Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia pewnego zakładu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia pewnego zakładu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 lutego 2011

Magiczne słowo:)

Jak to możliwe, że dla mnie magicznym słowem jest to, które określa kres wszystkiego? Ale jeśli mogę je napisać jako ukoronowanie historii, którą żyję przez wiele tygodni, miesięcy, to jak mam tego słowa nie kochać? Dzisiaj zakończyłam pisać "Historię pewnego zakładu", którą rozpoczęłam we wrześniu 2010 roku. Mogę powiedzieć, że bolało mnie często to moje pisanie. Myśli kłębiły się w głowie, układając w kolejne wersy, strony, a gdy miałam przelać je na ekran mojego laptopa... sił brakowało. Ale dzień za dniem wgłębiałam się w losy Sylwii i Aleksa, aż "nadejszła wiekopomna chwila". I udało się. Oczywiście, gdyby nie wsparcie moich przyjaciółek, które na bieżąco czytały, komentowały i mobilizowały mnie do walki z kaprysami weny, nie wiem czy dotrwałabym do tego magicznego... końca.

Dziękuję Wam kochane, bez Was nic nie byłoby takie, jakie jest:*

A na zakończenie... słowa (nie moje), od których zaczyna się "Historia pewnego zakładu":
 
„Najtrudniej uleczyć się z miłości, która przyszła nagle.”
Jean de La Bruyere

wtorek, 8 lutego 2011

w zawieszeniu...

Dlaczego noc nastaje po dniu?
Dlaczego zachodzi słońce, a niebo granatowieje i pokrywa się milionem gwiazd?
Dlaczego pada deszcz?
Dlaczego wieje wiatr?
Dlaczego ten świat ciągle idzie do przodu w swoim nudnym cyklu, powtarzających się frazach, przewidywalnych, znajomych, a co za tym idzie, bezpiecznych?
Bo co może się wydarzyć?
Przecież wiem, że po nocy nastanie dzień, a potem znowu noc.
Po jesieni zima, a następnie wiosna.
Przewidywalność.
Powtarzalność.
Stałość.
To dlaczego czułem się jak rzucony w wir chaosu, niepewności, szaleństwa?
Skoro nawet przyroda była powtarzalna i przewidywalna. A ja byłem rozerwany na drobne cząstki, drążony dzień i noc przez bezlitosną tęsknotę, która katowała moją duszę, moje serce, odbierała mi resztki niespokojnego snu i nie pozwalała skupić się na czymkolwiek innym. Minął miesiąc, odkąd wyszedłem z pokoju kobiety, która była dla mnie całym moim życiem, a której życie zepsułem. I nie mogłem sobie tego wybaczyć. Ale postąpiłem tak jak mnie prosiła, dałem jej spokój, odsunąłem się i czekałem. Dzień i noc, godzina za godziną, czekałem. Na jakiś najmarniejszy znak od niej, że mnie ciągle chce, że potrzebuje czasu, ale ciągle mnie chce. Lecz Sylwia milczała, a ja coraz bardziej pogrążałem się w płonnej nadziei, że kiedyś do mnie zadzwoni. I aby spróbować zrobić coś ze sobą i ze swoim życiem i postąpić też zgodnie z jej prośbą, postanowiłem pojechać do kobiety, której nie chciałem nazywać matką a zawsze o tym marzyłem. Bo musiałem poczuć w końcu ziemię pod stopami, bo ciągle lewitowałem i bałem się, że już nigdy nie poczuję gruntu i tej pewności, że jestem bezpieczny.

(Aleks, "Historia pewnego zakładu")

sobota, 15 stycznia 2011

Maureen Jennings "Detektyw Murdoch. Ostatnia noc jej życia"

Po przeczytaniu tej książki, którą otrzymałam od wydawnictwa „Oficynka”, zastanawiałam się nad tym, jak niegdyś radzili sobie stróże prawa, gdy technologia dopiero raczkowała i nikt nie słyszał o daktyloskopii, nie mówiąc już o badaniach DNA. Jeśli chodzi o badanie odcisków palców, to pod koniec XIX wieku odkryto tę niepowtarzalną cechę, charakteryzującą każdego człowieka, ale metoda ta swe praktyczne zastosowanie znalazła dopiero po II wojnie światowej. Więc detektyw Murdoch żyjący w Toronto pod koniec XIX wieku nie miał takich możliwości. I gdy pewnego zimowego ranka, na jednej z ulic miasta, zostają znalezione zwłoki młodej dziewczyny, detektyw Murdoch przystępuje do szczegółowego i żmudnego śledztwa, podczas którego stosuje metody, jakie wówczas ma dostępne. Takie jak pomiar Bertillona, metoda, polegająca na wykonaniu różnorakich pomiarów 11 części ciała, gdyż z założenia nie ma identycznych osób o takich samych wymiarach poszczególnych części ciała. Na przykład małżowin usznych, nosa, bądź czoła. Oprócz technologii stosowanych w tamtej epoce, detektyw stosuje jeszcze inną metodę. Której nie zrównoważy żadna nowinka techniczna. Ani kolejne naukowe odkrycie. To intuicja i metodyczne drążenie zagadki w celu odkrycia prawdy.
Akcja rozwija się powoli, by w pewnym momencie nabrać tempa i wrzucić czytelnika w wir domysłów i podejrzeń. Kto zabił młodą służącą, pracującą w zamożnym domu doktorostwa? Kto odurzył ją opium i zostawił nagą na śniegu, skazując na pewną śmierć? Kto był ojcem jej dziecka, o którym nikt nie wiedział? Jaki związek z morderstwem mają dwie prostytutki, mieszkające nieopodal i zachowujące się w sposób, który od razu budzi podejrzenia u detektywa Murdocha? Rozwiązanie czeka jak zawsze na końcu i zgrabnie zamyka całą historię, wyjaśniając wszystkie tropy i niedopowiedzenia.
Oprócz zagadki kryminalnej, niewątpliwym atutem powieści są wiernie zaprezentowane realia życia w mieście pod koniec przedostatniego stulecia. Poza tym dowiadujemy się trochę o życiu Williama Murdocha, jednakże autorka skromnie dawkuje informacje na jego temat, zachowując więcej szczegółów zapewne na kolejne części z serii. Bo „Ostatnia noc jej życia” to pierwsza książka z cyklu o detektywie Murdochu i zapewne jeszcze wiele ciekawych wątków z życia policjanta przyjdzie nam poznać. Ale już teraz wiemy, że to człowiek z przeszłością, zraniony przez los i ciągle kochający swoją narzeczoną. Poza tym przystojny mężczyzna, uczący się tańczyć i lubiący słodką mocną herbatę. Obdarzony wiedzą, intuicją i wewnętrzną sprawiedliwością, nie pozwala sobie na bylejakość, co często zdarza się jego przełożonemu.
Polecam tę książkę pasjonatom kryminałów, a także czytelnikom lubiącym oprócz zagadek, krótką lekcję historii na temat realiów życia naszych przodków. A ja z chęcią sięgnę po kolejne odcinki kryminalnych zagadek dziewiętnastowiecznego Toronto.

piątek, 14 stycznia 2011

Historia pewnego zakładu-fragment

"Everything" Lifehouse->posłuchaj:)

Kuba zachował dyskrecję i nie powiedział naszym kumplom o mojej żałosnej wycieczce z Sylwią. A także o tym, co się dzieje pomiędzy mną a nią. I dobrze. Teraz miałem ważniejsze sprawy na głowie. Do jej ślubu zostały cztery dni, a ja jak ten idiota nadal wahałem się z podjęciem ostatecznej decyzji. Gdzie się podział ten pewny siebie Cichy? Zdobywca? Pieprzony aktorzyna drugorzędnych ról w operach mydlanych? To właśnie byłem ja. Pozer. Tłumiący prawdziwe uczucia, tłamszący siebie samego, uważający, że lepiej jest grać i udawać. To było dobre, dopóki nie spotkałem tej dziewczyny. Która oczekiwała ode mnie jednego. Szczerości. A ja kurwa nie wiedziałem nawet co to właściwie jest!
Późnym popołudniem musiałem podjechać do Rynku, gdzie miałem spotkanie z naszym prawnikiem. Szedłem ulicą Oławską, niesiony tłumem ludzi przemieszczających się po tym wyłączonym z ruchu trakcie. I nagle poczułem, że serce mi zaczyna przyśpieszać, tak jakby moje zmysły szybciej ją dostrzegły niż uczynił to mój wzrok. Była chyba z matką, wchodziły do salonu sukien ślubnych. Nie widziała mnie, ale schowałem się za filarem pobliskiego sklepu i jak jakiś psychopata obserwowałem ją z oddali. Starsza kobieta coś do niej powiedziała, na co Sylwia odparła chyba przecząco bo potrząsnęła głową, jakby ze zniecierpliwieniem. Otworzyła drzwi przed towarzyszącą jej kobietą i wtedy odwróciła się i miałem wrażenie, że patrzy prosto na mnie. Schowałem się bardziej ale zdążyłem uchwycić jej pełne smutku spojrzenie. Moje serce zabolało, jakby ktoś wbijał w nie cienkie igły. Oparłem się o rozgrzany wrześniowym słońcem murek i zamknąłem oczy. Boże... Ona miała zamiar wyjść za tego dupka. Nie chciała, widziałem to w jej oczach, ale musiała. To już za daleko poszło, aby mogła się wycofać. Zresztą... czy miała powód? Chciałbym zostać powodem, dla którego nie wchodziłaby w ten związek. Ale co mogłem jej zaproponować? Cholera! Przecież mogłem! Ja mogłem dać jej wszystko. WSZYSTKO!
Nie pamiętam dokładnie co mówił do mnie nasz radca prawny, za to doskonale pamiętałem w co była ubrana Sylwia. Wróciłem do domu i przez pół nocy układałem sobie w głowie słowa, które miałem zamiar jej powiedzieć. Musiałem pojechać do niej, musiałem się z nią spotkać, póki jeszcze nie było za późno. A czasu miałem bardzo mało. Czułem jak coś ważnego ucieka mi i gdy nie zrobię wszystkiego aby to zatrzymać, będę tego żałował do końca życia. I zostanę sam jak palec. Czyli nic nie zmieni się w moim życiu. Nic.
Kolejne dwa dni zajęło mi zbieranie się w sobie i układanie w głowie wszelkich możliwych scenariuszy rozmowy z Sylwią. Zanim się zorientowałem, był już piątek i nazajutrz ona wychodziła za mąż. Siedziałem w samochodzie nieopodal jej domu na Biskupinie i ściskałem telefon, aż cały zaparował od mojej spoconej dłoni. Wreszcie zdecydowanym ruchem nacisnąłem zielony przycisk i czekałem na połączenie. Po kilku sygnałach włączyła się poczta głosowa, ale nie miałem zamiaru zostawiać żadnej wiadomości. Bo co miałem powiedzieć?

