Wróciłem z
ćwiczeń naszej szkolnej grupy rockowej. Byłem w drugiej klasie liceum, miałem
siedemnaście lat i kochałem muzykę. Grałem na saksofonie w zespole, który
założyliśmy z kumplami z klasy. Dyrektor szkoły, doceniając nasze zaangażowanie
i chęci, udostępnił nam stary szkolny magazynek; zaadaptowaliśmy go na klub. I
teraz, po ośmiu miesiącach działalności, mieliśmy za sobą kilka szkolnych
występów, między innymi na studniówce najstarszych klas, a od kilku tygodni
przygotowywaliśmy się do udziału w konkursie zespołów rockowych, który mógłby
dać nam szansę i perspektywy na dalszy rozwój w tym kierunku. Oczywiście,
staraliśmy się nie zaniedbywać nauki, żeby rodzice się nie czepiali, ale teraz
ten konkurs był dla nas najważniejszy.
Po cichu
wszedłem do domu, bo było już dość późno. Miałem nadzieję, że uda mi się
przemknąć niepostrzeżenie, tak aby nie spotkać się z ojcem, z którym ostatnio
miałem na pieńku. Hm. Ostatnio? Chyba raczej od zawsze. Ale ta nadzieja umarła,
zanim na dobre zdołała zakwitnąć w mojej głowie, bo gdy tylko złapałem za
poręcz, chcąc pobiec na górę, do swojego pokoju, mój ojciec wyszedł ze swojego
gabinetu. Patrzył na mnie tak jak zawsze, czyli krytycznym wzrokiem.
– Nie za
późno? – spytał z marsową miną.
– Sorry.
Próba się przeciągnęła – burknąłem.
– Nie
zapomnij, że w weekend wyjeżdżasz ze mną na spotkanie z członkami rady
adwokackiej.
– W ten
weekend?
– Tak, w ten.
– To miało
być za tydzień – patrzyłem na ojca zszokowanym wzrokiem.
– Pomyliłem
terminy. Wyjeżdżamy w piątek wieczorem – ton ojca był zimny jak lód.
– Nie ma mowy
– wzruszyłem ramionami, mocniej zaciskając palce na rączce futerału, w którym
spoczywał mój saksofon.
– Słucham?
– Mówiłem ci
chyba z milion razy, że jadę do Zielonej Góry na przesłuchanie. Robią nabór do
konkursu „Młoda Rockmania”. Przeszliśmy pierwszy etap, jeśli zaliczymy kolejny,
pojawi się szansa na nagranie płyty.
Ojciec
wzniósł oczy do nieba, jakby szukał tam natchnienia do wygłoszenia kolejnej
tyrady, ale powiedział tylko:
– Będziesz
musiał wybierać.
Spojrzałem na
niego z uśmiechem.
– Już
wybrałem.
– To znaczy? –
zmarszczył brwi i podszedł do mnie. Mimo że był wysoki, i tak musiał unieść
głowę, żeby spojrzeć mi w oczy. Nie sądzę, by odnalazł w nich choć odrobinę
ciepłych uczuć. Muzyka była dla mnie wszystkim, a wiedziałem, jaki on ma do
tego stosunek. Bolało mnie to bardzo, ale nie dałem po sobie nic poznać, bo przecież
w przyszłości miałem zostać opanowanym prawnikiem z maską zamiast twarzy.
– To znaczy,
że w sobotę rano pakujemy się do pociągu i wyjeżdżamy. Na przesłuchanie –
odpowiedziałem pewnie, chociaż moje serce szalało ze zdenerwowania.
– Śmieszny
jesteś – parsknął; wydawał się naprawdę nieźle rozbawiony.
Ja za to
byłem wkurzony. I to bardzo.
– Może jestem
śmieszny, ale pogódź się z tym, że na weekend ze swoimi prawnikami pojedziesz
beze mnie.
– To się
jeszcze okaże.
– Załóż się –
warknąłem, wchodząc na schody.
– Łukasz – no
tak, znałem ten ton. Doskonale. Zaczynało się. Ale tym razem nie miałem zamiaru
tego słuchać.
– Oszczędź
sobie. Nie jesteś w sądzie. Wcale nie muszę tam z tobą jechać, wydepczesz dla
mnie ścieżkę kiedy indziej – powiedziałem przez zęby i pobiegłem do siebie,
trzaskając drzwiami tak mocno, że pewnie obudziłem swojego młodszego brata
Krzyśka, który miał pokój naprzeciwko mojego.
„Kurwa!” – kląłem
w myślach, bo ogólnie rzecz biorąc, nie przeklinałem; wiedziałem, że mama tego
nie toleruje. „Czy kiedykolwiek mój ojciec spojrzy na mnie inaczej niż jak na
obiekt mający utrzymać rodzinną tradycję i poważanie dla nazwiska Borowski w
tym jego śmiesznym świecie?”. Chyba znałem odpowiedź na to pytanie. A przecież
zawsze robiłem wszystko, aby był ze mnie zadowolony. Nigdy nie miał ze mną
najmniejszych problemów. Nigdy. Uczyłem się dobrze, nie paliłem, nie ćpałem,
szanowałem matkę, kochałem brata. A ojciec… też go szanowałem, ale… Czy go
kochałem?
Boże…
Oczywiście,
że tak. Ale…
Czy on kochał
mnie?
(Zakręty losu-Historia Lukasa)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz