Stephen King "Przebudzenie"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.


Niejednokrotnie wypowiadałam się na temat twórczości Kinga, zaznaczając, że jest to mój ulubiony autor. Zaczęłam czytać go jeszcze w liceum i do dzisiaj zapamiętam nieprzespane noce, kiedy to najpierw z wypiekami na policzkach pochłaniałam kolejne stronice ścinających krew w żyłach horrorów, a potem nie mogłam zasnąć, nasłuchując, czy coś nie skrada się w ciemnościach pokoju lub nie wyskoczy zaraz spod łóżka. Teraz już tak bardzo nie przeżywam, życie naniosło sporą porcję strachów nazbyt realnych, żeby aż tak bardzo się bać, a z drugiej strony może autor już tak mocno nie epatuje strachem, jak kilkadziesiąt lat temu.

„Przebudzenie” czytałam, jak na mnie, dość długo, na pewno przez moje liczne obowiązki, a także dlatego, że męczyłam się w pewnym momencie tą lekturą i nic nie mogłam na to poradzić.

Stephen King przenosi nas znowu w swoje ulubione klimaty, małe miasteczko, rodzina, bogobojni sąsiedzi, eklektyczna społeczność. Jamie Morton jest małym chłopcem, kiedy do miasteczka przybywa młody i przystojny pastor, Charles Jacobs, wraz z żoną i synkiem. Na początku wierni są nieco nieufni, no bo taki młody, żona taka śliczna, a co, jeśli nie będzie prawił pełnych uwielbienia kazań? Jednak już wkrótce okazuje się, że pastor nie dość, że przystojniacha, to jeszcze z pasją oddany Panu, a w dodatku umie rozmawiać z młodzieżą. Jamie zaczyna chodzić wraz z innymi dziećmi na szkółkę niedzielną, a tam pastor opowiada im nie tylko o Bogu, ale także o elektryczności, którą jest zafascynowany. To niegroźna obsesja Jacobsa, na którą Jamie patrzy z przymrużeniem oka, odkrywszy, że cudów nie ma. Ale, gdy brat Jamiego wskutek wypadku traci słuch, chłopak przekonuje się, że cuda istnieją. Coś się dzieje i Con odzyskuje słuch. Co zrobił pastor? Jak to zrobił? To efekt placebo, czy coś więcej? Pytań jest mnóstwo, lecz nikt Jamiemu na nie nie odpowie, bo oto nadchodzi straszny dzień dla rodziny Jacobsa, a zaraz potem zrozpaczony pastor wygłasza swe ostatnie, zwane Strasznym kazanie. Po udanym, stylowym i typowym dla Kinga początku akcja wyraźnie zwalnia i tutaj miałam ogromny problem z przebrnięciem przez poszczególne rozdziały. Śledzimy losy Mortona na przestrzeni lat, bohater ten, jest typową dla Kinga postacią, samotny, uzależniony, zafascynowany muzyką, znajduje się prawie na dnie, ćpając coraz większe dawki heroiny, gdy… Po latach spotyka Charlesa Jacobsa. Ten mężczyzna, zwany teraz Wielebnym, jeździ po kraju ze swoją świtą i dokonuje cudów, uzdrowień, przyjmując hojne datki ofiarowane mu przez ludzi „ćwoków”, którzy za wszelką cenę pragną być zdrowi. I wówczas znowu… coś się stało. Jamie przestaje ćpać i ponownie na kilka lat drogi jego i pastora rozchodzą się. Jednak na na wieczność, bo przecież… coś się stało.

King prowadzi swoją fabułę nierówno, dlatego przyzwyczajona do tempa z pierwszych powieści, czułam się nieco zawiedziona. Ale jest to na pewno zabieg celowy, bo gdy spokojnie pokonujemy kolejne strony powieści, gdzieś podświadomie zdajemy sobie sprawę, że czeka nas mocne uderzenie, musi czekać, bo jeśli nie… Bez obaw, finał jest mocny i zaskakujący i rekompensuje wszelkie chwile zwątpienia, które być może przydarzą się czytelnikowi podczas lektury.

Stephen King genialnie skonstruował postać Jamiego, ale jeszcze genialniej Jacobsa. Pokazuje mroczną ludzką naturę, balansuje na granicy religijności i obrazoburczości, przeistaczając bohatera z wiernego pastora w cudotwórcę, wykorzystującego religię do zarabiania pieniędzy, naprawdę ogromnych pieniędzy. Ale to oczywiście tylko czubek góry lodowej. Prawda jest całkiem inna i bardzo… straszna.

Podsumowując, nowa książka Kinga nawiązuje klimatem do jego wcześniejszych i tych najwcześniejszych powieści, trzyma napięcie, straszy i nokautuje w finale. Pomimo wolniej rozgrywanej fabuły, jest to King, jakiego lubię i cenię.

Komentarze

  1. Muszę poznać wreszcie twórczość Kinga :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, finał rekompensuje wszystko! Naprawdę wszystko :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Fakt' tempo specjalnie szybkie nie jest. Pewnie dałoby się powieść sporo odchudzić, ale ja te wodolejstwo u Kinga lubię :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja w ostatnim czasie miałem przerwę od jego książek. Z najnowszych jako ostatnią przeczytałem chyba "Ręka mistrza". Potem czytałem coś jeszcze, ale nie były to najnowsze wydania. Z reszta nigdy nie przejmowałem się tym kiedy dana książka powstała. Bardzo lubię styl Kinga i jego powieści. Oczywiście z Mroczną Wieżą na czele. dwor

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz