Pokazywanie postów oznaczonych etykietą replika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą replika. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 maja 2020

Andrzej Mathiasz "Szlam"

„Szlam” to kolejna powieść Andrzeja Mathiasza, który dał się także poznać jako autor scenariuszy i producent filmów dokumentalnych. 
W najnowszej powieści zabiera nas do Lublina, gdzie wśród klimatycznych uliczek Starego Miasta rozpoczyna się pełna zawirowań rozgrywka z tajemniczym i bezwzględnym mordercą. Głównymi bohaterami są: prokurator Adam Szmyt, a także komisarz Ewa Brudka i psycholożka, Magdalena Choroba. Szmyt, po przeniesieniu ze stolicy do Lublina, nie jest zadowolony z tej degradacji, przynajmniej w jego oczach. Kiedy zostaje wezwany do pierwszej sprawy, w lublińskiej karierze, jest zniechęcony i wkurzony. Jego irytację powiększa fakt, że na miejscu zbrodni… nie ma ciała. Właściwie jest, jego niewielki kawałek. Mianowicie odcięte przyrodzenie ofiary. Szmyt najchętniej zamknąłby sprawę, ale już niebawem zostaje znaleziony martwy właściciel uciętej części ciała, która to staje się obiektem niewybrednych żartów policjantów, a także przedmiotem ataku pewnego gawrona. W książce nie brakuje zabawnych scen, rodem z czarnej komedii, sytuacji, czarnego humoru, ostrego języka i nieszablonowych zbrodni. Poza tym jest jeszcze Lublin, którego ewidentnie nie lubi prokurator Szmyt. 
Nie umniejsza to wcale specyficznej sympatii, którą zaczyna się obdarzać prokuratora, gdyż jest to postać wieloznaczna, świetnie rozegrana pod kątem psychologicznym i ciągnąca całą fabułę. Klimatem „Szlam” przypomina mi chandlerowskie czarne kryminały, których charakterystyczną cechą były dynamiczne, pełne ironii dialogi. Tych także nie brakuje u Andrzeja Mathiasza. Autor posługuje się specyficznym słownictwem, które buduje klimat i postaci głównych bohaterów. Sama intryga kryminalna także została przemyślana i świetnie rozrysowana, rzucając niejednokrotnie fałszywe tropy.

Podsumowując: „Szlam” to zgrabnie uknuty kryminał, z wyrazistymi bohaterami, świetną intrygą i tajemniczym, czasami przerażającym, ale i tak pełnym uroku Lublinem w tle. Polecam, przede wszystkim wielbicielom kryminałów miejskich i fanom zagadek kryminalnych z nieoczywistymi postaciami morderców.


wtorek, 13 lutego 2018

Natalia Nowak-Lewandowska "Układanka"

„Układanka” to trzecia powieść w dorobku łódzkiej autorki, Natalii Nowak-Lewandowskiej, otwierająca trylogię zatytułowaną „Teoria gier”. Tym razem mamy do czynienia z miejskim kryminałem, którego akcja rozgrywa się w Katowicach, kryminałem pełnym także wątków obyczajowych, psychologicznych i nawet New Adult.

Pojawia się tu cała plejada niebanalnych bohaterów, którzy swoimi działaniami, ale i charakterami, tworzą tytułową układankę.

Główne postaci to energiczna dziennikarka z ciężką przeszłością, Julianna, jej brat-policjant, Jakub i jego córka, nastoletnia Majka. Wszystko rozpoczyna się w momencie, gdy w lesie, w beczce, zostają znalezione ludzkie szczątki. Jakub rozpoczyna śledztwo policyjne, a Julianna zbiera jak najwięcej materiałów na temat tajemniczego zabójstwa, bo że o to właśnie chodzi, nie ma najmniejszych wątpliwości. Pracę utrudnia jej nieco lekarz sądowy, niejaki Wojciech Stankiewicz, który dziennikarkę zarówno wkurza, jak i pociąga. Jakub prowadzi żmudne śledztwo, jednocześnie próbuje walczyć z demonami przeszłości, wychowaniem córki i brakiem miłości do obecnej, drugiej żony. Powoli śledztwo nabiera rumieńców, odkrywane są coraz to nowsze elementy układanki, które prowadzą do dynamicznego zakończenia. Moją uwagę przyciągnął także wątek literatury New Adult, którego bohaterką jest nastolatka-Majka i niejaki Tomek. Cieszę się, że ten wątek będzie kontynuowany.


