Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakręty losu-historia Lukasa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakręty losu-historia Lukasa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 stycznia 2019

Historia braci Borowskich wraca w nowej odsłonie :)

Zakręty losu (1)

Dwie przyrodnie siostry, dwóch rodzonych braci. Zaplątani w sieć rodzinnych zobowiązań, potężnych namiętności i układów narkotykowego świata. 
Wydaje się, że wreszcie wszyscy dobili do spokojnej przystani: Piotr i Anka, którzy znajdują swoją dojrzałą miłość, oraz ich córki – Kaśka i Gośka, które zostają przyrodnimi siostrami. Od teraz ma być tak, jak powinno być: ciepło, spokojnie, bezpiecznie. Jednak kiedy w ich życiu pojawiają się dwaj bracia: Krzysztof i Łukasz, odmienni jak dzień i noc, na jaw wychodzą mroczne sekrety, a historia z przeszłości odżywa. Nowa rodzina, która miała wszystkim dać szczęście, uruchamia lawinę dramatycznych zdarzeń, nad którymi trudno zapanować.
Co jest ważniejsze: więzy krwi czy wybory serca?
Gdzie się kończy wolna wola, a zaczyna przeznaczenie?
Co wybrać, gdy każda decyzja będzie zła?


Link do przedsprzedaży -> KLIK!


Zakręty losu. Braterstwo krwi (2)

Czasem jeszcze im się to śniło. Wracało w koszmarach, zrywając z łóżka w środku nocy. Ale to tylko zły sen: wszystko zostało załatwione, sprawa zamknięta. Rany już się zabliźniły, czekała ich dobra przyszłość. Do czasu…
Najpierw była miłość – jak grom z jasnego nieba. Potem rodzinna tragedia, która rozdzieliła ich na trzynaście lat. Ona straciła siostrę, on musiał zapomnieć o bracie. Gdy znów się spotkali, postanowili być ze sobą już na zawsze, na dobre i na złe. Bardzo chcieli nie pamiętać o przeszłości, ale ona się o nich upomniała. „My nie zapominamy” – trzy słowa zapisane na białej kartce znów wywróciły ich życie do góry nogami.
Krzysiek kocha żonę do szaleństwa, a ona niedługo ma urodzić ich dziecko.
Kaśka chciałaby wymazać przeszłość, ale Krzysiek wciąż myśli o swoim bracie.
Łukasz wie, że zrujnował im życie, ale przecież nawet największy grzesznik może odkupić swoje winy – a on bardzo tego chce.
Okazuje się, że są sprawy, które trudno ostatecznie zamknąć, a przeszłość zawsze wystawia słony rachunek.
Czy tym razem wreszcie im się uda przechytrzyć zły los?


Link do przedsprzedaży -> KLIK!


Zakręty losu. Historia Lukasa -> 

Był zwykłym chłopakiem, który chciał przeżyć życie według swojego scenariusza. Kiedy najbliżsi odebrali mu marzenia, zszedł na drogę zła. 
Półświatek, wymuszenia, narkotyki – to była jego codzienność. Na powierzchni trzymała go tylko miłość. Gdy ona umarła, on stracił ostatni powód, by próbować ocalić w sobie dobro. 
Po latach los stawia go przed wyborem: zerwać z przeszłością i stawić czoło mafii lub dalej tkwić w przestępczym bagnie. W tę sytuację zostaje wplątany jego brat wraz ze swoją dziewczyną: on ma go bronić jako adwokat, ona oskarżać – jako prokurator.
Unika więzienia, ale cena jest bardzo wysoka – musi zmienić tożsamość i na zawsze zniknąć.
Po kilku latach mafia uderza ponownie, a uśpione demony się budzą.
Tym razem jednak Łukasz walczy nie tylko z nimi, ale także ze sobą – by z ciemnego świata wrócić na jasną stronę mocy.
Czy mu się uda?


Link do przedsprzedaży -> KLIK!







niedziela, 6 października 2013

Lukas wyróżniony na Festiwalu Literatury Kobiecej w Siedlcach :)

W tym roku niestety nie mogłam pojechać do Siedlec, ale pilnie wyczekiwałam na werdykt jury. 

Nagrodę Pióra dla najbardziej poruszającej powieści roku 2012 otrzymała książka Czary w małym miasteczku Marty Stefaniak.

Nagrodę Pazura dla najzabawniejszej powieści wydanej w roku 2012 otrzymała książka Starsza pani wnika Anny Fryczkowskiej. (Super!!!)

O wszystkich nagrodzonych możecie przeczytać na portalu Granice.pl TUTAJ

Pojawił się też wątek osobisty, ponieważ moja książka:

ZAKRĘTY LOSU-HISTORIA LUKASA Fanpage ZL 

została dostrzeżona przez jury składające się z blogerek polonijnych i otrzymała wyróżnienie w kategorii "Między obyczajem a romansem" za pięknie ukazaną miłość Lukasa i Małgośki.

