Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka psychologiczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka psychologiczna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 czerwca 2019

Marcin Pilis "Zemsta kobiet"

Marcina Pilisa poznałam kilka lat temu, kiedy promowałam jedną z moich pierwszych książek (był to pierwszy tom „Zakrętów losu”), a Marcin wydał wówczas fantastyczną książkę „Łąka umarłych” (którą wszystkim Państwu serdecznie polecam!).

Przez długi czas było o autorze cicho, co przyjęłam z niejakim ubolewaniem, bo jego „Łąka umarłych” zrobiła na mnie kolosalne wrażenie i pamiętam, że przeczytałam tę powieść w ekspresowym tempie!
Kiedy dowiedziałam się, że zbliża się premiera nowej książki Marcina Pilisa, zatytułowana „Zemsta kobiet”, moja radość była ogromna. Ale także oczekiwania. Czy zostały spełnione? Oto co sądzę…

„Zemsta kobiet” to powieść z pogranicza thrillera, sensacji i książki psychologicznej. Autor bezpardonowo zabiera nas w świat, w którym rządzi pieniądz i nie liczą się żadne zasady. Nie ma sentymentów, jest tylko żywa gotówka za handel… żywym towarem. Poznajemy losy Pauli, która jako nastolatka zostaje sprzedana przez zastępczych rodziców szajce zajmującej się prostytucją i handlem młodziutkimi dziewczynami, najchętniej dziewicami. Poznajemy też Klaudynę, która po latach trafia na trop swojej córki, oddanej do adopcji. Jest to historia nie tylko tych dwóch kobiet, ale wielu osób, uwikłanych w dramatyczną opowieść o ludzkich najniższych instynktach, o molestowaniu, pedofilii, pieniądzach i ciemnej stronie życia.
Marcin Pilis nie boi się nazywać rzeczy po imieniu, przedstawia brutalny świat opisując go bardzo realistycznie, czujemy ból, strach, upokorzenie ofiar. To książka, która sprawia, że chce się krzyczeć i chce się nią rzucić, ale nie można, gdyż opisywana historia wciąga niczym bagno, a i tym bagnem czasami jest świat, w którym poruszają się bohaterowie.

Mogę nazwać „Zemstę kobiet” wielkim powrotem Marcina Pilisa, który wie jak omamić czytelnika słowem i napisać książkę, która na długo zapada w pamięci. Jak najbardziej spełniła moje czytelnicze oczekiwania. Polecam wszystkim, to powieść, którą warto przeczytać i mieć w swojej biblioteczce!



środa, 4 lipca 2018

Susan Lewis "Nie ukryjesz się"

O czego by tu zacząć? Niezwykle rzadko z trudem zbieram myśli i układam je w słowa. Ale po przeczytaniu książki „Nie ukryjesz się” autorstwa Susan Lewis jakoś mam problem z przekazaniem wam wszystkich emocji, wzruszeń i szoku, które inwazyjnie dopadły mnie podczas lektury. Może zacznę od tego, że przeczytałam książkę praktycznie w jeden dzień i kawałek nocy, prawie 500 stron przemknęło sama nie wiem kiedy. To też o czymś świadczy, bo gdy książka mnie wciągnie, czytam do bólu.

O czym jest ta powieść?
O ogromnej ludzkiej tragedii. O bólu. O szoku. O miłości. O tym, że czasami ludzie rodzą się po prostu źli. Albo czasami zmieniają w tych złych i to w taki sposób, że nie jesteśmy w stanie nic z tym zrobić.

Justine i Matt mieli wszystko, co tylko młodzi ludzie mogą mieć. Piękny dom, inspirujące zawody, pieniądze, sławę, zagraniczne wyjazdy. Śliczną córeczkę Abby i synka Bena. Kiedy dzieci zbliżały się do dorosłości, urodziła się jeszcze jedna córeczka. Ale już wtedy nie działo się dobrze w ich rodzinie. Pojawiło się zło. Zło, które sączyło się niczym jad w ich rodzinę i doprowadziło do zmiecenia z powierzchni wszystkiego, co było dla nich sensem życia. Ale nie tylko dla nich. Dla ich rodziny, przyjaciół, otoczenia także.

„Nie ukryjesz się” to rasowy thriller i dramat psychologiczny, ze wstrząsającą i tajemniczą fabułą, tak umiejętnie poprowadzoną, że każda kartka nie tylko przybliża czytelnika do poznania tajemnicy, ale także zmusza do coraz szybszego pochłaniania kolejnych stron. A to, czego się dowiemy, całkowicie nas rozbroi i porządnie wstrząśnie.
W fabule jedna z bohaterek wspomina pewną książkę, która została także zekranizowana. „Musimy porozmawiać o Kevinie”. Jeśli ktoś oglądał lub czytał tę powieść, tutaj może spodziewać się czegoś jeszcze… gorszego.


Polecam tę książkę wszystkim pasjonatom thrillerów psychologicznych, ceniących złożoną konstrukcję bohaterów, powolne odkrywanie tajemnic i zaskakujące zwroty akcji. Zapewniam też, że i wzruszeń nie zabraknie, niezwykle rzadko płaczę podczas lektury książek, a tutaj poleciała łza i to niejedna. Naprawdę warto przeczytać!

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kobiecego.

wtorek, 17 października 2017

Alice Feeney "Czasami kłamię"

Wszystko słyszysz. Wszystko czujesz. Rozpoznajesz głosy, zapachy. Wiesz co się z tobą dzieje. Ale nie możesz się ruszyć, nie możesz wydobyć z siebie najmniejszego dźwięku. Nie możesz dać znać, że wciąż tu jesteś. Żywa. Wewnątrz. I nagle… pojawia się… ON. Twój oprawca, prześladowca, twój największy koszmar. Dlaczego nic nie możesz zrobić? Może dlatego, że jesteś… w śpiączce?

Amber pracuje przy produkcji popularnego programu telewizji śniadaniowej. Nienawidzi swojej szefowej, Madeline, a ta nienawidzi jej. Amber ma kochającego męża, Paula, który jest pisarzem. Lecz czy naprawdę on ją kocha? Czy można mu ufać? Amber ma siostrę, Claire. Claire jest szczęśliwą żoną i matką bliźniąt. Ale czy pod przykrywką szczęśliwej rodziny nie kryje się coś więcej? 
Gdy Amber ulega wypadkowi i trafia do szpitala, wpada w śpiączkę i wszystko dzieje się jakby poza nią. Jednak kobieta doskonale zdaje sobie sprawę z tego co się dzieje dookoła, a pamięć przywołuje kolejne obrazy z przeszłości, które pozwalają rozwikłać zagadkę i jej wypadku i jej przeszłości.

„Czasami kłamię” autorstwa Alice Feeney to doskonały thriller psychologiczny, fundujący wycieczkę do umysłu zwichrowanego, spaczonego przez przeżyte traumy, do umysłu zmagającego się z nerwicą natręctw, a to wszystko ma swój początek w dzieciństwie. Autorka umiejętnie wodzi czytelnika za nos, a ten, niczym podczas zabawy w podchody, idzie tropem, który zostawiła autorka. A to wszystko prowadzi do kolejnych odkryć i wkrótce czytający uświadamia sobie, że nic nie jest takim, jakim wydawało się na początku. Każdy rozdział przynosi nowe odkrycia, niespodzianki, sprawiając, że tak naprawdę do końca nic nie jest jasne.


Ta książka to swoista zabawa z czytelnikiem, a wszystko prowadzi do zaskakującego finału. Polecam wszystkim wielbicielom psychologicznych rozgrywek zarówno fabularnych, jak i tych z czytelnikiem. Świetna lektura!


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa WAB.


sobota, 1 listopada 2014

Anna Fryczkowska "Kurort amnezja"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.
Premiera: 13 listopada 2014r.

Czasami boję się czytać książki, które mną poruszą, wstrząsną, nie dadzą się od siebie oderwać. Niedawno przeczytałam kryminał, będący trzecią częścią trylogii o popularnym i kontrowersyjnym prokuratorze. Powieść porwała mnie bez reszty i bałam się sięgać po kolejną książkę, aby nie odczuć gorzkiego smaku rozczarowania i pustki. Jakby mi czegoś brakowało. Jednak, gdy zaczęłam czytać najnowszą pozycję z dorobku Anny Fryczkowskiej, wiedziałam że żadne rozczarowanie nie będzie mieć miejsca. "Kurort amnezja" to książka, która od pierwszych stron wciąga czytelnika w swoje ponure i pełne bólu odmęty, urzeka fabułą, konstrukcją bohaterów i zaskakuje intrygą kryminalną.

