Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

"Złe towarzystwo" Robyn Harding

Historie o nastolatkach przekraczających granice, goniących za szaleństwem, chcących na siłę być dorosłymi, są w ostatnim czasie bardzo popularne. Tak samo jak i o ich rodzicach, bogatych, ułożonych, pragnących mieć perfekcyjne życie i perfekcyjne dzieci. Lecz nie zawsze pragnienia idą w parze z rzeczywistością. 

W książce „Złe towarzystwo” autorstwa Robyn Harding, poznajemy zamożną rodzinę Sandersów, mieszkającą w imponującym domu w San Francisco. Jeff i Kim to na pozór idealne małżeństwo. Wychowują szesnastoletnią Hannah i o trzy lata młodszego Aidena. Kim jest znana w okolicy jako surowa i bezkompromisowa matka, która krótko trzyma dorastającą córkę. Hannah nie sprawia żadnych problemów, świetnie się uczy i przyjaźni z dwiema, równie spokojnymi dziewczynami. Wszystko się zmienia, kiedy zwraca na nią uwagę szkolny przystojniak, Noah. Wówczas zbliżają się do niej Laura i Ronnie, dwie dziewczyny, znajadujące się na licealnym szczycie. Hannah, poprzez związek z Noah, wędruje od razu do szkolnego meanstreamu. Nie wie jednak, że aby się tam utrzymać, musi grać wedle panujących tam zasad. A więc: chłopcy, alkohol, narkotyki… Jej szesnaste urodziny będą dodkonałą okazją, aby zaimponować koleżankom. I mimo, że jej matka jest bardzo surowa i zdaje się kontrolować wszystko, nie docenia chyba pomysłowości nastolatków. Szesnaste urodziny Hannah stają się początkiem tragedii, która doprowadza do upadku rodziny Sanders. Skrywane sekrety wychodzą na jaw i okazuje się, że małżeństwo Jeffa i Kim to tylko umiejetęnie podtrzymywana fasada.


„Złe towarzystwo” to ciekawie napisany dramat obyczajowy, który swoim klimatem stanowi dla mnie miks „12 powodów” i „Wielkich kłamstewek”. Historia obnaża ludzkie przywary, pragnienia i pokazuje, że po pierwsze nie da się wszystkim manipulować i kontrolować, a po drugie czasami trzeba się wyrzec swojej postawy idealnej pani domu, a być po prostu matką. No i jeszcze jedno: „Złe towarzystwo” to doskonała diagnoza błędów wychowawczych, jakie popełniają zapracowani rodzice względem swoich pociech. Polecam.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.

poniedziałek, 6 lipca 2015

Lucyna Olejniczak "Kobiety z ulicy Grodzkiej"

Sagi są w tej chwili w modzie, sama lubię czytać historie, który mają ciąg dalszy. Które łączą wiele wątków, a fabuła rozgrywa się na przestrzeni dziesiątek, a nawet setek lat. Jeśli opowieść napisana jest składnie, z energią, jeżeli bohaterowie porywają czytelnika, gdy realia historyczne są wiernie oddane i z dokładnością nakreślone - przyjemność z lektury jest gwarantowana.

Lucyna Olejniczak już ma na koncie powieści historią znaczone, teraz ujmuje czytelnika kolejną opowieścią sprzed dekad, która jest pierwszą częścią sagi.

"Kobiety z ulicy Grodzkiej. Hanka" to książka, w której poznajemy losy rodziny aptekarza Franciszka Bernata. Mężczyzny zepsutego, bezdusznego, dla którego własne zachcianki i chore skłonności stały się przyczynkiem nieszczęść i tragedii wielu kobiet, których los, a niekiedy posługa rzuciły do apteki na Grodzką. 
Jego córka, Wiktoria, jest osią spajającą fabułę, która przenosi nas do Krakowa końca XIX wieku. Dziewczynka rodzi się w dramatycznych okolicznościach i całe jej późniejsze życie obfituje w szereg zawirowań, wśród których Wiktoria próbuje się odnaleźć. Nie wie jednak, że nad jej życiem wciąż krąży tajemnica sprzed lat i klątwa, którą rzuciła niezwykle bliska jej osoba.

Kiedy dorastająca Wiktoria, która staje podporą i niewątpliwą przyszłością apteki Bernata, poznaje przyszłego doktora, Filipa, wydaje się, że w końcu los się uśmiechnie do zdolnej i pięknej dziewczyny. Jednak czasami tak jest, że dzieci muszą płacić za grzechy ojców, a Franciszek Bernat miał złych ucznynków na sumieniu więcej, niż przeciętny człowiek.

Czy Wiktoria pokona siłę klątwy? Czy winny zostanie ukarany? Czy miłość ma prawo zwyciężyć i w czy w ogóle jest na to jakakolwiek szansa, w świetle wyjawionych sekretów?

Lucyna Olejniczak wie, jak podtrzymać napięcie i utrzymać czytelnika w niepewności. Do tego dochodzą świetnie zarysowane realia historyczne, wręcz czuje się klimat dziewiętnastowiecznego Krakowa i wraz z bohaterami wędruje po jego ulicach.
To pierwszy tom sagi, którego klimat przenosi czytelnika w świat miniony, gdzie mimo innych realiów, ludzie kochali się tak samo mocno jak teraz, nienawidzili i popełniali okrutne czyny. Świat jednak nie jest aż tak do końca zły i daje wiarę w to, że miłość i dobro w końcu zwyciężą. A "Hanka" daje nadzieję na to, że w kolejnej odsłonie sagi autorka znowu nas zaczaruje i da porwać snutej przez siebie opowieści. Na co z wielką niecierpliwością czekam.

środa, 10 grudnia 2014

Stephen King "Przebudzenie"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.


Niejednokrotnie wypowiadałam się na temat twórczości Kinga, zaznaczając, że jest to mój ulubiony autor. Zaczęłam czytać go jeszcze w liceum i do dzisiaj zapamiętam nieprzespane noce, kiedy to najpierw z wypiekami na policzkach pochłaniałam kolejne stronice ścinających krew w żyłach horrorów, a potem nie mogłam zasnąć, nasłuchując, czy coś nie skrada się w ciemnościach pokoju lub nie wyskoczy zaraz spod łóżka. Teraz już tak bardzo nie przeżywam, życie naniosło sporą porcję strachów nazbyt realnych, żeby aż tak bardzo się bać, a z drugiej strony może autor już tak mocno nie epatuje strachem, jak kilkadziesiąt lat temu.

„Przebudzenie” czytałam, jak na mnie, dość długo, na pewno przez moje liczne obowiązki, a także dlatego, że męczyłam się w pewnym momencie tą lekturą i nic nie mogłam na to poradzić.

Stephen King przenosi nas znowu w swoje ulubione klimaty, małe miasteczko, rodzina, bogobojni sąsiedzi, eklektyczna społeczność. Jamie Morton jest małym chłopcem, kiedy do miasteczka przybywa młody i przystojny pastor, Charles Jacobs, wraz z żoną i synkiem. Na początku wierni są nieco nieufni, no bo taki młody, żona taka śliczna, a co, jeśli nie będzie prawił pełnych uwielbienia kazań? Jednak już wkrótce okazuje się, że pastor nie dość, że przystojniacha, to jeszcze z pasją oddany Panu, a w dodatku umie rozmawiać z młodzieżą. Jamie zaczyna chodzić wraz z innymi dziećmi na szkółkę niedzielną, a tam pastor opowiada im nie tylko o Bogu, ale także o elektryczności, którą jest zafascynowany. To niegroźna obsesja Jacobsa, na którą Jamie patrzy z przymrużeniem oka, odkrywszy, że cudów nie ma. Ale, gdy brat Jamiego wskutek wypadku traci słuch, chłopak przekonuje się, że cuda istnieją. Coś się dzieje i Con odzyskuje słuch. Co zrobił pastor? Jak to zrobił? To efekt placebo, czy coś więcej? Pytań jest mnóstwo, lecz nikt Jamiemu na nie nie odpowie, bo oto nadchodzi straszny dzień dla rodziny Jacobsa, a zaraz potem zrozpaczony pastor wygłasza swe ostatnie, zwane Strasznym kazanie. Po udanym, stylowym i typowym dla Kinga początku akcja wyraźnie zwalnia i tutaj miałam ogromny problem z przebrnięciem przez poszczególne rozdziały. Śledzimy losy Mortona na przestrzeni lat, bohater ten, jest typową dla Kinga postacią, samotny, uzależniony, zafascynowany muzyką, znajduje się prawie na dnie, ćpając coraz większe dawki heroiny, gdy… Po latach spotyka Charlesa Jacobsa. Ten mężczyzna, zwany teraz Wielebnym, jeździ po kraju ze swoją świtą i dokonuje cudów, uzdrowień, przyjmując hojne datki ofiarowane mu przez ludzi „ćwoków”, którzy za wszelką cenę pragną być zdrowi. I wówczas znowu… coś się stało. Jamie przestaje ćpać i ponownie na kilka lat drogi jego i pastora rozchodzą się. Jednak na na wieczność, bo przecież… coś się stało.

King prowadzi swoją fabułę nierówno, dlatego przyzwyczajona do tempa z pierwszych powieści, czułam się nieco zawiedziona. Ale jest to na pewno zabieg celowy, bo gdy spokojnie pokonujemy kolejne strony powieści, gdzieś podświadomie zdajemy sobie sprawę, że czeka nas mocne uderzenie, musi czekać, bo jeśli nie… Bez obaw, finał jest mocny i zaskakujący i rekompensuje wszelkie chwile zwątpienia, które być może przydarzą się czytelnikowi podczas lektury.

Stephen King genialnie skonstruował postać Jamiego, ale jeszcze genialniej Jacobsa. Pokazuje mroczną ludzką naturę, balansuje na granicy religijności i obrazoburczości, przeistaczając bohatera z wiernego pastora w cudotwórcę, wykorzystującego religię do zarabiania pieniędzy, naprawdę ogromnych pieniędzy. Ale to oczywiście tylko czubek góry lodowej. Prawda jest całkiem inna i bardzo… straszna.

Podsumowując, nowa książka Kinga nawiązuje klimatem do jego wcześniejszych i tych najwcześniejszych powieści, trzyma napięcie, straszy i nokautuje w finale. Pomimo wolniej rozgrywanej fabuły, jest to King, jakiego lubię i cenię.

sobota, 1 listopada 2014

Anna Fryczkowska "Kurort amnezja"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.
Premiera: 13 listopada 2014r.

Czasami boję się czytać książki, które mną poruszą, wstrząsną, nie dadzą się od siebie oderwać. Niedawno przeczytałam kryminał, będący trzecią częścią trylogii o popularnym i kontrowersyjnym prokuratorze. Powieść porwała mnie bez reszty i bałam się sięgać po kolejną książkę, aby nie odczuć gorzkiego smaku rozczarowania i pustki. Jakby mi czegoś brakowało. Jednak, gdy zaczęłam czytać najnowszą pozycję z dorobku Anny Fryczkowskiej, wiedziałam że żadne rozczarowanie nie będzie mieć miejsca. "Kurort amnezja" to książka, która od pierwszych stron wciąga czytelnika w swoje ponure i pełne bólu odmęty, urzeka fabułą, konstrukcją bohaterów i zaskakuje intrygą kryminalną.