Bardzo mi miło z tego powodu i serdecznie dziękuję :)))



 

piątek, 9 sierpnia 2013

"Zakręty losu. Historia Lukasa" przeszły do kolejnego etapu!


Moja powieść "Zakręty losu. Historia Lukasa" przeszła do kolejnego etapu eliminacji Festiwalu Literatury Kobiecej w kategorii Pióra. Wraz z Lukasem do walki stanęło 27 innych świetnych powieści. Konkurencja ogromna, ale już bardzo się cieszę i dziękuję Czytelniczkom :) I oczywiście gratuluję wszystkim Autorkom, których powieści także się tu znalazły. Wiele z tych książek czytałam i były to bardzo udane spotkania czytelnicze :)
 
A wykaz wszystkich powieści, które przeszły pod obrady jury, tutaj: Pióro i Pazur
 
 
 

środa, 1 maja 2013

Historia Lukasa oczami pewnej pisarki...

Muszę się z Wami podzielić tą recenzją. Napisała ją Małgosia Warda, pisarka, rzeźbiarka, blogerka. Bardzo się cieszę, że dostrzegła w tej opowieści wszystko to, co chciałam przekazać. Nie tylko gangsterski świat, ale także pragnienie wolności, pójścia własną drogą, żal, niezrozumienie.

Zresztą... przeczytajcie sami:



piątek, 15 lutego 2013

Mój Lukas z Zakrętów losu... to...

Tylko on:






Gdy pisałam trylogię, tylko Marcina Dorocińskiego miałam przed oczami. Może to po "Ogrodzie Luizy", a może po "Pitbulu"? Nie wiem, ale inaczej nie wyobrażałam sobie Lukasa :)

czwartek, 14 lutego 2013

Sorry...

Ta piosenka była dla mnie inspiracją do napisania "Historii Lukasa". Jeśli posłuchacie uważnie, od razu zorientujecie się dlaczego...

Will you listen to my story?
It'll just be a minute
How can I explain?

What ever happened here
Never meant to hurt you
How could I cause you so much pain?

When I say I'm sorry
Will you believe me?
Listen to my story
Say you wont leave me
When I say I'm sorry
Can you forgive me?
When I say I'll always be there
Will you believe
Will you believe me?


wtorek, 12 lutego 2013

Jak miłość niszczyła Łukasza...



Och, Boże…
Jakże cudownie było karmić się strachem tego gnoja. To było naprawdę fantastyczne uczucie. Po chwili Buźka przestał widzieć cokolwiek, bo dostał ode mnie potężny cios w szczękę i stracił przytomność, osuwając się w ramiona Faziego.
– Do samochodu – mruknąłem do niego, a ten zarzucił sobie Buźkę na ramię, jakby facet ważył dziesięć kilo, i poszedł w stronę swojego auta. Odwrócił się i jeszcze zapytał, aby mieć pewność:
– Ale szefie, do bagażnika?
– A gdzie? – spytałem cicho i spojrzałem na Jarka, który trzymał zapłakaną Gośkę. Kiwnąłem do niego, żeby nas zostawił. Podszedłem i patrzyłem, jak usiłuje się zakryć rozerwaną bluzką i patrzy na mnie z przerażeniem.
– Nie zakrywaj się. Wszystko już widziałem – powiedziałem sucho.
– On miał mnie tylko odwieźć. Nie wiem, co mu odbiło. Ja… – jej głos drżał, ale nie robiło to na mnie wrażenia.
– Włazisz do samochodu handlarza prochami średniego szczebla, jedziesz z nim do lasu i myślisz, że będziecie dyskutować o ostatnio przeczytanej książce? Jesteś nienormalna czy głupia? – mój ton głosu, gdyby miał takie właściwości, mógłby zamrażać.
– Ja nie wiedziałam. Nie pomyślałam… Boże, jak to dobrze, że tu byłeś… – wyciągnęła do mnie dłonie, ale odsunąłem się, jakby jej dotyk mógłby wypalić we mnie dziurę. Bo mógł…
– Nie byłem tutaj dla ciebie. Pilnowałem tego gnoja, bo diluje na moim terenie.
– Łukasz… – znowu chciała mnie dotknąć, ale uderzyłem ją w dłonie, aż jej delikatna skóra lekko się zaczerwieniła. Patrzyła na mnie ze strachem. I znowu poczułem się cudownie. A jednocześnie nienawidziłem siebie jak nigdy wcześniej.
– Jestem Lukas. Zapomniałaś? Jakoś ostatnio świetnie o tym pamiętałaś.
– Boże, przeprosiłam cię. Dostałeś moje esemesy? Proszę… – złożyła dłonie jak do modlitwy. Stała naprzeciwko mnie zapłakana, z zaczerwienionymi policzkami, dłońmi, na których odbiły się moje palce, z lekko naderwanymi guzikami bluzki. Czułem, że w moim sercu zaczyna się coś budzić. Jakiś przejmujący żal. I smutek. I tęsknota.
Nie!
Nie mogłem znowu do tego dopuścić!
Musiałem to zakończyć tutaj i teraz. Bo lepiej mi było w tych chwilach, kiedy tylko nienawidziłem i nie musiałem się liczyć z czyimiś uczuciami. O niebo lepiej!
– O co mnie prosisz? Żebym cię przeleciał, tak jak zrobiłby to ten dupek? A potem może rzuciłby ci w twarz działką, którą byś wzięła i udawała, że to pomaga ci żyć? – szedłem w jej stronę, wyrzucając z siebie słowa jak najgorszą obelgę. Gośka cofała się bezwiednie, wpatrując się we mnie z przerażeniem.
– Ale co ty… – jęknęła, ale potrząsnąłem głową, nie chcąc jej słuchać.
– Jesteś naiwna i głupia. I za młoda, od początku to wiedziałem. Ale jeszcze wtedy wierzyłem, że może się nam udać – nadal na nią napierałem, a ona się cofała, aż w końcu oparła się o drzwi auta Buźki i nie miała już gdzie uciec. – Chcesz zrobić na złość swojej matce? To dlaczego nie uciekniesz z domu? Może zaczniesz się puszczać za działkę koksu lub amfy? Może zaczniesz pracować w klubie na starszych panów? Mogę załatwić ci tam wejście. Jako byłej Lukasa, będzie ci łatwiej poruszać się w tych klimatach. Chcesz? – oparłem się dłońmi o samochód i patrzyłem na nią z góry. Kuliła się z przerażenia i płakała. – Załatwię ci to. Załatwię ci wszystko. Co tylko będziesz chciała, żeby spierdolić swoje życie. Ale wiedz jedno: nikt nigdy nie będzie cię kochał, tak jak ja cię kochałem. I pewnie to dla ciebie nic nie znaczy, ale chcę, żebyś o tym wiedziała. Bo teraz… ty dla mnie też nic nie znaczysz. Jesteś naiwną małolatą, która wsiada z nieznajomym facetem do samochodu i myśli, że dla jej pięknych oczu koleś zrobi dla niej wszystko. Tutaj to tak nie działa. Chcesz towar, musisz płacić. Nie masz kasy, to obciągasz albo dajesz się wypierdolić gdzieś na tylnym siedzeniu samochodu. Jeśli tak tego pragniesz, to zacznij ćwiczyć już teraz – warknąłem i zerwałem z niej bluzkę, rozdarłem jej bieliznę i szarpnąłem za ramię, półnagą prowadząc w stronę swoich ludzi, którzy obserwowali wszystko z pewnej odległości. Gośka płakała, czepiała się moich ramion i błagała, żebym przestał. Popchnąłem ją tak, że prawie wpadła na Jarka, który przytrzymał ją za ramiona. Popatrzył na mnie twardym wzrokiem, ale wiedział, że nie może w żaden sposób zareagować. Postawił ją i puścił. Próbowała zakryć nagie ramiona i piersi, ciągle zanosząc się płaczem.
– Proszę. Któremu zrobisz dobrze? Dostaniesz działkę, a jak pójdzie ci nieźle, to może nawet dwie.
– Proszę, Łukasz…
– Co proszę?! – wrzasnąłem, trzymając ją za ramiona. Wiedziałem, że na drugi dzień będzie miała siniaki od mojego uścisku. – Przecież tego chciałaś. Szybkiego życia. Ryzyka. Stałego dostępu do dragów. Ja nie zamierzałem ci tego dać, ale znajdzie się wielu chętnych, którzy, póki jeszcze nie jesteś zniszczona przez to gówno, będą cię pierdolić na wszystkie sposoby, a ty będziesz żyła w ułudzie, że jesteś szczęśliwa i niezależna. Chcesz tego? – krzyczałem jej w twarz.
Łkała i kręciła głową.
– Chcesz tego, kurwa, czy nie?!!!
– Nie, nie, nie!!! – krzyknęła i wolną ręką uderzyła mnie w twarz.
Puściłem ją i patrzyłem, jak zakrywa się resztkami ubrania i wstrząsana spazmami płaczu, biegnie w stronę swojego domu.
Gdy zginęła mi z pola widzenia, spojrzałem na moich kumpli, którzy nie wiedzieli, gdzie podziać oczy. Stałem i próbowałem uspokoić oddech i zapanować nad sobą. Jarek podszedł do mnie, klepnął w ramię i powiedział cicho:
– Dobrze zrobiłeś, Lukas. Może ona zrozumie…
Popatrzyłem na kumpla i zacisnąłem szczęki.
– Może…
– Ale mnie przestraszyłeś – Jarek pokręcił głową i uśmiechnął się.
– Wiem… Ale teraz zajmiemy się tą mendą z bagażnika – dodałem i kiwnąłem do moich ludzi, żeby wsiadali do samochodu.
Odjeżdżając stamtąd, nie czułem kompletnie nic. Żadnego żalu, żadnych wyrzutów sumienia, żadnego bólu. Myślałem tylko o tym, co zrobię z tym skurwielem, tłukącym się teraz w bagażniku samochodu mojego człowieka, gnojkiem, którego lepkie ręce dotykały Gosi. Ona była moim całym światem, potem jednak ten świat zniszczyła i zdeptała, a na koniec wyrzuciła resztki jak niepotrzebne śmieci.

