Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II wojna światowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II wojna światowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 marca 2017

Magdalena Knedler "Dziewczyna z daleka"

Magdalena Knedler dała się do tej pory poznać jako autorka kryminałów i powieści obyczajowej. W każdym z tych gatunków radziła sobie niezwykle dobrze, tymczasem w powieści „Dziewczyna z daleka” zabiera nas w podróż w przeszłość, wrzucając w wojenną zawieruchę, walkę o ideały i prezentuje ogrom konswekwencji niepopularnych wyborów. 

Gdy do niemalże stuletniej Nataszy Silsterwitz przybywa młody Anglik, Artur Adams, nic nie wskazuje na to, że chłopak niesie przy sobie mityczną puszkę Pandory, po której otwarciu przeszłość Nataszy powróci z wielkim hukiem i uderzy także w jej wnuczkę, Lenę. Starsza pani, do tej pory postrzegana jako niezwykle silna kobieta, zamknięta na świat, oschła w stosunkach z najbliższą rodziną, nagle rozkleja się i powoli zrzuca z siebie emocjonalną zbroję, którą otoczyła się na dekady. Co takiego miał przy sobie Adams, co sprawiło, iż Natasza zaczęła mówić?

Autorka zafundowała czytelnikom niebagatelną historię z ogromnym zapleczem historycznym w tle, z doskonałym researchem, z perfekcyjnie skonstruowaną intrygą, rzucającą czytającemu szereg tropów i niedomówień, niczym w klasycznym kryminale. Jednakże „Dziewczyna z daleka” kryminałem nie jest, to raczej dramat psychologiczno-obyczajowy, ukazujący jak ludzie mogą zachować się w momencie zagrożenia życia, w sytuacji kiedy fałszywe niekiedy ideały zamazują rzeczywistość i realność podejmowanych decyzji.


„Dziewczyna z daleka” to poruszająca powieść o ludziach, którzy rzuceni w wojenną rzeczywistość gubią się w machinie pożogi i nienawiści. Książka wzrusza, porusza, bohaterowie często denerwują i wzbudzają szereg sprzecznych emocji. Polecam, to historia, po przeczytaniu której należy chwilę podumać i wyciągnąć wnioski.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Novae Res.

czwartek, 28 maja 2015

Justyna Wydra "Esesman i Żydówka. Wojna i miłość" (Zysk i S-ka)

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Zysk i S-ka.

Jednym z moich ulubionych tematów wykorzystywanych w literaturze jest wszystko to, co wiąże się z II wojną światową. Przedstawiane jako tło fabularne, nieodmiennie wywołuje ogromne emocje, głównie ze względu na tragizm opisywanych wydarzeń. A jeśli głównym wątkiem staje się miłość, to tym bardziej taka historia jest dla mnie interesująca, bo przecież wiadomo, że uwielbiam powieści o uczuciach. Lecz jeszcze bardziej lubię kontrowersje i zderzanie się dwóch przeciwstawnych osobowości, żyjących w różnych światach. To mój konik, a teraz tym bardziej jestem w tym temacie. Dlatego też sięgnęłam po powieść Justyny Wydry „Esesman i Żydówka. Wojna i miłość”. Nie musiałam nawet czytać opisu książki, sam tytuł sprawił, że zapragnęłam ją mieć.

Główna bohaterka to delikatna młoda Żydówka, Debora Singer, którą poznajemy w bardzo dramatycznych okolicznościach. Zmierza bydlęcym wagonem do Auschwitz i cudem tylko udaje się jej zbiec z transportu. Jednak jest ranna. Chowa się w lesie i tam znajduje ją ponury, wysoki i groźnie wyglądający esesman, Bruno Kramer. Okazuje się, że na początku wojny los zbliżył tych dwoje do siebie w równie tragicznych chwilach. Lecz wtedy role były odwrócone. Ale teraz… sytuacja Debory jest zgoła inna, a esesman w czarnym mundurze wygląda mało przyjaźnie. Od tego momentu rozpoczyna się dziwna znajomość pomiędzy katem a ofiarą. Debora zostaje objęta opieką przez swego oczywistego wroga i niemal przez całą wojnę losy tej dwójki przenikają się, ocierają, aż wreszcie prowadzą do oczywistego faktu, że oboje się pokochali. Wbrew światu, przekonaniom, wierze i rozkazom. Wojna i miłość, podtytuł adekwatny do treści. Wydawać by się mogło, że koniec wojny zwieńczy tę opowieść spodziewanym happy endem, jednak nic tutaj nie jest oczywiste. Do ostatniej chwili śledzimy zagmatwane losy Debory i Bruna i nie tylko ich. Auschwitz, Gliwice, Berlin, Schwarzwald. Podróż w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca, a także w poszukiwaniu siebie nawzajem. Czy okrucieństwa wojny pozwolą im spokojnie żyć? Czy Debora będzie umiała wybaczyć i na nowo pokochać ponurego Niemca? Jak Bruno poradzi sobie ze świadomością, że ideały, które wyznawał i to w co wierzył upadają, jak Tysiącletnia Rzesza?