„Układanka” to zgrabnie napisana historia, w której nic od razu nie jest oczywiste, wciągająca od pierwszej strony, zarówno pod kątem zagadki kryminalnej, jak i obyczajowej opowieści o ludziach. Jest miłość, seks, zdrada, zemsta i morderca. Doskonałe połączenie dynamicznej kryminalnej historii i opowieści o ludziach, ich problemach, pragnieniach i zwykłych ludzkich błędach. Polecam i czekam na tom drugi!


sobota, 30 września 2017

Natalia Nowak-Lewandowska "Głód miłości"

Natalia Nowak-Lewandowska to młoda stażem autorka, która niedawno debiutowała powieścią zatytułowaną „Pozorność”. Jej najnowsza książka, „Głód miłości” utwierdza mnie w przekonaniu, że pisarka da się zapamiętać, jako ta, która podejmuje poważną i cięższą tematykę, wkomponowaną w fabułę społeczno-obyczajową, a nawet romansową. Niezwykle cenię takie połączenia, gdyż są mi niezmiernie bliskie. Płodozmian tematyczny jest dla twórcy inspirujący i skutecznie chroni przed rutyną.
W swej najnowszej książce, autorka przenosi nas do świata zwykłych ludzi, ale świata nie pozbawionego bólu istnienia, pogoni za lepszym życiem i pragnieniem miłości. Pragnieniem bycia kochaną, kochanym. Bohaterowie odczuwają tytułowy głód miłości, każdego z nich dotyka on w innych okolicznościach i po różnorakich wcześniejszych doświadczeniach.

Główne postaci to Dawid Paliszewski, zdolny adwokat, właściciel kancelarii, bezpardonowy, porywczy i czasami nieprzebierający w słowach. Jest postrachem prokuratury, nie pałają do niego sympatią aplikanci, ale wszyscy go szanują i doceniają jego profesjonalizm. Dawid przyjaźni się z Grześkiem i Alinką, którzy także przeżywają swoje wzloty i upadki i czytelnik jest bezpośrednio wciągnięty w ich życiowe problemy.
Druga główna bohaterka, to młoda, dwudziestotrzyletnia dziewczyna, Marta Śliwińska. Kobieta, która mimo młodego wieku, ma życiowych doświadczeń aż nadto. W zaskakujących okolicznościach los styka ją z mecenasem Paliszewskim i mimo dramatycznego początku, coś zaczyna się dziać pomiędzy tą dwójką. On, nienauczony miłości, odczuwa dziwne przyciąganie. Ona, tak bardzo pragnie być kochana, ale wie, że jest to niemożliwe, bo… ukrywa tajemnicę, związaną z chorobą, która jej dolega. Raz jest przyjaźnie nastawiona do świata, innym razem nienawidzi wszystkich i wszystkiego dookoła, nie wyłączając Dawida, który kompletnie nic nie rozumie i pierwszy chyba raz w życiu czuje, że oto dzieje się coś, nad czym nie ma kontroli. Ani nad własnymi uczuciami, ani nad tym, co rozgrywa się tuż na jego oczach.

Bohaterowie stają przed trudnymi wyborami, czytelnik ma okazję zajrzeć do ich głów i przekonać się, jak wielki emocjonalny sztorm tam szaleje.
Autorka bardzo precyzyjnie, ale bez zbytnich naukowych wywodów, przedstawiła problem choroby borderline, codzienność bycia z taką osobą i huśtawkę emocjonalną, na jaką narażony  jest ktoś, kto żyje z osobą z takim schorzeniem. 


„Głód miłości” to świetna powieść obyczajowa, z wątkiem miłosnym w tle, przedstawiająca niełatwy temat zaburzenia osobowości, o którym sporo osób do tej pory w ogóle nie słyszało. Książkę czyta się szybko, nie brakuje wzruszających i irytujących scen. Polecam, to wciągająca historia, którą warto poznać i warto przeżyć.


niedziela, 28 grudnia 2014

Mój literacki rok 2014 :)


Luty - "Brudny świat" (Novae Res)
Kwiecień - "Przebudzenie" (Filia)
Czerwiec - "Wybaczenie" (Novae Res)
Lipiec - trzecie wznowienie "Szóstego" (Replika)
Październik - "Szukaj mnie wśród lawendy. Zuzanna" (Novae Res)

Dziękuję, że czytacie moje książki 






Do wspaniałych rzeczy, które zdarzyły mi się w tym roku, zaliczam także dostanie się na zajęcia z Adaptacji w Warszawskiej Szkole Filmowej, gdzie zgłębiam tajniki scenariopisarstwa i piszę scenariusz do "Zakrętów losu" :)

środa, 10 września 2014

"Benedict Cumberbatch. Biografia" Justin Lewis

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Replika.


W tym roku dopiero trafiłam na odcinki angielskiego serialu o przygodach Sherlocka Holmesa we współczesnym Londynie. Wcześniej nawet nie słyszałam, że taka produkcja powstała, a tym bardziej nie słyszałam o aktorze, który zagrał tam główną rolę. Jednak, gdy zaczęłam oglądać, muszę przyznać, że "wsiąkłam" w klimat nieco inny, a przecież ciągle znajomy z poprzednich adaptacji opowiadań sir Arthura Conan-Doyle'a. Na pewno było to zasługą dynamicznego i innowacyjnego scenariusza, a także świetnych ról, zagranych przez Benedicta Cumberbatcha i Martina Freemana. Ale to właśnie ten pierwszy, praktycznie z dnia na dzień, bo zagraniu Sherlocka Holmesa w nowej odsłonie, stał się gwiazdą dużego formatu. I o tym aktorze jest książka Justina Lewisa, wydana przez wydawnictwo Replika, która trafiła do mojej biblioteczki.

Wielbiciele, a właściwie wielbicielki (bo nie ma co ukrywać, że Cumberbatch stał się bożyszczem kobiet i nastolatek na całym świecie) pewnie śledzą w internecie wszelkie newsy i wiadomości z przeszłości, tak więc mają sporą wiedzę o tym angielskim aktorze. Ale książka opowiada nie tylko o drodze aktorskiej Bena. Autor biografii zaprezentował losy rodziców aktora, Wandy Ventham i Timothy'ego Carltona Cumberbatcha. To znana w Wielkiej Brytanii para aktorska, cieszącą się ogromną sympatią, mająca na koncie wiele ról zarówno telewizyjnych, jak i teatralnych. Może to ukształtowało młodego Bena, który najpierw nosił się z zamiarem studiowania prawa. Ale miłość do grania zakorzeniła się w nim bardzo głęboko, a poza tym, podczas pobytu w elitarnej szkole w Harrow, gdzie zagrał w Śnie nocy letniej, świat teatru wciągnął go bardzo głęboko, do tego stopnia, że wkrótce stał się gwiazdą szkoły. To były początki, ale pokazywały ogromny talent chłopca, który także sprawdzał się świetnie w rolach żeńskich. Lecz na tym etapie na pewno nie myślał jeszcze o tym, że w przyszłości zostanie aktorem. To nadeszło o wiele później. 

Nie ma co ukrywać, że to właśnie rola Sherlocka Holmesa stała się punktem przełomowym w jego karierze, dostrzeżono go w Hollywood i zaczął pojawiać się w amerykańskich produkcjach, takich jak Sierpień w hrabstwie Osage, Zniewolony, W ciemność. Star Trek (tu świetnie zagrał mrocznego Khana). Na uwagę zasługuje także krótkometrażowy film Little Favour, który został zaprezentowany podczas tegorocznego pobytu aktora w Krakowie, na Festiwalu Off Plus Camera.