„Nie wychodź za tego dupka!”

albo:

„Jesteś dla mnie najważniejsza! Błagam, nie wychodź za niego”

a może po prostu:

„Kocham cię. Wyjdź za mnie”.

Oparłem głowę o kierownicę i kilka razy w nią uderzyłem. Komplikowałem sobie życie zupełnie niepotrzebnie. Nie powinienem do niej telefonować. Powinienem pójść do jej domu, zadzwonić do drzwi i poprosić o rozmowę. Spojrzeć jej w oczy i powiedzieć to wszystko, co mówiłem przez ostatnie dni i bezsenne noce. Że ją kocham. Że jest moją jasną stroną. Że oddam się jej cały, że pokażę jaki jestem naprawdę, że chcę, aby dojrzała ciepło w moich oczach, które tylko przy niej budziło się do życia. Szarpnąłem się i wysiadłem z samochodu. Pchany instynktem, niepohamowaną potrzebą, ruszyłem do jej domu. Wziąłem głęboki wdech i zadzwoniłem.

środa, 8 grudnia 2010

"Historia pewnego zakładu"- kolejna odsłona

Choroba mu służy. Dzisiaj napisałam caly jeden rozdział. Czyli wbrew zdrowemu rozsądkowi... katarze! Nie odpuszczaj!

Mały fragmencik dla zainteresowanych:

Uniosłam dłoń i pogłaskałam go po policzku. Zrobił ruch, jakby chciał wtulić się w moją dłoń, ten gest, tak bezbronny, tak ufny sprawił, że ścisnęło mi się serce. Widziałam, że targają nim złe emocje, jakieś przeżycia z przeszłości, które nie pozwalały mu na wyrażanie własnych uczuć, które blokowały ciepło, jakie w nim tkwiło, uwięzione, dobrze strzeżone, pilnowane przez tego Cichego, drania i egoistę.



- Powiedz to co naprawdę czujesz. Po prostu, Aleks. Szczerość przede wszystkim. Pamiętaj.


Dostrzegłam w jego oczach przerażenie, ale był to tylko ułamek sekundy. Teraz jego niebieskie tęczówki błyszczały jak w gorączce. Ścisnął moje ramiona jeszcze mocniej i przygarnął do siebie. Nasze usta niemal się stykały. Nasze oddechy się mieszały. Czułam go całą sobą i wiedziałam, że on także czuł mnie. Widziałam pragnienie w jego oczach. Głód. Niezaspokojenie. Ale widziałam także uczucie. I to mnie całkowicie rozbroiło.


- Sylwio. Nie wiem jak to się stało... to znaczy właściwie wiem... Pojawiłaś się w moim życiu na moje własne życzenie. I sprawiłaś, że dopiero teraz zobaczyłem co to znaczy czuć. Po prostu żyć. Odczuwać ból, smutek, pragnienie, radość, tęsknotę i cholerną zazdrość. Nie wychodź za niego. Nie będę ci mówił frazesów, że nie będziesz z nim szczęśliwa. Bo tego nie wiem. Ty też tego nie wiesz. Ale wiem jedno. Zrobię wszystko, żebyś była szczęśliwa ze mną. I też nie wiem czy mi się to uda, bo ja w ogóle nie wiem co to znaczy. Ale naucz mnie, Sylwio. Proszę... pomóż mi... - szeptał gorączkowo, zaciskając pięści w moich włosach a ja czułam jego rozpacz, jego pasję i jego namiętność. I wiedziałam, że muszę mu powiedzieć, co zadecydowałam.


- Aleks... posłuchaj. Wczoraj... - zaczęłam ale przerwał mi, potrząsając głową.


- Poczekaj, proszę, bo nigdy tego nie powiem...


- Ale Aleks...


- Sylwio... kocham cię. Całym sobą. Całym swoim, nienauczonym miłości, sercem. Całą swoją pokręconą głową. I całą swoją egoistyczną duszą. I błagam... - dotknął palcami dłoni moich ust. - Błagam... nie wychodź za niego. Nie zostawiaj mnie, bo bez ciebie... rozpadnę się na kawałki. Potrzebuję cię... nawet nie wiesz jak bardzo...