Pytań jest mnóstwo, a wszystko dąży do zaskakującego i wzruszającego finału w epilogu.


„Esesman i Żydówka” to pełna zawirowań opowieść o dwójce ludzi, których los postawił na swojej drodze, nie zważając na to, że nigdy nie powinni się spotkać, a tym bardziej pokochać. Bo to miłość jest siłą sprawczą, która pokonuje wszelkie bariery, nawet te niemożliwe do przekroczenia. Polecam, bardzo wciągająca lektura. Na uwagę zasługują także oddane realia historyczne i opowieści o losach ludzi, rzuconych w wojenną pożogę. Wszystko to stanowi idealne tło do historii o miłości silniejszej niż nienawiść.

czwartek, 18 grudnia 2014

Elizabeth Wein "Kryptonim Verity"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Imprint (PWN).



Powieści, w których fabuła przenosi nas w czasy II wojny światowej, najczęściej przedstawiają losy bohaterskich żołnierzy, którzy w imię miłości do ojczyzny ponieśli często najwyższe ofiary. Ostatnio jednakże spotykamy się z literaturą, gdzie to kobiety są bohaterskimi wojowniczkami o wolność, poświęcają się w imię wyższych idei i wykonują zadania, które stereotypowo przypisywane są mężczyznom. W powieści Elizabeth Wein „Kryptonim Verity” przedstawione są losy właśnie takich młodych kobiet, walecznych, bezkompromisowych, oddanych sprawie i wiernych nie tylko krajowi, ale także idei przyjaźni i lojalności.

Akcja książki rozgrywa się w roku 1943, kiedy to Niemcy aresztują pasażerkę rozbitego brytyjskiego samolotu szpiegowskiego, który rozbija się u wybrzeży Francji. Pasażerką tą jest Julie, którą Niemcy biorą za szpiega i torturami zmuszają do wyjawienia ważnych informacji na temat brytyjskiego lotnictwa, rozmieszczenia baz, typu samolotów. Verity, bo taki pseudonim ma uwięziona kobieta, mając już dość tortur, zaczyna snuć swą opowieść, w której pojawia się pilotka rozbitego samolotu, a prywatnie przyjaciółka Julie-Maddie. Torturowana kobieta opowiada o tym, jak poznała Maddie, co sprawiło, że dziewczyny zgłosiły się do Ochotniczej Służby Lotniczej Kobiet, jak to się stało, że znalazły się w jednym samolocie lecącym nad okupowaną Francją. Verity spisuje swoje zeznania, wiedząc, że tym samym sprowadza na siebie wyrok śmierci ze strony rodaków, ale w tej chwili chce przeżyć i ma dość tortur. Poza tym, o czym przekonamy się nieco później, ma swój ukryty cel, który spokojnie realizuje. 

Akcja fabuły rozwija się powoli, na początku poznajemy wszystko z perspektywy Julie-Verity, która z drobiazgowością przedstawia swoją koleżankę-Maddie. Początek jest miejscami nieco nużący, rozwija się powoli, wzbudzając wiele ambiwalentnych uczuć do głównych bohaterek. Ale potem akcja przyspiesza, wszystkie wątki zdają się dopasowywać do siebie i motywacje bohaterek stają się bardziej przejrzyste. 
„Kryptonim Verity” to tak naprawdę historia o przyjaźni, lojalności, oddaniu, wierze w ludzi i sprawę. A także o patriotyzmie i o tym, jak wiele człowiek potrafi znieść, a także jakie są granice wytrzymałości. Osadzona w realiach wojennych historia wciąga powoli, ale potem wynagradza mozolny nieco początek ciekawym i bardziej dynamicznym rozwojem wypadków. Na uwagę też zasługuje poczucie humoru głównej bohaterki, a i narratorki, która znajdując się w tragicznej sytuacji, pewne okoliczności potrafi opisywać z nieco żartobliwą nutką.


Podsumowując, to lektura ciekawa, z historycznego punktu widzenia, a także bardzo ludzka, ukazująca przyjaźń we wszystkich jej aspektach. A także przedstawiająca czym jest człowieczeństwo i jak ekstremalne warunki mogą wpływać na to, że nadal pozostajemy ludzcy, mamy emocje i wiarę. Polecam.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Joanna Jax "Dziedzictwo von Becków"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Videograf.
 
Zaczyna się zupełnie prozaicznie. Czasy obecne. Oto w opuszczonym domu zostają odnalezione zwłoki mężczyzny o nieustalonej tożsamości. Widać, że denat był zamożny, raczej nic nie wskazuje na jakieś gangsterskie porachunki, może to napad rabunkowy? Piotr "Dragon" Dragoński przyjeżdża na miejsce zabójstwa i nie wie jeszcze, że wkrótce odkryje historię mroczną, sięgającą lat trzydziestych XX wieku.
 
W tym samym czasie Maurycy Kunis spotyka się ze swoją wnuczką, Julią, która przebywa... Właśnie, czy to możliwe, że wydarzenia sprzed ponad siedemdziesięciu lat zadecydowały o losie tej młodej dziewczyny? I o życiu i niejednokrotnie śmierci wielu młodych dziewczyn i chłopców, kobiet i mężczyzn?
 
Wolne Miasto Gdańsk. Rok 1934. Ona, Maria Tarnowska, skromna polska nauczycielka. On, Werner von Beck, oficer SS, potomek dobrego niemieckiego rodu. Architekt, znawca dzieł sztuki, teraz, dzięki koneksjom ojca zajmuje ważne stanowisko bardzo blisko Goeringa. Wysoki, przystojny, o zimnych niebieskich oczach. Czy to bezlitosne spojrzenie będzie mogło się kiedykolwiek ocieplić? Na pewno nie przyczyni się do tego interesowna i swobodna Rita, która zaplanowała sobie zostać żoną Wernera. Ale nie przeszkadza jej to dzielić łóżko z Peterem-bratem mężczyzny, a także z ich... ojcem. Gdy podczas deszczowego popołudnia Maria schroni się w bramie gdańskiej kamienicy i wpadnie prosto w ramiona przystojnego oficera SS, żadne z nich nie będzie zdawać sobie sprawy z tego, że oto zmienia się historia ich własna, a także przyszłych pokoleń. Wybucha miłość, mocna i bezkompromisowa, a zaraz potem wybucha wojna, okrutna i bezlitosna. Gdańsk, Kraków, Zurich, Paryż, Warszawa. Piękna Prowansja, Berlin. Kawał historii, szykany, wywózki, obozy. Ukrywanie Żydów, kariery kacyków, ślepo zapatrzona młodzież, należąca do ZMP. A wszystko to okraszone gorącym romansem, który przecież nie ma żadnych szans, nie powinien w ogóle się zdarzyć. A jednak.
 
"Dziedzictwo von Becków" to debiutancka książka Joanny Jax. Bardzo wciągająca, dobrze skonstruowana, przemyślana i niezwykle denerwująca. Ludzka podłość, złośliwy los, nieprzewidziane zwroty akcji, to wszystko sprawia, że fabułę połyka się jak najlepszy przysmak, gdzie wszystkie składniki zostały idealnie dobrane i okraszone nutką goryczy, ale i finezji. Podczas lektury na myśl przyszła mi trylogia "Jeździec miedziany" Paulliny Simons, tam także czułam tę nieznośną niecierpliwość, aby dowiedzieć się, co będzie dalej i jak skończą się losy bohaterów. Polecam, świetny debiut i nieszablonowa opowieść.

piątek, 11 lipca 2014

Sarah Jio "Dom na plaży"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak (Między Słowami)


Nieczęsto zdarza mi się płakać podczas lektury książki, ale gdy już do tego dochodzi, ryczę jak przysłowiowy bóbr. Powieść, która wywołała we mnie ogrom emocji, wczoraj zawitała do mojej biblioteczki. Dzisiaj jestem już po lekturze, pozostawiona z zamętem w głowie, mokrymi oczami i ściśniętym sercem.