Tytułowy kurort, wcale tak nim do końca nie jest, to miejsce w opuszczonej zimą nadmorskiej miejscowości, gdzie chroni się dziewczyna, która nic nie pamięta. Na tym polega gra słów oddająca to, czym staje się nadmorska mieścinka dla bohaterki. Marianna dowiaduje się o tym, że jest Marianną od swojego narzeczonego, Marka, którego też nie pamięta. Nie pamięta nawet tego, że można chodzić, myć się, patrzeć w lustro. Elementarnych zachowań uczy się od podstaw. Wszystko to nastąpiło po tragicznym w skutkach wypadku samochodowym, w którym jedna osoba zginęła, ale oczywiście dziewczyna nie ma pojęcia kto to był. Do tej samej miejscowości przybywa kobieta, która dla odmiany wie wszystko (przynajmniej tak jej się wydaje) i pragnęłaby o wszystkim zapomnieć. Ból fizyczny zdaje się być dla niej jedynym ukojeniem tego psychicznego, chociaż jest to złudne i działa tylko przez chwilę. Wanda zamęcza się wspomnieniami nieżyjącego męża, rozpamiętuje wszystko to co przeżyła z Pawłem, a zwłaszcza to, czego dowiedziała się po jego śmierci. Jak mogła być tak ślepa i głucha?! 

Dwie kobiety, dwie przeszłości, zupełnie inne, a jednak w jakiś sposób wspólne, obce, zimne, ponure nadmorskie miasteczko i ludzie. Cała plejada osobistości, których spotkać można chyba w każdym małym i eklektycznym nieco miasteczku w Polsce. Nieprzyjaźnie nastawieni do tego co inne, obce, odstające od normy. Marianna nie jest modelową dziewczyną, Wandzie też daleko od takiego wzorca. Wydawać by się mogło, że to powieść z dużą dozą psychologii, socjologiczna nawet, oczywiście taka jest, ale nagle pojawia się... trup. I tu rozpoczyna się wątek kryminalny, bardzo ciekawie poprowadzony i zaskakujący. 

"Kurort amnezja" to książka wciągająca, jest jak drzazga, która boli i denerwuje, ale ciągle i ciągle dotykamy zranionego miejsca. Z tą powieścią też tak jest, czasami irytuje, boli, przenika człowieka na wskroś, ale jednak nie można jej odłożyć, trzeba iść dalej, aż do końca. Na uwagę zasługują także wątki feministyczne, mówiące o tym jakie NIE powinny być kobiety.
Anna Fryczkowska w świetnej formie, zadziorna, gorzko refleksyjna, krytyczna i zaskakująca. Gorąco polecam, warto przeczytać!
A! I dziękuję za Psa :)


wtorek, 23 września 2014

Nike Farida "Panna młoda"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.



Opowieści, które opowiadają o losach wielu pokoleń, ukazują zmagania ze światem, innymi ludźmi, własnymi uczuciami, demonami, przekonaniami, historie, które rzucają swoich bohaterów w rozmaite zawirowania, zawsze zwracały moją szczególną uwagę. A jeśli w tych zawiłych losach czuć autentyczność, prawdziwość, nie są przerysowane, tylko takie, jakimi napisało je życie, tym bardziej okazują się być interesujące i przejmujące. Właśnie taką powieść stworzyła Nike Farida w pierwszym tomie swej libijskiej trylogii Róża Pustyni.

„Panna młoda” przedstawia wielopokoleniową historię kilku rodzin, pochodzących z różnych stron świata, wyznających różne religie, mających inne przekonania, wartości, priorytety. Jakie plany miały Mojry, tkając nici losów bohaterów książki, że ich życiowe historie okazały się być tak zaplątane, niebezpieczne i wzajemnie zależne?


Poznajemy losy bliźniaków, Jacka i Andrzeja, którzy wychowywali się w Libii, gdzie ich ojciec pracował jako lekarz, a matka Maria wykładała na uniwersytecie w Benghazi. Ważną postacią w życiu chłopców, a potem mężczyzn jest Karen, w której obaj kochają się od czasów nastoletnich. I ta miłość, a także pewne niezdecydowanie dziewczyny doprowadza do dramatycznych wydarzeń. Ale to wszystko później. Znaczące też są losy matki bliźniaków, Barbary, która pozostaje w dość zażyłych stosunkach z Faragiem, mającym olbrzymi wpływ na przyszłe losy Jacka. Inne ważne postaci, to Hassan, Jackie, Esther, John. Wraz z nimi poznajemy wszystko to, co budowało historię drugiej połowy XX wieku, będziemy świadkami wielu autentycznych wydarzeń (zamach podczas olimpiady w Monachium, dojście do władzy Kaddafiego, budowa siatki terrorystycznej). 

W wieloletniej podróży po świecie, wraz z bohaterami trafimy do Libii oczywiście, do Nowego Jorku, Rzymu, Jerozolimy, Polski, na Saharę. W książce znajdziemy także kulinarne tajemnice kuchni arabskiej, włoskiej, przepisy, które nienachalnie wkomponowane w fabułę wspomagają odbiór tej egzotycznej historii.

Ta książka to także kopalnia symboli. Począwszy od nazewnictwa poszczególnych rozdziałów, które odnoszą się do tytułów znanych dzieł, filmowych czy to literackich. „Piknik nad wiszącą skałą”, „Miłość w czasach zarazy”, „Orzeł wylądował’, to tylko niektóre z nich, idealnie oddające to, co znajdujemy w kolejnych rozdziałach powieści. Poza tym daty użyte w książce jednoznacznie zapowiadają to, co dopiero się pojawi, zapewne w drugim tomie, a co już pokazuje, że będzie jeszcze bardziej dramatycznie i tragicznie. Wystarczy dodać, że pierwszy tom nosi tytuł „Kronika zapowiedzianej śmierci” Giza-Nowy Jork, 11 września 1971 rok. Bardzo podobały mi się te symboliczne nawiązania do innych dzieł i subtelne, nienachalne zapowiedzi przyszłych wydarzeń, dające do zrozumienia, że to dopiero początek.

Książka jest autentyczna i widać, że autorka wie o czym pisze, a wie o tym z autopsji. Nike Farida to Polka, która wychowywała się w Libii i arabski świat nie stanowi dla niej wielkiej tajemnicy i nie jest także papierowym opisem w ilustrowanej książce, ale żywym organizmem, który poznała i z którym żyła. Po lekturze pozostaje się tylko zastanowić ile Nike jest w tej książce i w której bohaterce. A może to miks odczuć i przeżyć, ułożony w historię wielu ludzi, których przeznaczenie postanowiło złączyć?

Gorąco polecam „Pannę młodą”, niepowtarzalna atmosfera krajów islamskich, bliskowschodni klimat, otoczka społeczno-polityczna z domieszką historii i zapowiedź tego, co dopiero ma nadejść. Nie na darmo, w ostatnich scenach książki Karen dostaje pracę w Twin Towers w Nowym Jorku. To jak cliffhanger w serialach. Wiemy, że dramat dopiero zbierze kolejne żniwo, a jaki w tym udział będą mieć bracia bliźniacy dowiemy się zapewne w II tomie. 

wtorek, 9 września 2014

Małgorzata Warda "Miasto z lodu"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Gdy najnowsza powieść Małgorzaty Wardy trafiła pod mą strzechę, czułam, że muszę zostawić inną książkę, którą akurat czytałam i zabrać się za "Miasto z lodu". Ale jednocześnie obawiałam się tej lektury, bo poprzednia powieść "Jak oddech" nieco mnie sponiewierała i zostawiła z szeregiem pytań cisnących się na usta. No, ale wiadomo, że głoszę zasadę, iż "książka musi wywoływać obrażenia", nie lubię smętów i przegadania, dlatego wzięłam Wardę na tapetę. No i co? Wystarczył jeden wieczór, a zostałam pochłonięta przez mroczno-lodowy klimat, który zafundowała nam autorka w swojej najnowszej powieści.

Nie lubię za bardzo opisywać fabuły, powiem tylko, że mamy tutaj do czynienia z trzynastoletnią Agatą, którą od czasu do czasu zajmuje się jej chora na afektywną chorobę dwubiegunową matka. Teresa, bo tak ma na imię, jest piękną kobietą, w przeszłości pracowała jako fotomodelka i miała wiele sesji dla grzecznych i grzesznych magazynów. Od siedemnastego roku życia walczy z chorobą, w wieku lat osiemnastu urodziła Agatę i od tamtej pory w wychowaniu córki pomaga jej matka. Jednak teraz Teresa czuje się nieźle i dlatego zabiera Agatę z rodzinnej Gdyni i rusza na południe. Matka i córka trafiają do małego miasteczka tuż u podnóży Tatr i wynajmują (nie bez problemów) stary dom pod lasem. Agata zaczyna chodzić do miejscowego gimnazjum, a Teresa znajduje pracę w restauracji Dawida Marciniaka, miejscowego bogacza, z którym zaczyna wkrótce łączyć ją coś więcej. Jednocześnie śledzimy walkę kobiet o każdy nadchodzący dzień i mamy wiele retrospekcji ukazujących dzieciństwo i młodość Teresy.

Książka zaczyna się od wielkiego BUM, a potem jest już tylko lepiej. Można by się obawiać, że takie postawienie sprawy i odwrócenie akcji o sto osiemdziesiąt stopni w jakiś sposób zaburzy napięcie, na którym niewątpliwie autorce zależało, ale tak nie jest. Tajemnica od pierwszych stron wylewa się z fabuły i sprawia, że gnamy przez lekturę jak odurzeni, aby jak najszybciej dowiedzieć się, co będzie dalej. Podczas czytania targało mną wiele emocji, wkurzała mnie ludzka niesprawiedliwość, egoizm, głupie stereotypy, małomiasteczkowość. Na uwagę także zasługuje sposób prowadzenia narracji, ponieważ większość teraźniejszych wydarzeń opisuje Agata, leżąca w śpiączce. 

"Miasto z lodu" ma też niezwykle trafny tytuł. Można go oczywiście odebrać w sposób dosłowny, bo akcja toczy się na południu Polski, w górach. Ale dla mnie jest to miasto, w którym żyją ludzie, mający właśnie lód zamiast serca. Zapatrzeni w siebie, zaściankowi, zamknięci na wszystko to co inne, nowe, nieznajome, typowy obraz społeczeństwa, nie tylko z małych miejscowości. To nie miejsce dla kolorowego, skrzywdzonego i chorego ptaka, jakim jest Teresa Tomaszewska.
Finał wzbudził we mnie wiele sprzecznych uczuć, pewna krwiożerczość się we mnie obudziła, ale chyba taki musiał być, aby stał się zamknięciem całej historii.

Gorąco polecam, to świetnie skonstruowana i napisana powieść łącząca w sobie wiele elementów, gdzie każdy klocek fabuły znajduje się w odpowiednim czasie i miejscu. Polecam!

środa, 27 sierpnia 2014

Alexander Walker "Audrey Hepburn"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.

"Rzymskie wakacje", "Śniadanie u Tiffany'ego", "Jak ukraść milion dolarów", "Powrót Robin Hooda", "Dwoje na drodze", to tylko kilka z tytułów filmów, w których zagrała Audrey Hepburn. Kobieta, która obaliła mit pięknej biuściastej blondynki, stanowiącej wzorzec hollywoodzkich gwiazd. Kobieta, która zamiast limuzyn wolała przemieszczać się na rowerze, która poświęciła się pomocy dzieciom z krajów trzeciego świata i ściśle współpracowała z UNICEF-em. Książka Alexandra Walkera pokazuje inną twarz znanej aktorki, nie tylko tą, którą kojarzymy z ekranów kin i telewizorów. Pokazuje człowieka, którego naznaczyło dzieciństwo, II wojna światowa, głód i choroby. Może dlatego Audrey potrafiła wczuć się w rolę ludzi cierpiących i tak dobrze ich rozumiała. Pamiętała wszak, jak podczas wojny, przebywając w okupowanej Holandii, kopała rękoma w ziemi, aby wydobyć brukiew i ugotować na niej marną zupinę. Gdy kilka lat później będzie wraz z matką w londyńskim kinie oglądać "Przeminęło z wiatrem" i gdy Scarlett O'Hara zacznie kopać dłońmi w ziemi, Audrey nie będzie w stanie na to patrzeć. Takie rzeczy naznaczają człowieka na zawsze.