Oprócz wiadomości na temat dzieciństwa i kariery Benedicta, autor ukazuje go jako ciągle takiego samego faceta, szczerego, z dużym poczuciem humoru, nieco zdezorientowanego zamieszaniem, jakie się wokół niego wytworzyło. Gdy zdobył tytuł najseksowniejszego mężczyzny, śmiał się, że zgadza się z tym stwierdzeniem, bo w swoim mieszkaniu faktycznie jest najseksowniejszy (a mieszka sam).

Biografia autorstwa Justina Lewisa to skarbnica wiedzy na temat popularnego aktora i chyba niezbędnik dla wszystkich jego fanów. Napisana lekko, czyta się ją jak pamiętnik, w którym bohater przedstawia najważniejsze fakty ze swego życia, a także dzieli się mniejszymi i większymi sekretami. Szkoda tylko, że w książce nie znalazły się żadne fotografie, to na pewno uatrakcyjniłoby przekaz, bo w sumie miło popatrzeć na przystojnego Cumberbatcha. Pozycja dla fanów, zdecydowanie.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Alina Białowąs "Galeria uczuć"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki.


O uczuciach naprawdę nie jest łatwo pisać. Trzeba uważać, aby nie dać się ponieść fantazji i nie przesadzić w opisach emocji, wrażeń, pragnień, bo grozić to może nierealnością tychże. Z drugiej strony miło czytać historie pełne emocji, nawet gdy nie do końca zdają się być prawdziwe. Ale niemniej jednak nie jest to takie proste i autor musi uważać, aby czytelnik nie poczuł się oszukany, przesłodzony, albo zdegustowany.

Tak więc wydawać by się mogło, że nie ma nic prostszego, jak napisanie powieści obyczajowej, w której ona i on i problemy i niedopowiedzenia. Cóż. Nic bardziej mylnego. To temat obszerny, ale jednocześnie trudny i ryzykowny. Alina Białowąs w swojej najnowszej książce „Galeria uczuć” właśnie na te ostatnie postawiła. I jak to odebrałam?

Bohaterką powieści jest trzydziestoletnia Olka, matka dwóch synów, żona Pawła, faceta, który chce rodzinie zapewnić jak najlepszy byt. Sama Ola pracuje w małej galerii, ale nie jest to jej ukochane zajęcie. O wiele lepiej czułaby się jako matka i żona, niepracująca i zajmująca się domem. Jednak zarobki jej ukochanego w tej chwili nie pozwalają na taki luksus, dlatego też Ola musi znosić fanaberie szefowej-Fredzi i zaciskać usta, na które czasami cisną się słowa, których za żadne skarby nie powinno wypowiadać się w kierunku szefowej. Życie młodej kobiety toczy się powoli, całkiem normalnie, aż do chwili, kiedy okazuje się, że jej małżonek spotyka się z inną kobietą. Wówczas cały świat Oli wali się jak kamienica podczas rozbiórki, a my jesteśmy niemymi obserwatorami ryzykownych posunięć w wykonaniu bohaterki. Temat stary jak świat, jednak w sposobie jego przedstawienia pojawiło się coś, co mnie zainteresowało. Postać głównej bohaterki. Niesamowicie irytująca i całkowicie odmienna w swoich oczekiwaniach, przekonaniach, planach na przyszłość, niż ja sama. Może dlatego tak bardzo starałam się zrozumieć jej postępowanie i czasami miałam ochotę złapać ją i potrząsnąć, aby doprowadzić Olkę do porządku. Ale jakiego, a raczej czyjego? Mojego własnego? No tak, ale to przecież Ola i jej życie i jej wybory. Czasami irytujące, ale jej.