"Dom na plaży" autorstwa Sarah Jio to przejmująca historia wielkiej miłości młodej pielęgniarki i żołnierza Armii Stanów Zjednoczonych. Miłości, która nie miała prawa się zdarzyć, miłości, która jednak pojawiła się zupełnie nieoczekiwanie, miłości, która przetrwała przez lata.

Anne Calloway, a właściwie Godfrey rozmawia ze swoją wnuczką, Jennifer i postanawia opowiedzieć jej o wydarzeniach z 1942 roku, kiedy to tuż przed ślubem z Gerardem podejmuje decyzję o wyjeździe na Bora-Bora, gdzie stacjonuje wojsko amerykańskie. W tym momencie przenosimy się na wyspy Pacyfiku, które stały się ważnym punktem obronnym w starciu z Japończykami. Anne i jej przyjaciółka Kitty zostają przydzielone do pracy w szpitalu i pełne zapału realizują swój obywatelski i pielęgniarski obowiązek. Pewnego dnia Anne poznaje przystojnego żołnierza, Westry'ego Greena, czując do niego dziwne przyciąganie. Ale jak może odczuwać coś takiego, skoro na jej palcu pyszni się pierścionek zaręczynowy? Jednak nic nie można poradzić na uniesienia serca, które zaczyna bić dla tego mężczyzny o ciepłych oczach. Oboje odnajdują stary bungalow na plaży, przyjmują pseudonimy, aby było im łatwiej ukrywać swoją znajomość i rozpoczyna się pełen pasji romans, ukryty wśród kwiatów żółtego hibiskusa. W chatce znajdują tajemniczy obraz, który przywodzi na myśl impresjonistycznego twórcę. Wszystko jest takie cudowne, niemal bajkowe, na moment udaje się im nawet zapomnieć, że znajdują się w stanie wojny, a na Anne ciążą także inne zobowiązania. Wkrótce przyjdzie im za to słono zapłacić. Anne i Westry'ego łączy nie tylko gorące uczucie, ale także tajemnica, związana z morderstwem dziewczyny zamieszkującej wyspę. A także sekret obrazu, odnalezionego na ścianie domku na plaży. Niebawem drogi kochanków rozchodzą się, a główna bohaterka odkrywa jeszcze jedną tajemnicę, związaną tym razem z jej przyjaciółką Kitty. I w tym momencie rozumie, że tej przyjaźni już nie ma, a także nie ma już jej miłości. Gdy wraca do rodzinnego Seattle, wiąże się z Gerardem, któremu oddała tylko pół swojego serca. Bo nadal kocha Westry'ego Greena.

Mija ponad siedemdziesiąt lat. I Anna wraz z wnuczką Jennifer leci na Bora-Bora. Wkrótce wszystkie sekrety z przeszłości ujrzą światło dzienne, a kobieta przekona się, że prawdziwa miłość nigdy, przenigdy nie umiera.

"Dom na plaży" przywołał mi na myśl książkę Nicholasa Sparksa "Pamiętnik", a także amerykański film "Pearl Harbor". Do tego dołóżcie tajemnicę, intrygę, wielką miłość, tęsknotę i cierpienie. Nic dziwnego, że powieść wzbudziła we mnie tak ogromne emocje i wywołała łzy. Piękna historia uczucia, które nie zostało zniszczone przez innych ludzi, lata rozłąki i wieczną tęsknotę. Gorąco polecam.

poniedziałek, 26 maja 2014

Barbara Rybałtowska "Bez pożegnania" Saga, część I.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Axis Mundi.


Barbara Rybałtowska jest autorką wielu powieści, ma na swoim koncie przekłady z literatury rosyjskiej, tworzyła sztuki teatralne, pisała teksty piosenek, a także biografie, m.in. Barbary Rylskiej czy Igi Cembrzyńskiej. Jest także autorką sagi, która rozpoczyna się książką „Bez pożegnania” i jest oparta na wojennych przeżyciach pisarki, które stały się częścią jej dzieciństwa.

Bohaterką pierwszego tomu jest Zofia Markowska, młoda matka i żona. Wraz z mężem, Piotrem, przebywa w majątku na Kresach Wschodnich. Dzieli swój czas z przyjaciółmi, opiekuje się małą córeczką Kasią i z niedowierzaniem słucha wiadomości o zbliżającym się zagrożeniu z zachodu. Jednak nadchodzi 1 września i od tego momentu spokojne i pełne radości życie Zofii ulega dramatycznej przemianie. Najpierw znika jej mąż, a potem ona sama zostaje zapakowana wraz z córeczką do bydlęcego wagonu i wywieziona na Sybir. Rozpoczyna się walka o przeżycie, o zachowanie własnej tożsamości, walka ze słabościami nie tylko fizycznymi, ale także psychicznymi, w warunkach, które nie mają nic wspólnego z ludzkimi. Praca ponad siły, głodowe porcje żywieniowe, brak higieny, choroby, zawiść, podstęp, kradzieże. Jedni ludzie potrafią się zjednoczyć w sytuacji zagrożenia, inni nadal pozostają źli i zepsuci. Nie wiadomo, z której strony można spodziewać się zagrożenia.

Bohaterka przemierza bezkresne wschodnie krainy, potem trafia na południe, Pakistan, Iran, Uganda, zjeżdża pół świata, a chce w końcu trafić do Ojczyzny. Czy to jej się uda?
Książka „Bez pożegnania” jest napisana w pierwszej osobie, sprawia wrażenie pamiętnika, a właściwie „dziennika podróży” opisywanego rzetelnie i czasami pewną beznamiętną dokładnością, tak jakby bohaterka powoli uodparniała się na zło, które ją spotyka. Opisy są niekiedy dramatyczne, ale zawsze dotykają istoty rzeczy, ukazując tragiczne losy Polaków na zesłaniach. Czyta się to trochę jak dokument, mniej jak powieść, ale nie umniejsza to wartości książki, która oprócz warstwy fabularnej posiada także otoczkę historyczną i dokumentalną właśnie.


Na Sagę składają się kolejne tomy, które ukazują dalsze losy, zarówno Zofii, jak i jej córki Kasi. Ciekawa lektura, zwłaszcza dla czytelników lubujących się w książkach silnie osadzonych w realiach historyczno-dokumentalnych. I ja do takich należę, dlatego polecam tę serię.

środa, 21 listopada 2012

Jacek Inglot "Wypędzony"

Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Erica i portalowi DużeKa.


Gdy portal Duże Ka wraz z Instytutem Wydawniczym Erica zaproponowali mi tę powieść do recenzji, po zapoznaniu się z tematyką pozycji nie zastanawiałam się ani przez chwilę. Ja, Wrocławianka, na swój sposób zawsze zafascynowana przeszłością tego miasta, może nie na jakimś profesjonalnym poziomie poszukiwacza śladów historii, ale z chęcią czytająca opowieści z dawnych lat, najchętniej zasłyszane wprost od osób, które wówczas żyły, nie mogłam sobie odmówić przyjemności zapoznania się z tą lekturą. Mowa oczywiście o najnowszej powieści wrocławskiego prozaika, Jacka Inglota, zatytułowanej „Wypędzony. Breslau-Wrocław 1945”.

Tytuł jest wielce wymowny i od razu kieruje nasze myśli na odpowiednie tory. Rok 1945, odzyskanie ziem zachodnich, powrót „piastowskiego” Wrocławia, wysiedlenia. Ale także mordy, gwałty i szabrownictwo na globalną skalę. Do tego zniszczonego i wciąż dewastowanego miasta przybywa porucznik Armii Krajowej, Jan Korzycki, któremu udało się uciec z łap bezwzględnego ubeka, Kamana. To co zastaje w Breslau nie daje najmniejszych szans na rozpoczęcie tutaj jakiegokolwiek bytowania. Chowający się pod gruzami Niemcy, głównie starcy, kobiety i dzieci. Panoszące się wojsko sowieckie. I dzikie hordy polskich szabrowników, którzy nie wierzą, że Breslau ma szansę stać się Wrocławiem, w związku z tym trzeba wykorzystać ten moment i ogołocić konające miasto z tego, co jeszcze nadaje się do wywiezienia. Korzycki, pod zmienionym nazwiskiem, zostaje komendantem jednego z powstających posterunków Milicji Obywatelskiej i z garstką milicjantów próbuje zachować względny porządek w ogarniętym chaosem mieście. Jednocześnie chce ująć komendanta ukrywających się resztek niemieckich żołnierzy, który zarzuca miasto ulotkami nawołującymi Niemców do walki o Festung Breslau. W międzyczasie porucznik AK walczy także z szabrownictwem i przemocą w stosunku do bezbronnej niemieckiej ludności, a jednocześnie stara się nie wpaść w łapy UB. Czy mu się to uda? I kto naprawdę stoi za niemiecką propagandą? Zachęcam do sięgnięcia po tę powieść, aby znaleźć odpowiedzi na te i szereg innych pytań.

Nie nazwałabym „Wypędzonego” kryminałem retro, tak modnym i często eksploatowanym w ostatnich czasach. Myślę, że Jacek Inglot pokusił się o coś więcej. Oprócz wątków kryminalnych i sensacyjnych mamy tutaj historyczny rys tworzenia się polskiej społeczności na ziemiach odzyskanych, a sposób, w jaki to zostało przedstawione, sprawia, że jako mieszkanka Wrocławia zaczynam się zastanawiać, na jak wielu tragediach ludzkich została oparta moja obecność tutaj, dzisiaj, teraz. Te odwieczne dylematy zaczynają mieć szerszy i głębszy wymiar, po przeczytaniu tej książki. Autor pokazuje także odmienne opinie dotyczące samej idei II wojny światowej i przywództwa Hitlera. Nie tłumaczy Niemców, nie usprawiedliwia Polaków, pokazuje tylko racje jednej i drugiej strony. Przedstawia także stosunek Polaków do Żydów i na odwrót. Czytając to, zaczynam się zastanawiać, jak to w ogóle możliwe, że na takiej ziemi powstało tak piękne miasto, w którym mieszkam niemal od urodzenia? Dla mnie ta powieść, to nie tylko sensacja z wyższej półki, to także swoista lekcja historii i próba zrozumienia tego, co działo się w atakowanym przez Niemców, Polaków, Rosjan i hordy szczurów mieście. Polecam, naprawdę wartościowa i wciągająca pozycja książkowa.

niedziela, 11 listopada 2012

Anatol Chari "Podczłowiek. Wspomnienia członka Sonderkommanda"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Świat Książki.

Anatol Chari jest bohaterem i współautorem autobiograficznej i dokumentalnej książki „Podczłowiek. Wspomnienia członka Sonderkommanda”. Drugi autor to Timothy Braatz.
Chari urodził się w Łodzi w 1923, po wojnie zamieszkał w Niemczech, gdzie ukończył stomatologię, a w 1951 roku wyemigrował do USA, gdzie mieszka do dziś. W książce, którą miałam okazję przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Świat Książki, autor opowiada o swoim życiu i losach w wojennej zawierusze.

Anatol przedstawia sytuację łódzkich Żydów, funkcjonowanie w getcie, codzienność, walkę o przeżycie, miłości, pragnienia. Jako syn wysokiego urzędnika gminy żydowskiej, przebywając w łódzkim getcie miał wiele przywilejów, o których zwykły „śmiertelnik” mógł tylko marzyć. Może dlatego właśnie nie stracił zbyt wielu sił, które pomogły mu przetrwać to, co dopiero miało nadejść. Czyli wywózkę do Auschwitz. Tam już wszystko przestawało się liczyć. Najważniejsze było tylko przetrwanie. Jedyną myślą, jaka od rana do nocy zaprzątała umysł bohatera było to, w jaki sposób napełnić sobie żołądek. Minimalne racje żywnościowe, drastyczne warunki bytowania w obozie Birkenau, zastraszanie, bicie, to wszystko sprowadzało każdego człowieka do zupełnego odizolowania się od świata zewnętrznego i skupienia tylko na najniższych potrzebach organizmu. A zarazem elementarnych. Przetrwać. Tylko to się liczyło. Za wszelką cenę. A pobyt w tym obozie to tylko przedsmak prawdziwej katorgi, która wciąż była przed autorem.

Opowieść Anatola Chariego to poruszająca, wstrząsająca, szczera, czasami oskarżająca, innym razem starająca się tłumaczyć historia człowieka, który może z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że przeżył piekło i widział diabła. Chari pokazuje prawdziwą twarz członków Sonderkommanda, nie stara się usprawiedliwiać, jednocześnie czasami wykazuje skruchę i żal, że czegoś nie zrobił, komuś nie pomógł, że za późno zareagował, albo nie zrobił tego wcale. Rozliczenie z przeszłością? Na pewno. A jednocześnie świadectwo potworności, które ludzie zrobili sobie nawzajem. Wartościowa lektura, trochę w innym świetle pokazująca ludzi, którzy starali się po prostu przetrwać. Bez oceniania, bez ferowania wyroków, opowieść do refleksji i przemyśleń. Zachęcam.