w której stawką jest życie nie tylko Gabriela, Nadii i pozostałych członków zespołu Allona, ale także życie setek niewinnych ofiar, zupełnie niespodziewających się zagrożenia.

Daniel Silva po raz kolejny stworzył pasjonującą, pełną ciekawych treści, obfitującą w sensacyjne akcje powieść, gdzie bohaterowie ujmują swoją postawą, zdecydowaniem, życiowym podejściem do nader trudnych spraw, a główna postać, czyli Gabriel Allon, jest idealnym szpiegiem, agentem, kochankiem, przyjacielem, ale jednocześnie posiada swoje własne demony, strachy, obawy. Na dodatkową uwagę zasługuje sposób przedstawienia świata Bliskiego Wschodu, ich wartości, zależności, cele. „Portret szpiega” to fascynująca lektura dla czytelników ceniących dobrą sensację, niuanse szpiegowskich zadań i doskonale wykreowane postaci z krwi i kości, poruszające, intrygujące i niezwykle wyraziste. Gorąco polecam.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Paweł Fabijański "Las"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza.


Czy żubrówka jest przysmakiem żubrów?

Do czego potrzebni są w lesie leśnicy?
Dlaczego drzewa tracą liście na zimę?
Czy wszystkie komary gryzą?
 To tylko kilka z licznych pytań, z jakimi możecie się spotkać w najnowszej pozycji wydawnictwa Muza. „Las. Pytania i odpowiedzi” Pawła Fabijańskiego to przepięknie wydana książka w twardej oprawie, poświęcona wszystkiemu co jest związane z lasem i jego mieszkańcami. W sposób niezwykle przystępny, ale i rzeczowy, autor wyjaśnia wszelkie zagadki dotyczące lasu, zwierząt, owadów, roślin. Możemy dowiedzieć się w jakim wieku są polskie lasy, ile jest gatunków grzybów trujących i jadalnych, czy zbieranie poziomek i jagód może być szkodliwe? Czy są w Polsce miejsca, w których las nigdy nie wyrośnie?
Pozycja ta stanowi kompendium wiedzy dotyczącej tego elementu przyrody, jakim właśnie jest las. Dla młodego czytelnika wiadomości podane są w dynamicznej formie pytania i następującej wyczerpującej, ale nie nużącej odpowiedzi. A wszystko opatrzone żółtymi karteczkami, tak zwanymi „niezapominajkami” i oczywiście wspaniałymi ilustracjami i fotografiami. Roślin, zwierząt, ptaków, krajobrazów.
Książka ta jest doskonałą lekturą dla młodego przyrodnika, a także może stanowić atrakcyjne uzupełnienie wiedzy szkolnej. Świetna na prezent, lub na nagrodę dla pilnego ucznia na koniec roku szkolnego.


czwartek, 16 lutego 2012

Daniel Silva "Sprawa Rembrandta"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza.

Daniel Silva to amerykański pisarz, twórca serii książek o agencie izraelskiego wywiadu i nader skutecznym zabójcy, Gabrielu Allonie. Powieści z tego cyklu powstało już dwanaście, a prawa do ich sfilmowana kupiła wytwórnia Universal Pictures. „Sprawa Rembrandta”, którą miałam okazję przeczytać, dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza, jest dziesiątą książką z serii.
Gabriel Allon wraz z ukochaną żoną Chiarą, po tragicznych wydarzeniach w Rosji i starciu z Iwanem Charkowem (o czym mogliśmy przeczytać w poprzedniej powieści, Uciekinier), rezygnuje z awansu na szefa wywiadu izraelskiego i zaszywa się w Kornwalii. Aby wyciszyć się, odciąć od przeszłości i poświęcić ukochanej żonie, która razem z nim cudem uniknęła śmierci z rąk rosyjskiego oligarchy. W tym samym czasie w Paryżu zostaje zamordowany znany konserwator sztuki, z którym Allon studiował i skradziony zostaje sławny obraz Rembrandta, zatytułowany „Portret młodej kobiety”. Za pośrednictwem byłego szefa i mentora Gabriela, Szarona, pewien właściciel galerii, Julian Isherwood, odnajduje na kornwalijskim wybrzeżu Allona i prosi go o pomoc w odzyskaniu skradzionego dzieła sztuki.
Gdy Gabriel i Chiara postanawiają podjąć się tego zadania, nie wiedzą jeszcze, że tym samym uruchamiają wielką międzynarodową akcję, w której brać będą udział wywiady: izraelski, amerykański i brytyjski, a Gabriel z powrotem stanie się mózgiem całej operacji. Trop zaprowadzi ich najpierw do Argentyny, potem do Szwajcarii, a także będą musieli cofnąć się wiele lat wstecz, do wydarzeń z czasów II wojny światowej i „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” przez Niemców.
Powieść porusza wiele ważnych wątków z historii, udział kościoła katolickiego w ucieczkach faszystowskich zbrodniarzy wojennych, bogacenie się niemieckich oficerów na majątkach zagrabionych skazanym na eksterminację Żydom, wreszcie budowanie światowych holdingów właśnie na tych majątkach.
„Sprawa Rembrandta” to fascynująca i wciągająca historia z wątkami sensacyjnymi, szpiegowskimi, kryminalnymi i historycznymi. A jej największym atutem jest oczywiście postać samego Gabriela Allona, który należy do moich ulubionych bohaterów literackich.
Polecam wielbicielom sprawnych historii z szeregiem doskonale pasujących do siebie wątków, z wyrazistymi bohaterami i szybką i wciągającą akcją i splamioną krwią tajemnicą z przeszłości.
A poniżej kilka cytatów, które utwierdzają mnie w mojej miłości do izraelskiego zabójcy, Gabriela Allona:

„Nasz umysł jest jak zbiornik: otwieramy zawór i pamięć wycieka”.1
„- Gratulacje, Jonas. Dostarczyłeś mi broni, sam stałeś się zakładnikiem. Niezła robota.
- Czy moi ludzie żyją?
- Dwóch na pewno, co do trzeciego nie mam pewności.”2
„Spojrzał na Gabriela z lekkim uśmiechem.
- Myślałem, że nigdy nie zobaczę cię w smokingu.
- Jeżeli powiesz coś więcej...
Chiara uciszyła Gabriela dyskretnym kuksańcem.
- Postaraj się przetrwać ten wieczór, nie grożąc nikomu śmiercią, dobrze?”3
1Str. 277, Sprawa Rembrandta, wydawnictwo Muza, 2012
2Str. 339, Sprawa Rembrandta, wydawnictwa Muza, 2012
3Str. 359, Sprawa Rembrandta, wydawnictwa Muza, 2012


wtorek, 6 grudnia 2011

Carlos Ruiz Zafon "Światła września"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza.


Światło. Zawsze kojarzy się z czymś dobrym, ciepłym, miłym. Ze słońcem, radością, blaskiem. Z oświetlonym pokojem, przytulnym i miłym dla oka kącikiem. Z czymś, co powinno stwarzać poczucie pewności i gwarancji bezpieczeństwa. Co jest tego przeciwieństwem? 
Mrok, ciemność, zmierzch, ciemny zaułek, pogrążony w szarościach korytarz, pokój. I cień. Niektórzy wierzą, że jest wytworem szatana. Że to jego ślad bytności na świecie i sygnał, że zło zawsze gdzieś tam jest i czuwa. I czeka. Gotowe, by zaatakować niemal w każdej chwili.
Z czym spotkali się bohaterowie książki "Światła września", autorstwa Carlosa Ruiza Zafona?
I z jednym i z drugim. I z dobrem i ze złem. Światłem i ciemnością, blaskiem i cieniem.
Główna bohaterka, Irene Sauvelle, po śmierci ojca i wegetacji w Paryżu, przybywa wraz z matką i braciszkiem Dorianem do rezydencji Lazarusa Janna. Cravenmoore to olbrzymia budowla, obok której mieści się nieczynna fabryka zabawek, niegdyś zarządzana przez ekscentrycznego, ale przyjaznego bogacza. Pani Sauvelle rozpoczyna pracę u Lazarusa, a jej dzieci poznają mieszkańców miasteczka i nawiązują pierwsze przyjaźnie. Irene poznaje przystojnego Ismaela, z którym zaczyna łączyć ją coś więcej niż tylko przyjaźń. Gdy doświadczona przez los rodzina zaczyna wierzyć, że znalazła swoją szczęśliwą i bezpieczną przystań, okazuje się, że były to płonne nadzieje. Najpierw ginie młodziutka kucharka rezydencji, kuzynka Ismaela, Hannah. I wydarzenie to jest początkiem mrocznej rozgrywki, w której główni bohaterowie znajdą się w sytuacjach zagrożenia, pełnych niewyjaśnionych zajść, zagadek z przeszłości i tajemnic z postaciami, jak nie z tego świata. 

W książce nie brakuje mrożących krew w żyłach scen, sekretów rodzinnych i wszechwładnego zła, które rozcapierza swe macki, nie zważając na życie i pragnienia ludzi. Zło jest bezlitosne i potrafi przeniknąć wszędzie.

Dramatyczna walka ludzi, próba zrozumienia i wyjaśnienia zagadek sprzed lat, pragnienie bycia szczęśliwym i kochanym. Do tego wciągający język, bez przegadania, ale z ujmującą zafonowską erudycją, sprawia że książkę czyta się doskonale. 