„Galeria uczuć” wzbudziła we mnie ambiwalentne odczucia. Z jednej strony czasami denerwująca bohaterka, postępująca tak, jak sama nigdy w życiu bym nie postąpiła i wyznająca takie zasady, które całkowicie nie współgrają z moją naturą. A z drugiej… zrozumienie, że to przecież tylko historia, fikcja, a przecież tak życiowa i wydarzająca się często tutaj, obok, za rogiem. Dlatego z przekonaniem polecam tę kobiecą opowieść właśnie kobietom, które czasami są na zakręcie, które nie widzą światełka w tunelu, które potrzebują słodko-gorzkiej historii, która koniec końców daje nadzieję i tchnie optymizmem. Tak więc na wiosenny wieczór „Galeria uczuć” może okazać się lekturą idealną. A ja na plus daję jeszcze sarkastyczny humor i ironię, które wyszły autorce całkiem nieźle.

niedziela, 24 marca 2013

"Pola" Magdalena Zimny-Louis

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Replika.

W ostatnim czasie kolejna powieść zasiliła moją biblioteczkę. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Replika trafiła do mnie książka Magdaleny Zimny-Louis pod tytułem „Pola”. Już kiedyś pisałam, że nie należy sugerować się tym, co widzimy na okładce. I rzeczywiście nigdy tego nie robię. Aczkolwiek obraz w jakiś sposób sugeruje nam treść, przynajmniej tak odbiera to nasz mózg. Czego oczekiwałam po wzięciu tej właśnie powieści do ręki? Historii o jakiejś kobiecie, o jej perypetiach, złamanym sercu, zawistnych koleżankach, kobiecie współczesnej, żyjącej może gdzieś obok mnie. Co otrzymałam?

Faktycznie, „Pola” jest opowieścią o kobiecie. A właściwie kobietach. Równie dobrze mogła nosić tytuł „Tosia”. Bo to właśnie Tosia, a właściwie Antonina Pogorzelska jest bohaterką i narratorką tej wielopokoleniowej historii. Bardzo osobistej, którą można potraktować niemalże jak spowiedź życia, albo bardzo rozbudowany życiorys. Z wieloma wątkami pobocznymi i całą plejadą postaci. Tosię poznajemy jako osiemdziesięcioletnią staruszkę, która podejmuje decyzję o niewychodzeniu z domu. Uznaje, że nie jest to jej do niczego potrzebne i tym samym budzi olbrzymi niepokój u swoich dzieci, Zuzanny i Artura. Jedynie młody sąsiad, Jacek, rozumie to i obiecuje pomoc. Właściwie to Jacek jest jej jedynym przyjacielem i nieocenionym wsparciem. Artur jest zajęty swoim dobrze prosperującym biznesem, Zuzanna poświęca swój czas, np. na sprzątanie na plebanii, bo wraz z mężem są zapalonymi i niezwykle oddanymi katolikami. Tak więc Tosia przedstawiając się na początku jako bardzo konsekwentna i stanowcza, zaczyna toczyć przed nami opowieść swojego życia. Począwszy od dzieciństwa w jednej z polskich wsi, przez zawieruchę wojenną i nowe życie w wolnej Polsce. W jej życiu najwierniejszą towarzyszką i przyjaciółką jest siostra jej matki-Pola. Dzięki niej Tosia wyjeżdża do Warszawy i ma szansę na rozwinięcie skrzydeł. Historia jest taka prosta, życiowa, przedstawieni ludzie są tak różnorodni, tacy ludzcy, z wszystkimi ich przywarami, wadami, złymi i dobrymi twarzami. Bo takie po prostu jest życie. 

„Pola” to wydawać by się mogło zwykła historia o zwykłej kobiecie, która w jesieni życia opowiada o swoich losach. Lecz wszystko to podane jest wciągającym i czasami humorystycznym językiem, tytułowa Pola niejedną tajemnicę ma w zanadrzu, a wokół Tosi toczy się prawdziwa burza. I ideologiczna i rodzinna i zmysłowa. Nie spodziewałam się, że tego typu historia będzie w stanie mnie w jakiś sposób porwać, a właśnie tak się stało i jest to kolejna dla mnie niespodzianka. Tak więc nie ma co sugerować się tym, co widzimy na okładce, nie warto nawet czytać opisów znajdujących się na tylnej obwolucie. Należy kierować się sercem i swoistym czytelniczym węchem. Czasami, dzięki niemu, trafimy na powieść, którą powinniśmy przeczytać. I „Pola” jest właśnie taką książką. Polecam.

niedziela, 16 września 2012

Glen Duncan "Ostatni wilkołak"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Replika.


Jak ja bardzo lubię wciągać się na kolokwialnego maksa. Czuć się pochłonięta, stłamszona, poruszona. Skupiać się tylko na czytanym tekście, nie dopuszczając do siebie żadnych wrażeń z zewnątrz. Nie każda lektura wywołuje u mnie takie doznania, często nie mogą się skupić, wniknąć w treść, rozpraszana zbyt łatwo przez świat zewnętrzny. Musi to być naprawdę poruszający tekst, abym była w stanie wyłączyć moją zbyt podzielną uwagę i wniknąć całą sobą w czytaną powieść, dając się tym samym pochłonąć bez reszty. I oto w moje ręce wpadła właśnie taka książka, która po prostu ścięła mnie z nóg. Jest to „Ostatni wilkołak”, autorstwa Glena Duncana, wydana przez wydawnictwo Replika. Zapewne niejeden czytelnik teraz powie: „O nie! Znowu jakiś paranormal”. A ja powiem: „O tak! Na setkę powieści paranormalnych, Ostatni wilkołak jest właśnie tą, po którą powinniście bezwzględnie sięgnąć!”.

Bohaterem książki jest Jacob Marlowe, człowiek żyjący na świecie od prawie dwustu lat, ostatni przedstawiciel swej drugiej rasy, rasy wilkołaków. Jego życie zbliża się do końca, w dodatku polują na niego i wampiry i członkowie MOKFO (Międzynarodowa Organizacja Kontroli nad Fenomenami Okultystycznymi). Jake zdaje sobie sprawę, że to już blisko, z jednej strony nie zamierza uciekać, z drugiej tak fajnie jest żyć, pomimo Klątwy, która nawiedza go co miesiąc i zmusza do polowania na ludzi. Jednak do wszystkiego można przywyknąć. Podobno. Ale czy do samotności także? Głupio tak myśleć, że jest się jedynym taki kuriozum na świecie. Lecz wystarczy jedno spojrzenie, jeden gest, ten zapach… I nic już nie będzie takie samo. Wszystko się zmieni. Dla Jake’a zmieni się całe jego dotychczasowe życie, któremu przyświeca maksyma „pierdolić-zabić-zjeść”. Teraz okaże się, ma o co walczyć i dla kogo żyć. Tylko nadal nie rozumie, skąd się wzięła Talulla, wie tylko, że kocha ją mocniej niż cokolwiek kiedykolwiek kochał. Drugim tłem jest intryga uknuta przez MOKFO, a także legenda związana z poszukiwaniem księgi  Aleksandra Quinna, w której podobno zawarta była geneza pochodzenia wilkołaków.

Uprzedzam od razu, że nie jest to kolejne romansidło paranormalne. To powieść, której język naszpikowany jest ostrością, metaforami, ciętymi ripostami, ogromem dygresji, refleksji. Innym razem jest pełen wulgaryzmów, ciętego humoru, złośliwości, autokrytyki. Jeśli chodzi o konstrukcję książki, to wszystko poznajemy z perspektywy głównego bohatera, który spisuje dziennik, a jest nim właśnie trzymana przez nas książka. Akcja toczy się błyskawicznie, bohater od razu wzbudza naszą sympatię, współczucie, pomimo okropności jakie stały się jego udziałem. I w jego wykonaniu.

„Ostatni wilkołak” to świetnie skonstruowana powieść sensacyjna, pełna przemyśleń, czarnego humoru i poruszającego wątku miłosnego. Nie staram się nigdy przekonywać do sięgnięcia po daną książkę (no prawie nigdy), pozostawiając decyzję czytającemu moje opinie o lekturach, które znalazły się w mej domowej biblioteczce. Tym razem zrobię wyjątek. Po prostu MUSICIE przeczytać „Ostatniego wilkołaka”. Naprawdę warto!