Zakręty losu-Historia Lukasa


czwartek, 7 lutego 2013

Jak to wszystko się zaczęło...?



Wróciłem z ćwiczeń naszej szkolnej grupy rockowej. Byłem w drugiej klasie liceum, miałem siedemnaście lat i kochałem muzykę. Grałem na saksofonie w zespole, który założyliśmy z kumplami z klasy. Dyrektor szkoły, doceniając nasze zaangażowanie i chęci, udostępnił nam stary szkolny magazynek; zaadaptowaliśmy go na klub. I teraz, po ośmiu miesiącach działalności, mieliśmy za sobą kilka szkolnych występów, między innymi na studniówce najstarszych klas, a od kilku tygodni przygotowywaliśmy się do udziału w konkursie zespołów rockowych, który mógłby dać nam szansę i perspektywy na dalszy rozwój w tym kierunku. Oczywiście, staraliśmy się nie zaniedbywać nauki, żeby rodzice się nie czepiali, ale teraz ten konkurs był dla nas najważniejszy.
Po cichu wszedłem do domu, bo było już dość późno. Miałem nadzieję, że uda mi się przemknąć niepostrzeżenie, tak aby nie spotkać się z ojcem, z którym ostatnio miałem na pieńku. Hm. Ostatnio? Chyba raczej od zawsze. Ale ta nadzieja umarła, zanim na dobre zdołała zakwitnąć w mojej głowie, bo gdy tylko złapałem za poręcz, chcąc pobiec na górę, do swojego pokoju, mój ojciec wyszedł ze swojego gabinetu. Patrzył na mnie tak jak zawsze, czyli krytycznym wzrokiem.
– Nie za późno? – spytał z marsową miną.
– Sorry. Próba się przeciągnęła – burknąłem.
– Nie zapomnij, że w weekend wyjeżdżasz ze mną na spotkanie z członkami rady adwokackiej.
– W ten weekend?
– Tak, w ten.
– To miało być za tydzień – patrzyłem na ojca zszokowanym wzrokiem.
– Pomyliłem terminy. Wyjeżdżamy w piątek wieczorem – ton ojca był zimny jak lód.
– Nie ma mowy – wzruszyłem ramionami, mocniej zaciskając palce na rączce futerału, w którym spoczywał mój saksofon.
– Słucham?
– Mówiłem ci chyba z milion razy, że jadę do Zielonej Góry na przesłuchanie. Robią nabór do konkursu „Młoda Rockmania”. Przeszliśmy pierwszy etap, jeśli zaliczymy kolejny, pojawi się szansa na nagranie płyty.
Ojciec wzniósł oczy do nieba, jakby szukał tam natchnienia do wygłoszenia kolejnej tyrady, ale powiedział tylko:
– Będziesz musiał wybierać.
Spojrzałem na niego z uśmiechem.
– Już wybrałem.
– To znaczy? – zmarszczył brwi i podszedł do mnie. Mimo że był wysoki, i tak musiał unieść głowę, żeby spojrzeć mi w oczy. Nie sądzę, by odnalazł w nich choć odrobinę ciepłych uczuć. Muzyka była dla mnie wszystkim, a wiedziałem, jaki on ma do tego stosunek. Bolało mnie to bardzo, ale nie dałem po sobie nic poznać, bo przecież w przyszłości miałem zostać opanowanym prawnikiem z maską zamiast twarzy.
– To znaczy, że w sobotę rano pakujemy się do pociągu i wyjeżdżamy. Na przesłuchanie – odpowiedziałem pewnie, chociaż moje serce szalało ze zdenerwowania.
– Śmieszny jesteś – parsknął; wydawał się naprawdę nieźle rozbawiony.
Ja za to byłem wkurzony. I to bardzo.
– Może jestem śmieszny, ale pogódź się z tym, że na weekend ze swoimi prawnikami pojedziesz beze mnie.
– To się jeszcze okaże.
– Załóż się – warknąłem, wchodząc na schody.
– Łukasz – no tak, znałem ten ton. Doskonale. Zaczynało się. Ale tym razem nie miałem zamiaru tego słuchać.
– Oszczędź sobie. Nie jesteś w sądzie. Wcale nie muszę tam z tobą jechać, wydepczesz dla mnie ścieżkę kiedy indziej – powiedziałem przez zęby i pobiegłem do siebie, trzaskając drzwiami tak mocno, że pewnie obudziłem swojego młodszego brata Krzyśka, który miał pokój naprzeciwko mojego.
„Kurwa!” – kląłem w myślach, bo ogólnie rzecz biorąc, nie przeklinałem; wiedziałem, że mama tego nie toleruje. „Czy kiedykolwiek mój ojciec spojrzy na mnie inaczej niż jak na obiekt mający utrzymać rodzinną tradycję i poważanie dla nazwiska Borowski w tym jego śmiesznym świecie?”. Chyba znałem odpowiedź na to pytanie. A przecież zawsze robiłem wszystko, aby był ze mnie zadowolony. Nigdy nie miał ze mną najmniejszych problemów. Nigdy. Uczyłem się dobrze, nie paliłem, nie ćpałem, szanowałem matkę, kochałem brata. A ojciec… też go szanowałem, ale… Czy go kochałem?
Boże…
Oczywiście, że tak. Ale…
Czy on kochał mnie?

(Zakręty losu-Historia Lukasa)



wtorek, 5 lutego 2013

Jak Lukas spotkał Małgorzatę... wielką miłość i wielkie przekleństwo...

Małgorzata. Małgorzata. Małgorzata.
Dlaczego to imię ciągle siedzi w mojej głowie? Od tamtego wieczoru, kiedy niemal znokautowałem szczupłą blondynkę, a potem trzymałem ją w ramionach, podczas gdy Jacek zakładał opatrunek na jej zranioną dłoń, nie mogłem przestać o niej myśleć. Gdy już doszła do siebie, wyszła ze swoimi znajomymi i już jej nie widziałem. Byłem zły na siebie, że nie wziąłem od niej numeru telefonu, że z nią nie porozmawiałem, ale po pierwsze, nie chciałem przestraszyć dziewczyny; już i tak dość bólu jej sprawiłem. A po drugie, była młodziutka – mimo że miała delikatny makijaż, stwierdziłem, że wygląda na góra osiemnaście lat. Dobrze by było, gdyby okazała się pełnoletnia. Ale pomimo tych wątpliwości cały czas przypominałem sobie to przejmujące uczucie, jakie mnie ogarnęło, kiedy trzymałem drobne ciało w objęciach, a wzrok dziewczyny przenikał mnie całego. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się coś takiego i byłem oszołomiony. Tak. Inaczej nie mogłem tego nazwać. Oszołomiony, oczarowany, zafascynowany.
Codziennie pojawiałem się w Imperialu, mając nadzieję, że znowu ją zobaczę, ale w tygodniu nie zjawiła się tam ani razu. W mojej głowie szalały myśli. Nie dawały mi spać. Nie mogłem się skupić na codziennych czynnościach. Z natury byłem małomówny, ale teraz stałem się jeszcze bardziej zamknięty w sobie. Moi ludzie, którzy i tak czuli przede mną respekt, od jakiegoś czasu unikali mnie jak ognia, bo skoro się nie odzywałem, to pewnie coś musiało mnie wkurwić. A ja po prostu myślałem. O niej. O Małgorzacie…
Nadeszła kolejna sobota. Zły na siebie pojechałem do Imperiala. Miałem tam zaplanowane krótkie spotkanie z jakimś człowiekiem Jara, który prowadził małą knajpkę na obrzeżach miasta i chciał się podłączyć. Nie lubiłem detalistów, ale skoro koleś był pełen zapału i chęci współpracy, a do tego miał zamiar dzielić się wpływami, to czemu nie? Gdy skończyłem z nim rozmawiać, podszedłem do Jacka i poprosiłem o wodę. Miałem zamiar wrócić do domu, bo nie byłem szczególnie zabawowo nastawiony. I wtedy, tak jak ostatnio, ona… pojawiła się znikąd. Była jak sen. Pojawiała się i znikała, zostawiając mnie z zamętem w głowie. Poczułem tylko zapach jaśminu i usłyszałem rozbawiony głos:
– Dzisiaj też masz zamiar mnie podeptać?
Spojrzałem w bok. Siedziała na wysokim stołku i uśmiechała się. Przełknąłem ślinę.
– Dzisiaj postaram się tego nie zrobić. Jak ręka?
– Dobrze. Obyło się bez szwów – machnęła lekceważąco zdrową dłonią. – Jesteś tu co tydzień? – spoglądała na mnie z zainteresowaniem.
Przyjrzałem się jej uważnie. Dzisiaj ubrała się w obcisłe dżinsy i czarną bluzkę na ramiączkach. Była bardzo zgrabna. Miała mocniejszy makijaż niż ostatnio i wyglądała na starszą. Dałbym jej ze dwadzieścia jeden lat. To już byłoby lepiej. O niebo lepiej.
– Jestem tu dosyć często – odparłem wymijająco. – A ty?
– Niedawno zaczęłam przychodzić o tego klubu. Koleżanka mnie namówiła. Z tego wszystkiego nie wiem nawet, jak masz na imię… – przechyliła głowę i wpatrywała się we mnie. Miała ładne niebieskie oczy. Wszystko było w niej piękne…
– Łukasz – odparłem, mierząc ją spojrzeniem.
Nie speszyła się. W ogóle wyglądała na otwartą, ale nie nachalną, w przeciwieństwie do niektórych dziewczyn, które przychodziły do klubu.
– Małgorzata – podała mi rękę.
– Wiem. Pamiętam – szybko ująłem jej dłoń. Niemal cała zginęła w mojej.
Trzymałem ją przez chwilę i puściłem. Zauważyła to. Jej oczy błyszczały.
– Zatańczymy? – spytała nieoczekiwanie.
Uśmiechnąłem się kącikiem ust.
– Ja nie tańczę.
– Nie umiesz? Rozdeptujesz partnerki? Och! – teatralnie dotknęła palcami ust. – No tak, zapomniałam, że jesteś w tym mistrzem – jej oczy się śmiały.
– Bardzo śmieszne – pokręciłem głową, czując się tak swobodnie, tak lekko, jak jeszcze nigdy w życiu. A to za sprawą krótkiej rozmowy z tą nowo poznaną dziewczyną. Doprawdy… złe rzeczy się ze mną działy.
– Nie daj się prosić. Poza tym… jesteś mi coś winien…
– Tak? – pochyliłem się, odurzony jeszcze bardziej jej zapachem.
– Nawet nie wiesz, jak mnie ta ręka bolała. Kilka nocy nie mogłam przez nią spać – westchnęła.