Walker ukazał dosyć szczegółową historię życia aktorki. Zarysował losy jej rodziny, wątpliwą fascynację ojca i matki Adolfem Hitlerem i jego polityką. Pierwsze doświadczenia taneczne, uwielbienie dla baletu. Bulimię, którą jako dziecko okupiła kłótnie i późniejszy rozwód rodziców. Tragizm wojny, głód, choroby, które potem nawracały poprzez nawiedzającą Audrey anoreksję i kłopoty z wagą. Ale to wszystko sprawiło, że Hepburn na zawsze pozostała sobą, nawet wówczas, gdy stała się gwiazdą światowego formatu. Nawet z Oscarem w dłoni za rolę w "Rzymskich wakacjach" była nadal tą samą Audrey, wrażliwą na krzywdę innych, nieustępliwą, zdeterminowaną, ale starającą się dostrzegać w każdym aspekcie życia jego pozytywy i dobre strony.
Nawet, gdy po powrocie z Afryki zachorowała na raka okrężnicy, uśmiechała się i choć bardzo cierpiała, przyjmowała to z sobie właściwym spokojem ducha.

Książka "Audrey Hepburn" to ciekawa wycieczka do świata małej dziewczynki, której życie rozpoczęło się w trudnych dla Europy czasach, a los potoczył się zupełnie niespodziewanie. To także dobra wskazówka dla ludzi: należy zawsze być sobą, pozostać w zgodzie ze światem i w każdej chwili cieszyć się z tego, co się ma. I cieszyć się z życia. Choćby było cholernie trudne. Ciekawa biografia ciekawej osoby. Polecam.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Luke Delaney "Nieuchwytny"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.


Jesteś ofiarą, narzędziem w rękach tego, który powinien być twoim wsparciem, a okazał się najgorszym z koszmarów. Jesteś dzieckiem, które wpadło w łapy zwyrodnialca, spełniającego swoje chore fantazje. To nie twój ojciec, to kat, wróg, postać z sennych majaków. Co może cię czekać w przyszłości, kiedy wbrew wszystkiemu będziesz potrafił odczuwać to, co czują seryjni mordercy, zabójcy, sadyści, psychopaci? Czy wejdziesz na tę mroczną ścieżkę i podążysz nią, znacząc każdy krok kolejnymi ofiarami, tym razem twoimi? A może... zostaniesz komisarzem policji i wczuwając się w rolę socjopatów, pomożesz ich ująć i tym samym powoli będziesz oczyszczał świat z tych chorych odłamków ludzkości?

Detektyw komisarz Sean Corrigan zdecydowanie dąży do tego, aby złapać jak największą ilość psycholi chodzących po jego terenie, czyli po południowym Londynie. Dzieciństwo naznaczyło go na zawsze, przeszłość siedzi w nim bardzo głęboko, a o koszmarach z dawnych czasów wie tylko jego żona, Kate, która doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak trudno jest żyć z takim człowiekiem. Oddanym swojej pracy gliniarzem, widzącym więcej, sięgającym głębiej, czującym mocniej niż jakikolwiek inny detektyw. Nie jest to łatwe, ale Kate stara się być dla niego wsparciem, chociaż na jej głowie jest wychowanie dwóch małych córeczek i praca w szpitalu.

Akcja "Nieuchwytnego Luke'a Delaneya rozpoczyna się od brutalnego morderstwa młodego geja, który świadczył usługi seksualne w klubie "Utopia". Śledczy na początku przypuszczają, że to efekt kłótni kochanków, typowa zbrodnia w afekcie, jednak komisarz Corrigan czuje coś innego. Trop trafia do eleganckiego finansisty, Jamesa Helliera, który od pierwszego spojrzenia budzi w przenikliwym policjancie sprzeczne uczucia. Corrigan zaczyna szperać i odkrywa szereg nierozwiązanych i niepowiązanych ze sobą zbrodni. Nie ma żadnych dowodów, ale wie, że tych makabrycznych morderstw dokonała jedna osoba. Lecz czy to jest właściwy trop? Czy przeczucia detektywa są słuszne? Zapewniam, że wątpliwości i przypuszczenia nie będą was opuszczać niemal przez całą książkę.

"Nieuchwytny" jest debiutem literackim Luke'a Delaneya. Niezwykle udanym debiutem, dodam, napisanym ze swadą, mądrze, niezwykle pomysłowo i merytorycznie. A to zapewne dlatego, że autor przez wiele lat pracował  w Londyńskiej Policji Metropolitalnej, a później wstąpił do pionu śledczego, w którym zajmował się sprawami zabójstw, popełnianych przez seryjnych morderców, a także tych, które były efektem porachunków gangów. Postać Seana Corrigana zasługuje na uwagę, jest doskonale skonstruowana, mroczna, pełna sprzeczności, ale stojąca wciąż po tej jasnej stronie prawa. Chociaż na granicy mroku. Mam nadzieję, że to początek serii, bo z chęcią przeczytam kolejne odsłony niesamowitych śledztw przenikliwego policjanta. Polecam.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

John Lutz "Mister X"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.


Od jakiegoś czasu w wydawnictwie Prószyński i S-ka ukazuje się kryminalna seria, zatytułowana „Crime scene - do not cross”. Miałam okazję czytać wszystkie pozycje z tego cyklu i kilka z nich, autorstwa Johna Lutza opowiadało o śledztwach i perypetiach Franka Quinna, szefa firmy „Quinn i Zespół-Dochodzenia”. Najnowsza powieść „Mister X” także zawitała do mojej biblioteczki i z chęcią zagłębiłam się w lekturę, gdzie ponownie spotkałam sceptycznego i pozornie spokojnego Franka, nerwową i nadpobudliwą Pearl, często nietrzeźwego Feldsa i ich pomocników z policji, Mishkina i Vitaliego.

Tym razem na biurko szefa „QUIZ” trafia stara, nierozwiązana sprawa seryjnego mordercy kobiet, który zostawiał po sobie znak rozpoznawczy: duży X wycięty na klatce piersiowej ofiar. Jest to jedna z nielicznych spraw, z którymi nie poradził sobie zespół Quinna, a i policja była bezradna. Lecz teraz w gabinecie Franka pojawia się siostra-bliźniaczka jednej z ofiar, oferuje dużą sumę i proponuje, a właściwie żąda wznowienia śledztwa. Frank przyjmuje zlecenie i rozpoczyna się żmudna walka nie tylko z tajemnicami z przeszłości, ale także z kłamstwami, które zdają się go i jego zespół osaczać. Nikt nie jest tym, za kogo się podaje, a powrót do przeszłości okazuje się bolesny i okrutny. Jak zawsze u Lutza, poznajemy osobiste problemy głównych bohaterów, tym razem śledzimy życie Pearl, która chyba właśnie znalazła swoją drugą połówkę (starając się zapomnieć o tym, co łączyło ją z Quinnem). Lecz czy przyjdzie jej wreszcie zaznać spokoju na tym polu? No cóż, pytania się mnożą, tropy mylą, a i na odpowiedzi czasami nie ma co liczyć. Zakończenie, typowe dla tego autora, niby wszystko wyjaśnia, ale jednak daje pewną furtkę na przyszłość. Co w sumie wcale nie jest takie złe.

„Mister X” to sprawnie napisany kryminał, połączony z sensacją, mylący tropy, rzucający czytelnikowi wiele wskazówek, ale nie na tyle, aby mógł zbyt wcześnie znaleźć odpowiedzi i rozwiązać zagadkę.
Czyta się błyskawicznie, na pewno ciekawa wskazówka dla wszystkich fanów powieści kryminalnych. Polecam.

środa, 30 kwietnia 2014

Anna Fryczkowska "Z grubsza Wenus"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.


Anna Fryczkowska to autorka, która do tej pory dała się poznać raczej od nieco kryminalnej strony. Tymczasem na półki księgarskie trafiła jej najnowsza powieść, pod przewrotnym tytułem „Z grubsza Wenus”, która to jest poszerzonym i wzbogaconym wydaniem wcześniejszej publikacji. Książka nieco przewrotna w swej wymowie i sprawiająca często problem z odbiorem przekazanych w niej treści. Tylko uważny czytelnik może uchwycić delikatny niuans, że to nie tylko opowieść o grubaskach pragnących szczęścia, ale to coś o wiele więcej, a i problem nie dotyczy jedynie nadwagi i w ogóle to nie o tym jest ta powieść.

„Z grubsza Wenus” opowiada o dwóch kobietach: Janinie i Baśce, które spotykają się w jednym pokoju hotelowym, podczas turnusu na wczasach odchudzających. Jasia jest całkiem sympatyczną kobietą, znaną z prowadzenia w telewizji programu kulinarnego, mimo monstrualnych rozmiarów potrafi nawiązać kontakt z innymi uczestnikami wczasów. Baśka to dziewczyna zamknięta w sobie, niesympatyczna, gnębiona sennymi koszmarami, krytyczna wobec wszystkich, nie zapominając oczywiście przy tym o sobie. Obie panie nie pałają do siebie wielką sympatią, chociaż to Janina stara się wciąż i wciąż nawiązać jakiś kontakt z nieprzystępną towarzyszką. A przecież Jasia też ma swoje własne zmartwienia, sekrety i skomplikowaną sytuację uczuciową. Tak samo Baśka, która przez lata utrzymywała idealną figurę dla swojego małżonka, sama już nie wie czego właściwie oczekiwał i potrzebował mąż. Kobiety walczą nie tylko z nadprogramowymi kilogramami, starają się uporać jednocześnie z własną przeszłością, sięgając do najdalszych zakamarków umysłu, uwalniają wszystkie demony z dawnych lat, które doprowadziły je do tego pokoju hotelowego. Co tak naprawdę łączy Janinę i Baśkę? Czym dla Jasi jest ukochana wytarta koszula nocna? Kto nawiedza Baśkę w snach? Podczas lektury czytelnik może zamęczyć się pytaniami, a szukając odpowiedzi, będzie starał się zrozumieć przedstawioną w powieści symbolikę.

Jeśli ktoś spodziewa się żartobliwej powieści o grubasach, to w sumie się nie zawiedzie, bo olbrzymią zaletą tej książki jest ironiczny, złośliwy i inteligentny humor, który uwielbiam. Ale to jedynie cząstka prezentowanej fabuły, która, jak na początku wspomniałam, ma na celu ukazać nam coś więcej, niż tylko historię zmagania się z własnymi cielesnymi słabościami. Bo tu o słabości chodzi, rzec jasna, ale raczej te duchowe. Zastałe w człowieku od lat, definiujące to, czym się staje, wskutek działań innych ludzi i niemożności odparcia tego wewnętrznego ataku i postępowania wedle własnych reguł, które mogą się stać gwarancją normalnego życia. Bo jeśli żyjemy wedle planów i wytycznych kogoś drugiego, to marne szanse na to, aby w spokoju spoglądać na własną twarz w lustrze i ze swobodą witać każdy nowy dzień.

„Z grubsza Wenus” to dla mnie psychologiczne studium człowieka zagubionego i to nie tylko w świecie, ale we własnym umyśle, nastawionego na zaspokajanie potrzeb i oczekiwań innych ludzi. Doskonale napisana książka, z pazurem, z humorem i przesłaniem. Polecam uważnym i oczekującym czegoś więcej czytelnikom. Warto!

„- Wykonałaś dwanaście niepotrzebnych ruchów - dodał jeszcze, obserwując ją ze swojego fotela i siorbiąc kawę.
- A ty dwanaście niepotrzebnych dźwięków - wymamrotała pod nosem.
 - Słucham? - spytał zaskoczony, ale nie powtórzyła. Na twarzy miała wymalowany bunt. Zauważył i zmilczał”. 1

1. str. 97, Z grubsza Wenus, Anna Fryczkowska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

środa, 2 kwietnia 2014

Maria Ulatowska "Prawie siostry"

Ebooka przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.


Czasami człowiek potrzebuje oddechu, wyciszenia myśli, pragnie spokoju, ciszy, tęskni za przepastnym fotelem, w którym będzie mógł się zanurzyć, niezauważony przez nikogo. I wówczas najlepiej sięgnąć po lekturę, która pomoże w osiągnięciu tego stanu swoistej błogości, stagnacji i tak potrzebnego relaksu. Jeśli znajdziecie się w takim właśnie momencie swego życia, to polecam wam najnowszą książkę Marii Ulatowskiej, zatytułowaną „Prawie siostry”, bo ta właśnie powieść będzie doskonałym uzupełnieniem, a właściwie towarzyszem waszej chwili wyciszenia i oderwania od trudnych rzeczywistych spraw.


W tejże powieści, która przenosi nas na kilka lat a to do Bydgoszczy, a to do Gdańska, czy do Gdyni-Orłowo, kobiety są siłą wiodącą i motorem wszelkich zdarzeń. Trzy przyjaciółki z bydgoskiej szkoły, „Te Trzy”, jak zwykli o nich mówić znajomi i one same, pokazują, że czasami nawet wbrew przeciwnościom losu przyjaźń jest silniejsza niż cokolwiek innego i daje radę w sytuacjach, które na pierwszy rzut oka wydają się być bez wyjścia.

Aleksandra, czyli Leksi, Jolanta, czyli Luśka i Teodora, czyli Teo. Wielka trójca. Dziewczyny, a potem kobiety. Tak inne, różnorodne, z odmiennymi charakterami i sposobem na życie, czasami daleko od siebie, a jednak ciągle razem. Szukają rozwiązań, radzą, krytykują, doradzają. Są dla siebie podporą, chociaż czasami wydawać by się mogło, że może coś zagrozić ich przyjaźni. W końcu w każdym związku są gorsze i złe chwile, a w takim związku na całe życie może się zdarzyć wszystko. I w życiu tych trzech kobiet dzieje się naprawdę wiele. Jesteśmy świadkami ich wzlotów i upadków, śledzimy dramatyczny związek Teo, kiedy zaraz na początku drogi zostaje postawiona twarzą w twarz z niewyobrażalną tragedią, która naznaczy ją na wiele kolejnych lat. Widzimy trudną miłość Jolanty, które to uczucie na początku wcale nie wygląda jak miłość, ale w zamian za wiele przepłakanych nocy Luśka dostaje od losu naprawdę cudowny podarek. Śledzimy losy Leksi, która także szuka swojej drogi w życiu, los rzuca ją do Gdańska, zaraz po tym, gdy zwabiona fałszywym uczuciem prawie utraciła to co dla niej najważniejsze. Wędrując wraz z trzema „prawie siostrami” zwiedzamy Bydgoszcz, Pomorze, a także spotykamy na swej drodze bohaterów znanych z wcześniejszych powieści warszawskiej pisarki.

Maria Ulatowska przenosi nas w świat tak bliski, znajomy, a przez to przyjemny, beztroski, chociaż czasami denerwujący, tak jak to w życiu bywa. Opowieść o przyjaźni, miłości, ludziach, troskach, historia kilku miłości, a także wielu kłamstw i sprzeniewierzeń. Kalejdoskop wrażeń, emocji i ludzkich charakterów. Może dlatego książkę czyta się tak, jakby oglądało się ulubiony serial o losach ludzi mieszkających tuż obok, znajomych i mających problemy niemal identyczne jak my sami. Polecam, ciepła historia o przyjaźni trzech kobiet, z losami których może utożsamić się prawie każdy.

wtorek, 25 marca 2014

Artur Górski "Masa o kobietach polskiej mafii"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.


Kiedyś oglądałam polski serial sensacyjny, zatytułowany „Odwróceni”. Opowiadał o policjancie, który za punkt honoru postawił sobie rozbicie zarządu mafii pruszkowskiej i wołomińskiej. A także o jednym z jej członków, który przechodzi na „białą” stronę nocy. Nie ukrywam, że ta tematyka jest mi bliska i wiele na ten temat się naczytałam, naoglądałam, miałam też okazję rozmawiać z ludźmi, którzy „latali” na mieście. Dlatego, gdy tylko otrzymałam tę właśnie propozycję recenzencką, od razu zamówiłam książkę Artura Górskiego. „Masa o kobietach polskiej mafii” to rozmowa autora z Jarosławem Sokołowskim, „Masą”, świadkiem koronnym, o którym głośno było niegdyś w mediach. To on przyczynił się w większym lub mniejszym stopniu do rozbicia „pruszkowskich”.

W tej publikacji ze swadą i niegasnącym humorem przedstawia różne sytuacje z codzienności polskiego gangstera, a przede wszystkim pokazuje pozycje kobiet żyjących w tym specyficznym środowisku. Szczerze mówiąc, dziewczyny, żony, kochanki były traktowane w sposób instrumentalny i służący tylko do jednego celu. Do obrabiania gangsterów. Oczywiście największym szacunkiem cieszyły się prawowite małżonki i partnerki i wobec nich stosowane były także różne sposoby zachowań. Byli gangsterzy, którzy nie dopuszczali w ogóle do głosu swoje panie, miały „leżeć i pachnieć”. Były także w miarę normalne domy (jak dom Masy), gdzie żona wiedziała czym zajmuje się jej mąż, ale starała się o tym po prostu nie myśleć, nie rozmawiać, normalnie wychowując dzieci. Były także sytuacje, gdzie kobiety zaczynały przejmować obowiązki męża i zmieniały się w „git-falbany”. Lecz generalnie płeć żeńska stanowiła otoczkę gangsterskiego życia, uatrakcyjniając liczne imprezy, które były codziennością „chłopców z miasta”. Sam Masa przyznaje, że przez jego ręce i nie tylko przewinął się tabun dziewczyn, jedne zostawały w charakterze kochanek, którym wynajmował mieszkanie i załatwiał posadę w jednym z klubów należących do mafii. Inne przechodziły z rąk do rąk i żaden z chłopaków nie pamiętał nawet jednego imienia. Dla mnie, jako kobiety, takie traktowanie jest nie do przyjęcia, ale dla tych dziewczyn wożenie się z chłopakami z Pruszkowa to było niesamowite wyróżnienie i nobilitacja. A zaznaczyć trzeba, że nie były to dziewczyny (w większości) z jakiegoś marginesu społecznego, często wykształcone, zawsze piękne, pewne swojej wartości. Jak to powiedział sam Masa, kobiety wolą takich osiłków, troglodytów i tyle. Nie mnie to oceniać, aczkolwiek pewnie coś w tym jest, może Freud miałby tutaj więcej do powiedzenia.

Wracając do omawianej lektury, dwaj prowadzący konwersację panowie zahaczają o wiele niewygodnych tematów, dotyczących różnych przekrętów, szemranych interesów i udziału osób ze świecznika. Oczywiście, nazwiska nie padają wprost, ale na przykład można dowiedzieć się, że firma Missland, zajmująca się organizacją wyborów najpiękniejszych Polek w sumie kierowana była przez „pruszkowskich”. W książce pojawia się także krótka wzmianka o Agnieszce Kotlarskiej, która została Miss Polski 1991 roku, a potem padła ofiarą stalkera, który zamordował ją przed domem na wrocławskich Maślicach. Historia ta jest mi doskonale znana, gdyż z Agnieszką chodziłam do podstawówki i mieszkałyśmy praktycznie na jednym osiedlu. 

Książka jest swobodną rozmową, pełną niewybrednych żartów i czasami krew mrożących opisów różnych działań i zachowań chłopców z Pruszkowa. Co dla jednych będzie niesmaczne i okrutne, dla innych ukaże prawdziwość tego gangsterskiego życia, gdzie pieniądze były wielkie, kobiety piękne, pięści twarde, a wszystko trwało zaledwie kilka lat. Czy warto było? Na to na pewno nie znajdziemy odpowiedzi, Masa także nie da nam jasnego przekazu. Najlepiej przeczytać to, co pomiędzy wierszami. Polecam.

czwartek, 20 marca 2014

Stephanie Evanovich "Miłość w rozmiarze XXL"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.


Czasami wystarczy usiąść obok właściwej osoby i próbować jakoś przetrwać nielubiany lot. Wystarczy uśmiechnąć się i porozmawiać. Czasami wystarczy zaufać przeznaczeniu. I spróbować zmienić siebie i swoje życie. „Miłość w rozmiarze XXL” to romantyczna opowieść amerykańskiej pisarki, byłej aktorki, Stephanie Evanovich. Książka opowiada historię młodej wdowy, trzydziestoletniej Holly Brennan. 

Dziewczyna pochowała męża, który umarł na raka, zakończyła walkę o majątek, a teraz próbuje wrócić do normalnego życia. Z miernym skutkiem. Przez lata żyła z mężem jak odludek, nie miała przyjaciół, znajomych, a jej największą rozrywką stało się… jedzenie. Wszystko to spowodowało, że młoda kobieta waży o wiele więcej (o grubo więcej) niż powinna i to także utwierdza ją w przekonaniu, że raczej będzie miała problem z nawiązaniem nowych przyjaźni. 

Logan Montgomery to znany w Nowym Jorku właściciel klubów fitness i siłowni, a w dodatku osobisty trener wielu sław sportu, między innymi znanego bejsbolisty, Chase’a Walkera, który w dodatku jest jego długoletnim przyjacielem. Logan to typowy przedstawiciel modnej w Nowym Jorku warstwy społecznej: piękni, bogaci i… piękni. Poświęca się pracy, od czasu do czasu spotyka się ze zgrabnymi modelkami, nie wiążąc się z żadną z nich na dłużej. Jego związek z Natalie także właśnie się rozpadł, ale Logan wcale się tym nie przejął. O wiele bardziej zdenerwowało go to, że w samolocie z Toronto do Nowego Jorku zabrakło miejsc w I klasie i musiał zadowolić się klasą ekonomiczną. Jeszcze gorszą wiadomością jest to, że obok niego zajęła miejsce jakaś gruba kobieta o rozwichrzonych włosach i ładnym uśmiechu.

Holly i Logan spotykają podczas lotu, każde z nich wydaje się być wyrwane z całkiem odmiennego świata. A jednak znajdują wspólny język i dobrze się bawią podczas podróży. Logan do tego stopnia jest zainteresowany niecodzienną towarzyszką, że proponuje jej to, co od dawien dawna nie proponował nikomu. Osobisty trening. Holly decyduje się skorzystać z tej oferty. Rozpoczyna się walka z własnymi słabościami, pokusami, a wkrótce treningi z Loganem Montgomerym przeradzają się w coś, czego ani przeznaczenie, ani los lepiej by nie przygotowały.

„Miłość w rozmiarze XXL” to całkiem zgrabny romans z gorącymi scenami erotycznymi, prostą i przewidywalną fabułą i przez wszystkich spodziewanym zakończeniem. Książka miła, łatwa i przyjemna, dla wielbicieli takich miłosnych nieskomplikowanych historii pozycja idealna. Czyta się ją szybko i sprawnie. Jeśli lubicie takie gorące romanse, coś w stylu Księcia i Kopciuszka, to ta pozycja nadaje się doskonale.