Tytułowy kurort, wcale tak nim do końca nie jest, to miejsce w opuszczonej zimą nadmorskiej miejscowości, gdzie chroni się dziewczyna, która nic nie pamięta. Na tym polega gra słów oddająca to, czym staje się nadmorska mieścinka dla bohaterki. Marianna dowiaduje się o tym, że jest Marianną od swojego narzeczonego, Marka, którego też nie pamięta. Nie pamięta nawet tego, że można chodzić, myć się, patrzeć w lustro. Elementarnych zachowań uczy się od podstaw. Wszystko to nastąpiło po tragicznym w skutkach wypadku samochodowym, w którym jedna osoba zginęła, ale oczywiście dziewczyna nie ma pojęcia kto to był. Do tej samej miejscowości przybywa kobieta, która dla odmiany wie wszystko (przynajmniej tak jej się wydaje) i pragnęłaby o wszystkim zapomnieć. Ból fizyczny zdaje się być dla niej jedynym ukojeniem tego psychicznego, chociaż jest to złudne i działa tylko przez chwilę. Wanda zamęcza się wspomnieniami nieżyjącego męża, rozpamiętuje wszystko to co przeżyła z Pawłem, a zwłaszcza to, czego dowiedziała się po jego śmierci. Jak mogła być tak ślepa i głucha?! 

Dwie kobiety, dwie przeszłości, zupełnie inne, a jednak w jakiś sposób wspólne, obce, zimne, ponure nadmorskie miasteczko i ludzie. Cała plejada osobistości, których spotkać można chyba w każdym małym i eklektycznym nieco miasteczku w Polsce. Nieprzyjaźnie nastawieni do tego co inne, obce, odstające od normy. Marianna nie jest modelową dziewczyną, Wandzie też daleko od takiego wzorca. Wydawać by się mogło, że to powieść z dużą dozą psychologii, socjologiczna nawet, oczywiście taka jest, ale nagle pojawia się... trup. I tu rozpoczyna się wątek kryminalny, bardzo ciekawie poprowadzony i zaskakujący. 

"Kurort amnezja" to książka wciągająca, jest jak drzazga, która boli i denerwuje, ale ciągle i ciągle dotykamy zranionego miejsca. Z tą powieścią też tak jest, czasami irytuje, boli, przenika człowieka na wskroś, ale jednak nie można jej odłożyć, trzeba iść dalej, aż do końca. Na uwagę zasługują także wątki feministyczne, mówiące o tym jakie NIE powinny być kobiety.
Anna Fryczkowska w świetnej formie, zadziorna, gorzko refleksyjna, krytyczna i zaskakująca. Gorąco polecam, warto przeczytać!
A! I dziękuję za Psa :)


wtorek, 9 września 2014

Małgorzata Warda "Miasto z lodu"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Gdy najnowsza powieść Małgorzaty Wardy trafiła pod mą strzechę, czułam, że muszę zostawić inną książkę, którą akurat czytałam i zabrać się za "Miasto z lodu". Ale jednocześnie obawiałam się tej lektury, bo poprzednia powieść "Jak oddech" nieco mnie sponiewierała i zostawiła z szeregiem pytań cisnących się na usta. No, ale wiadomo, że głoszę zasadę, iż "książka musi wywoływać obrażenia", nie lubię smętów i przegadania, dlatego wzięłam Wardę na tapetę. No i co? Wystarczył jeden wieczór, a zostałam pochłonięta przez mroczno-lodowy klimat, który zafundowała nam autorka w swojej najnowszej powieści.

Nie lubię za bardzo opisywać fabuły, powiem tylko, że mamy tutaj do czynienia z trzynastoletnią Agatą, którą od czasu do czasu zajmuje się jej chora na afektywną chorobę dwubiegunową matka. Teresa, bo tak ma na imię, jest piękną kobietą, w przeszłości pracowała jako fotomodelka i miała wiele sesji dla grzecznych i grzesznych magazynów. Od siedemnastego roku życia walczy z chorobą, w wieku lat osiemnastu urodziła Agatę i od tamtej pory w wychowaniu córki pomaga jej matka. Jednak teraz Teresa czuje się nieźle i dlatego zabiera Agatę z rodzinnej Gdyni i rusza na południe. Matka i córka trafiają do małego miasteczka tuż u podnóży Tatr i wynajmują (nie bez problemów) stary dom pod lasem. Agata zaczyna chodzić do miejscowego gimnazjum, a Teresa znajduje pracę w restauracji Dawida Marciniaka, miejscowego bogacza, z którym zaczyna wkrótce łączyć ją coś więcej. Jednocześnie śledzimy walkę kobiet o każdy nadchodzący dzień i mamy wiele retrospekcji ukazujących dzieciństwo i młodość Teresy.