„To całkiem jak ja” – pomyślałem, a głośno powiedziałem:
– No to chyba będę musiał cię zaprosić na kolację. Albo do kina. Albo jedno i drugie.
– Ale najpierw zatańczysz – uśmiechnęła się przekornie.
Zaśmiałem się i pokręciłem głową.
– Nie, piękna, nie zatańczę.
W tym momencie podszedł do mnie Fazi. Zerknął obojętnie na dziewczynę i powiedział do mnie, nie przejmując się niczym:
– Szefie, pojadę do tego przydupasa Jara i obczaję, jaki mają grunt.
– Dobrze, Fazi. Jedź – kiwnąłem głową i spojrzałem na Małgorzatę.
– Szefie? – spytała, unosząc brew.
Odchrząknąłem.
– To mój klub.
– Ach tak… – mruknęła. – No dobrze, to już nie będę cię namawiała na pląsy na parkiecie.
– Dzięki – oparłem się o bar, patrząc na tańczących ludzi. Ona usiadła obok mnie na wysokim stołku i też spojrzała na bawiących się gości. Nieznacznie otarła się udem o moją nogę. Nawet przez dżinsy poczułem ciepło jej ciała. Nie było dobrze… Było… bardzo, bardzo źle.
– To jak się umówimy? – spytała po chwili, zerkając na mnie z boku.
– Może jutro? Przyjadę po ciebie. Gdzie mieszkasz?
Potrząsnęła głową.
– Spotkajmy się na mieście. Gdzieś w rynku.
– Dobrze, jak chcesz. Masz jakiś telefon?
– Podam ci domowy numer koleżanki.
– A swojego nie możesz?
– Jeszcze nam nie założyli. Niedawno wprowadziłyśmy się z matką do nowego domu.
„Z matką” – więc już co nieco się o niej dowiedziałem.
– Dobrze. Zapisz sobie mój numer do mnie. Tutaj do klubu. Mam też pager – wymieniliśmy się numerami, raz po raz zerkając na siebie. Gdy zapisywała numer do tej koleżanki, pochyliła się, a jej długie włosy opadły na twarz. Miałem wrażenie, że dłonie aż mnie palą od tego przejmującego pragnienia, aby dotknąć jej jedwabistych włosów. Aby dotknąć jej skóry. Aby ją poczuć.
Po chwili spojrzała na zegarek i powiedziała, że musi już iść. Była sama. Trochę mnie to zdziwiło. Odprowadziłem ją do wyjścia.
– Może zawiozę cię do domu? – zaproponowałem.
– Nie – potrząsnęła głową. – Wrócę taksówką, dziękuję.
– Nie ma problemu – wzruszyłem ramionami. Gdy wychodziliśmy, widziałem głupi uśmiech na twarzy Jara, który stał przy szatni i czarował jakąś laskę. Popatrzyłem na niego niezbyt przyjaznym wzrokiem i otworzyłem drzwi przed idącą przede mną dziewczyną. Ona nagle się zatrzymała, a ja wpadłem na nią. Znowu.
– Nie mam portfela! – złapała się kieszeń kurtki, po czym zajrzała do małej torebki, którą trzymała w ręku. – Nie! Jest! – krzyknęła uszczęśliwiona, odwracając się nieznacznie i unosząc twarz, aby na mnie spojrzeć. Gdy jej ciało zetknęło się z moim, poczułem przejmujący dreszcz. Cholera… Pragnąłem jej. Bardzo. Pragnąłem tej dziewczyny, której nie znałem i o której nic nie wiedziałem. Musiała coś dostrzec w moich oczach, bo po raz pierwszy, odkąd rozmawialiśmy, spłoszyła się. Uciekła gdzieś wzrokiem i zaczerwieniła się. Wyszliśmy.
– Ile masz lat? – spytałem bez ogródek, gdy zeszliśmy po szerokich schodach i stanęliśmy koło postoju taksówek.
– Takie obcesowe pytanie – mruknęła.
– Po prostu chcę wiedzieć.
– A ty? – uniosła zawadiacko brodę. Miałem ochotę złapać ją za ten wojowniczo wysunięty podbródek i przycisnąć usta do jej ust. Właśnie… Jej usta. Były śliczne. Pociągające. I na pewno… smakowite.
Jasny gwint!
Musiałem się natychmiast uspokoić!
– Co ja? – spytałem zachrypniętym głosem.
Przewróciła oczami, jakby miała do czynienia z kimś opóźnionym. Była niemożliwa. I zabawna.
– Ile masz lat, panie nietańczący?
Roześmiałem się. Głośno. Stojący przed klubem moi ludzie popatrzyli na mnie z zaskoczeniem. Śmiejący się w głos Lukas – to było coś nowego.
– Dwadzieścia sześć – odparłem.
– To jesteś starszy ode mnie o osiem lat. Jestem pełnoletnia, nie martw się. A tak w ogóle… przyjechałam tu tylko po to, żeby cię spotkać – odparła, uśmiechnęła się szeroko, patrząc mi prosto w oczy i wsiadła do pierwszej taksówki. Patrzyłem za nią, jak odjeżdżała. Gdy zatoczyła koło i przejechała koło mnie, widziałem, że uśmiecha się tym swoim rozbrajającym uśmiechem. W pewnym momencie uniosła dłoń do ust i przesłała mi całusa.
I wtedy… Wiedziałem, że wpadłem. Po same uszy. Ja. Lukas. Zakochałem się. Ot tak. Po prostu. Z dnia na dzień. Niesamowite. Kurewsko niesamowite.