„Znaleźliśmy sposoby. Oto właśnie jest historia, historia ludzi, historia wilkołaków, historia życia: znajdowanie sposobów. Całowanie, powolne, było jednym z nich. Choć ciemnowłosa i ciemnooka, Talulla miała jasną skórę, zmysłowy kontrast, do którego wciąż powracałem. W jej przypadku należało wracać do wszystkiego (tego zresztą domagało się moje pożądanie). Pieprzyk nad jej wargą był jednym z tuzina, czy coś koło tego, rozsianych po jej całym ciele. Moje nowe gwiazdozbiory. Nie było w tym gry, nie było pornografii, tylko całkowite nawrócenie na religię tego drugiego, to erotyczne zrównanie, które wyśmiewa rozróżnienie pomiędzy sacrum a profanum, które wprowadza anarchię w moralny świat ciała.” *

„Pisarze pracują cały czas, mając oczy i uszy otwarte na wszystko, co się może przydać w twórczości. Tak samo wilkołaki. Oczywiście one nie ze względu na dziwaczne postacie albo urywki dialogów, ale by zaplanować mord, znaleźć miejsce, które pozwoli im dyskretnie zabić.” **


*str. 255, Ostatni wilkołak, Glen Duncan, Replika, 2012.
**str. 299, tamże

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Zatrute pióra-antologia :)

Nasza kryminalna antologia już w sprzedaży:)

Książkę można zamawiać w księgarni wydawnictwa Replika TUTAJ

A także:

merlin.pl TUTAJ


I oczywiście w wielu innych księgarniach:)


A do mnie dzisiaj trafiły egzemplarze autorskie, co jest niezwykle miłym momentem tego dnia:)




niedziela, 10 czerwca 2012

Iwona J. Walczak "Złocista dolina"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki.


Trzy kobiety. Trzy różne charaktery. Trzy małe i większe dramaty, które napisało życie. Trzy odmienne spojrzenia na świat. A jednak coś połączyło te trzy dziewczyny i sprawiło, że trafiły do tego samego miejsca na ziemi. Czasami los płata dziwnego figla, albo inaczej, sami go prowokujemy, aby wystawił nas na próbę, dał wskazówkę, innym razem popochnął w odpowiednim kierunku. Czy w najnowszej powieści Iwony J. Walczak, zatytułowanej „Złocista dolina” wszystko będzie takie proste, miłe i łagodne, jak może wskazywać na to okładka książki?
No cóż. Nie odpowiem na wszystkie pytania, bo nie byłoby to fair i w stosunku do czytelników i w stosunku do autorki. Niemniej jednak postaram się być takim palcem losu, który pokaże Wam, czy powieść znajduje się w kręgu Waszych zainteresowań.
Majka, Dorota i Katarzyna. Trzy przyjaciółki, które wzmiankowany wyżej los rzucił w różne strony świata. Kiedyś się przyjaźniły, było bardzo blisko, teraz każda żyje swoim życiem, starając się pokonywać przeszkody, jakie pojawiają się na ich drodze.
Majka to trochę zapatrzona w siebie malarka-amatorka, której mąż traci pracę. Czy poradzi sobie z kolejną kłodą rzucaną pod nogi?
Dorota, wraz z córką mieszka w Niemczech i jest pod wrażeniem zasad panujących w tym kraju. Fascynuje ją porządek, bo przecież „ordnung muss sein”. Czy ułatwi jej to przyszłe życie w naszym kraju?
Kasia, poznanianka, wychowuje syna i pasjonuje się fotografią. Jest dla mnie najsympatyczniejszą bohaterką z tej całej „babskiej” trójki.
Kasia, wraz z Dorotą i Majką postanawiają wyjechać na pojezierze ełckie i otworzyć tam pensjonat. Niby prozaiczny zabieg, tak obecnie popularny, jeśli chodzi o różnej maści powieści. Ale to tylko powłoka, pod którą kryje się znacznie więcej. Bo opowieść o Złocistej dolinie to nie jest przewidywalną opowiastką o próbie zmiany własnego życia. To świetny rys psychologiczny postaci, ukazanie trzech różnych charakterów i próba pokazania, że wcale nie jest tak prosto, łatwo i przyjemnie rzucić swój los na jedną kartę i zmienić całe swoje dotychczasowe życie. Dodatkowym atutem powieści jest umiejętność budowania przez autorkę klimatu, poprzez obrazowe opisy przyrody, natury otaczającej bohaterów, a także miast, w których rozgrywają się poszczególne wydarzenia.
Iwona J. Walczak to sprawna obserwatorka i życia i ludzi, analizująca umiejętnie postępki bohaterów i tworząca wyraziste postaci o niekiedy trudnych do zniesienia charakterach. „Złocista dolina” to z jednej strony malownicza opowieść o pięknie natury, urokach przyrody, a z drugiej o meandrach życia i wszelkich cieniach, jakie się w czasie tej życiowej drogi pojawiają. Refleksyjna, miejscami urokliwa, innym razem irytująca. Pozbawiona wyraźnego podziału na czarno-biały świat. Bo przecież nie należy zapominać o wszelkich odcieniach szarości. I autorka nie zapomina. Polecam.