Myślę, że jest to doskonała lektura zarówno dla czytelnika dorosłego, jak i dla młodszego odbiorcy. Wielbicielom prozy tego hiszpańskiego pisarza chyba nie muszę przedstawiać wielu atutów jego twórczości, a pozostałym czytelnikom mogę powiedzieć jedno. Warto, zwłaszcza gdy lubi się intrygujące opowieści ze zgrabnym wątkiem sensacyjno-horrorowatym. Polecam.

Doppelgänger - W niektórych wierzeniach ludowych doppelgängerzy nie rzucają cienia i nie mają odbicia lustrzanego. Ich zadaniem jest udzielanie porad i wskazówek osobie, której cieniem są. Czasami jednak ich rady mogą okazać się złośliwe i sprowadzić człowieka na złą drogę. Niekiedy te szczególne sobowtóry mogą zasiać ziarno niepewności w umyśle swojej ofiary lub ukazać się jej przyjaciołom lub krewnymi powodując zamieszanie. Jeżeli ktoś raz zobaczył swojego własnego sobowtóra już zawsze będzie przez niego nawiedzany.
Inne podania ludowe mówią, że zobaczenie doppelgängera zwiastuje rychłą śmierć. Dlatego też jakiekolwiek próby komunikowania się z doppelgängerami uważa się za nierozsądne. Niektórzy wierzą, że sobowtór, który swoją naturą przypomina niemieckiego doppelgängera może ukazywać się pod postacią zwierzęcia lub osoby o nieokreślonej płci czy kształcie.1

1Źródło: Wikipedia


środa, 23 listopada 2011

Federico Moccia "Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza.



Miłość, marzenia, tęsknoty, pragnienia, młodość, beztroska, obowiązki, tradycja. Tak wiele słów, tak często przewijają się przez nasze życie, tak mocno wpływają niekiedy na nasz los.

Podobnie jest z bohaterami najnowszej książki włoskiego pisarza Federico Moccia, zatytułowanej "Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić". To kolejna odsłona perypetii niecodziennej pary zakochanych. Ona, dwudziestoletnia Niki, studiuje, bawi się, spotyka z przyjaciółkami "Falami" i kocha.... Jego. Alexa. Czterdziestolatka, który osiągnął sukces zawodowy i finansowy, a do pełni szczęścia brakuje mu... żony. I tą może zostać tylko Niki, którą uwielbia. Ale czy dziewczyna jest na to gotowa? Odwieczny problem. "Czy jestem na to gotowa?" Jasne, zwłaszcza że pojawia się Guido, który jest wyraźnie zainteresowany piękną Niki. Jaką decyzję podejmie dziewczyna? Czy Alex pokona gnębiące ją wątpliwości? Czy ich bliscy zaakceptują ich decyzję?

Jak zawsze u Moccia nic nie będzie wiadome do ostatnich stron. Dramatyczne decyzje, zwroty akcji i buzujące uczucia, to charakterystyczny styl tego włoskiego autora. Krótkie zdania, opatrzone wieloma cytatami i buzująca ze stron powieści niesamowita atmosfera włoskich nocy, sprawiają że książkę pochłania się z uśmiechem na twarzy. Czując całym sobą ten specyficzny klimat. Jeśli ktoś spotkał się już wcześniej z prozą Moccia, doskonale wie o czym mówię. Jeśli nie... no cóż, jest na to doskonały czas. Zimne dni, jeszcze zimniejsze wieczory, a tutaj Rzym w pełnej krasie i wszechobecna miłość i jej jasne oraz ciemne strony.

"Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić" to kontynuacja powieści "Wybacz, ale będę mówiła ci skarbie", w której poznajemy początek znajomości Niki i Alexa. Oba tomy doczekały się już ekranizacji i cieszą się ogromną popularnością we Włoszech. Właściwie można powiedzieć, że wszystkie powieści Federico Moccia są niezwykle popularne u naszych dalszych południowych sąsiadów i wcześniejsze jego książki także można obejrzeć w wersjach filmowych.

Co takiego jest w tych powieściach? Nie odkrywają przecież niczego nowego? Ukazują młodych ludzi, u progu dorosłości, niekiedy z zamętem w głowach, z tysiącem pomysłów, pragnących kochać i być kochanymi. Nie stworzę definicji, nie wymyślę nic nowego, te książki po prostu "się czytają". Wciągają od pierwszych stron, wzruszają, smucą, bawią. Są życiowe, radosne, fluidy młodości przenikają na Czytelnika i może w tym tkwi cała zagadka. Aby każdy czytający, bez względu na wiek, poczuł znowu ten powiew szalonej młodości, kiedy wszystko wydawało się być proste i każdy czuł, że ma przed sobą nieograniczone możliwości. I żył. Kochał. Pragnął. I oddychał, pełną piersią. Może warto sobie przypomnieć to uczucie? Na pewno uda się to wielu, czytając książki Federico Moccia. Zachęcam, wszystkie mam już za sobą.