 
 

piątek, 1 lutego 2013

Jak Lukas stracił dziewictwo...


Zaczął się ostatni tydzień mojego starego życia. Przeczuwałem, że gromadzą się nade mną chmury; nie mogłem się pozbyć tego wrażenia. Ale spokojnie szedłem do przodu. Witałem każdy kolejny dzień. Przecież nie mogłem się zatrzymać ani cofnąć. Bo i po co? Przyjmowałem los, pokonując każdy jego zakręt, choćby był najbardziej zawiły i zaskakujący. Bo na tym chyba polegało życie? Taką drogę obrałem i nie miałem zamiaru zmieniać trasy. Ale czułem, podświadomie, każdym możliwym zmysłem, że coś się szykuje. Że los coś dla mnie przygotował. I w sumie, gdy stało się to, co się stało… nie byłem zbytnio zdziwiony. Przyjąłem to zrządzenie losu jak dobrego przyjaciela, na którego czekałem i który czekał na mnie. Tak było najlepiej. Przyjąć to jak mężczyzna, bez mazgajstwa i robienia tragedii. I tak też zrobiłem. Wiedziałem też coś więcej: że na pewno nie można mnie nazwać zdrajcą i potrafię uszanować ludzi, z którymi współpracowałem. Ale na pewno jestem kurewsko mściwy i nigdy nie zapomnę o wyrządzonej mi krzywdzie. A raczej świństwie. Bo inaczej nie można było tego nazwać.
Tamtego dnia wszystko toczyło się swoim torem. Rano pojechałem na siłownię, potem zaliczyłem bieżnię. Zajrzałem na wydział do Justyny. Chciałem wyciągnąć ją na kawę, ale miała ćwiczenia, więc wróciłem do domu. Coś zjadłem i posprzątałem, bo lubiłem porządek. Gdy późnym popołudniem miałem jechać do klubu, zadzwonił do mnie Wasyl.
– Lukas, jesteś na mieście?
– Jadę dopiero. Dzieje się coś? – spytałem, zakładając kurtkę i rozglądając się za kluczykami do samochodu.
– Cholera, ten debil Buźka miał dzisiaj zawieźć towar do Legnicy, do mojego człowieka, ale tak wczoraj zachlał, że nikt nie jest w stanie go dobudzić.
– A jaki towar?
– Przyjedź, to pogadamy. Jestem u siebie. Lukas, na ciebie zawsze można liczyć!
– Dobra, zaraz będę – odparłem i po chwili byłem na zewnątrz.
Gdy wszedłem do klubu, Wasyl rozmawiał z kimś przez telefon i wyglądał na wkurwionego. Usiadłem przy barze i czekałem, aż skończy rozmowę. Odłożył telefon i popatrzył na mnie.
– Lukas, pojedziesz do tej cholernej Legnicy? Mam do ciebie zaufanie. I w sumie wiem, że załatwisz to lepiej niż pieprzony Buźka.
– Pojadę – kiwnąłem głową.
Średnio mi się uśmiechało przewożenie jakiegokolwiek podejrzanego towaru, ale wcześniej robiłem już takie rzeczy, więc wiedziałem, że i tym razem sobie poradzę. A poza tym nie mogłem przecież go tak zostawić. To był także mój biznes. I jak się za coś brałem, to starałem się robić to dobrze i dawać z siebie wszystko. Pracownik miesiąca. Albo i roku.
Okazało się, że muszę przewieźć jedynie paczkę marihuany do człowieka Wasyla w Legnicy. Nie było żadnego ryzyka, zresztą do tej pory byłem czysty i nienotowany. Dlatego też nic nie wzbudziło mojego niepokoju.
Zabrałem towar, wsadziłem go do sportowej torby, z którą jeździłem na siłownię, i ruszyłem w trasę. Pogoda była piękna; pod koniec maja panował upał. Jechałem autostradą. Nastawiłem muzykę Hansa Zimmera, założyłem okulary i przez chwilę czułem się szczęśliwy i wolny od trosk. I nie myślałem o swoim życiu, o swoich wyborach i o narkotykach, które spoczywały w bagażniku mojego samochodu. Po prostu jechałem przed siebie i przez chwilę chciałem przycisnąć pedał gazu i pomknąć przed siebie, nikomu nie mówiąc, gdzie jestem i co robię. Zniknąć z zasięgu wzroku i nie być zależnym od kogokolwiek. To byłoby naprawdę coś! Coś, o co warto byłoby walczyć i zaryzykować. Ale tymczasem… Musiałem zrobić to, co do mnie należało, a pragnienie wolności odłożyć na później.
Na dużo, dużo później…
Zjechałem z autostrady i już miałem skręcać w prawo, gdy zobaczyłem stojący na poboczu policyjny radiowóz. Nie zaniepokoiło mnie to zbytnio, gdyż miliony razy byłem zatrzymywany, przeważnie za przekroczenie prędkości. Policjant nakazał mi zjechać na pobocze. Zatrzymałem się i wysiadłem z samochodu, patrząc na podchodzącego do mnie gliniarza. Ten kazał mi pokazać dokumenty. W tym samym czasie podszedł drugi i zaczął okrążać moje auto dookoła.
– Niezły wóz. Lubi się przycisnąć, co? – zapytał, zaglądając do środka przez boczną szybę.
Wzruszyłem ramionami, czując, że coś jest nie tak.
– Jechałem zgodnie z przepisami – odparłem.
– Jasne. A trójkąt pan ma?
– Mam.
– Proszę otworzyć bagażnik – rozkazał ten, który sprawdzał dokumenty.
Spokojnie podszedłem do tyłu samochodu i otworzyłem. Czułem, jak mocno bije mi serce, ale nie dawałem po sobie poznać, że choć odrobinę się zdenerwowałem. A zdenerwowałem się jak cholera.
– Tutaj jest – wskazałem na złożony z boku trójkąt.
– Proszę włączyć światła i kierunkowskazy – kazał drugi gliniarz, stając przy otwartym bagażniku. Chciałem go zamknąć, ale gliniarz skutecznie mi to uniemożliwił. I wtedy już wiedziałem, że nie zatrzymali mnie przypadkiem, by przeprowadzić zwykłą kontrolę drogową. Oni… po prostu na mnie czekali.
Wsiadłem do samochodu i zrobiłem to, co kazał gliniarz. Przez podniesioną klapę bagażnika nie widziałem, co robi ten drugi. Usłyszałem tylko, że tamten policjant mówi coś do tego, który stał koło mnie. Po chwili gliniarz spojrzał uważnie w moją stronę i otworzył drzwi od samochodu.
– Proszę wysiąść!
– Coś jest nie tak? – spytałem, wiedząc doskonale, co, do cholery, jest nie tak. Nie tak było to, że złapało mnie dwóch gliniarzy, którzy wiedzieli, że w bagażniku mam paczkę pierdolonej marychy! A wiedzieć to mogli tylko z jednego źródła, bo nie byli pieprzonymi jasnowidzami!
– Wysiadaj! – i tak skończyły się uprzejmości.
Wyszedłem powoli, myśląc, że bez trudu poradziłbym sobie z tymi dwoma facetami. Obydwaj byli ode mnie o głowę niżsi i nie z takimi miałem przyjemność uprawiać sport kontaktowy. Ale co by mi to dało? Im chyba to samo przyszło do głowy, bo widziałem, jak jeden z nich wyciągnął kajdanki, a drugi sięgnął po broń. Dobra. Nie miałem zamiaru robić nic głupiego. Stanąłem z opuszczonymi rękoma i nagle zostałem rzucony na maskę, wykręcono mi ręce, a na nadgarstkach poczułem ucisk kajdanek.
Tak…
Lukas właśnie stracił dziewictwo.
Ale ten, który mnie w ten sposób załatwił, zapłaci za to. I to z nawiązką!

(Zakręty losu-Historia Lukasa)