piątek, 8 czerwca 2012

Sam MIllar "Nieugięty"

Książkę przeczytałam dzięki serwisowi Zbrodnia w Bibliotece i wydawnictwu Replika.


Sam Millar urodził się w Belfaście. Tam przeżył prawdziwe piekło, przez ponad osiem lat odbywał karę więzienia, był przetrzymywany w nieludzkich warunkach, bity, poniżany, szykanowany. Brał udział w tak zwanym „proteście koców” w 1976r., kiedy to więźniowie pokazywali swoje niezadowolenie wobec rządu brytyjskiego. W swojej na poły autobiograficznej książce „Nieugięty” wraca do lat dzieciństwa, spędzanego na ulicach Belfastu, potem przedstawia koszmar uwięzienia i szykan, lecz czyni to z taką dozą czarnego humoru i ironii, że nawet najgorsze opisy zawierają w sobie elementy groteski. Następnie opowieść Sama obejmuje jego lata życia w Stanach Zjednoczonych, gdzie robi karierę w nowojorskich nielegalnych kasynach. Tam obejmuje funkcję „menadżera kasetek”, bardzo odpowiedzialną i mającą ścisły związek z przepływem gotówki w tym biznesie posadę. I być może ten bliski kontakt z forsą sprawia, że Sam Millar zostaje pomysłodawcą i współwykonawcą największego napadu, w którym to zrabowano siedem milionów dolarów. A w tym wszystkim najbardziej nieprawdopodobne wydaje się być to, że sam plan napadu był tak prosty, iż sprawiał wrażenie wręcz nierealnego do wykonania. A jednak.
Książka Millara to napisana dynamicznym językiem opowieść o życiu człowieka, który jak sam mówi „widział piekło i wcale nie jest tam tak strasznie, jak mówią”. W „Nieugiętym” koszmar więziennych przeżyć przeplata się z żywym humorem, zwrotami akcji godnymi Archera lub Grishama, a także iście sensacyjną historią napadu stulecia. W dodatku należy zdać sobie sprawę, że tej opowieści nie stworzył autor w swojej bogatej wyobraźni, tylko napisało ją życie.
Niezła gratka dla miłośników energetycznych opowieści z pogranicza sensacji, z solidną podbudową i historyczną i społeczno-polityczną. Polecam.
„Klawisze mogli nam łamać kości i rwać ciało – i robili to. Nasza egzystencja była ekstremalnie minimalistyczna. Byliśmy nadzy jak dopiero co narodzeni. Jedyne, czego nie mogli, to kolonizować naszych myśli. Nigdy nie potrafili zrozumieć naszej siły z tej prostej przyczyny, że byliśmy ponad miarę tego, co było przed nami, i nikt nie mógł nam nigdy dorównać. Byliśmy Spartanami. Kurwa, byliśmy lepsi niż Spartanie. Byliśmy Ludźmi w Kocach.”