Książka zaczyna się od wielkiego BUM, a potem jest już tylko lepiej. Można by się obawiać, że takie postawienie sprawy i odwrócenie akcji o sto osiemdziesiąt stopni w jakiś sposób zaburzy napięcie, na którym niewątpliwie autorce zależało, ale tak nie jest. Tajemnica od pierwszych stron wylewa się z fabuły i sprawia, że gnamy przez lekturę jak odurzeni, aby jak najszybciej dowiedzieć się, co będzie dalej. Podczas czytania targało mną wiele emocji, wkurzała mnie ludzka niesprawiedliwość, egoizm, głupie stereotypy, małomiasteczkowość. Na uwagę także zasługuje sposób prowadzenia narracji, ponieważ większość teraźniejszych wydarzeń opisuje Agata, leżąca w śpiączce. 

"Miasto z lodu" ma też niezwykle trafny tytuł. Można go oczywiście odebrać w sposób dosłowny, bo akcja toczy się na południu Polski, w górach. Ale dla mnie jest to miasto, w którym żyją ludzie, mający właśnie lód zamiast serca. Zapatrzeni w siebie, zaściankowi, zamknięci na wszystko to co inne, nowe, nieznajome, typowy obraz społeczeństwa, nie tylko z małych miejscowości. To nie miejsce dla kolorowego, skrzywdzonego i chorego ptaka, jakim jest Teresa Tomaszewska.
Finał wzbudził we mnie wiele sprzecznych uczuć, pewna krwiożerczość się we mnie obudziła, ale chyba taki musiał być, aby stał się zamknięciem całej historii.

Gorąco polecam, to świetnie skonstruowana i napisana powieść łącząca w sobie wiele elementów, gdzie każdy klocek fabuły znajduje się w odpowiednim czasie i miejscu. Polecam!

środa, 30 kwietnia 2014

Anna Fryczkowska "Z grubsza Wenus"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.


Anna Fryczkowska to autorka, która do tej pory dała się poznać raczej od nieco kryminalnej strony. Tymczasem na półki księgarskie trafiła jej najnowsza powieść, pod przewrotnym tytułem „Z grubsza Wenus”, która to jest poszerzonym i wzbogaconym wydaniem wcześniejszej publikacji. Książka nieco przewrotna w swej wymowie i sprawiająca często problem z odbiorem przekazanych w niej treści. Tylko uważny czytelnik może uchwycić delikatny niuans, że to nie tylko opowieść o grubaskach pragnących szczęścia, ale to coś o wiele więcej, a i problem nie dotyczy jedynie nadwagi i w ogóle to nie o tym jest ta powieść.

„Z grubsza Wenus” opowiada o dwóch kobietach: Janinie i Baśce, które spotykają się w jednym pokoju hotelowym, podczas turnusu na wczasach odchudzających. Jasia jest całkiem sympatyczną kobietą, znaną z prowadzenia w telewizji programu kulinarnego, mimo monstrualnych rozmiarów potrafi nawiązać kontakt z innymi uczestnikami wczasów. Baśka to dziewczyna zamknięta w sobie, niesympatyczna, gnębiona sennymi koszmarami, krytyczna wobec wszystkich, nie zapominając oczywiście przy tym o sobie. Obie panie nie pałają do siebie wielką sympatią, chociaż to Janina stara się wciąż i wciąż nawiązać jakiś kontakt z nieprzystępną towarzyszką. A przecież Jasia też ma swoje własne zmartwienia, sekrety i skomplikowaną sytuację uczuciową. Tak samo Baśka, która przez lata utrzymywała idealną figurę dla swojego małżonka, sama już nie wie czego właściwie oczekiwał i potrzebował mąż. Kobiety walczą nie tylko z nadprogramowymi kilogramami, starają się uporać jednocześnie z własną przeszłością, sięgając do najdalszych zakamarków umysłu, uwalniają wszystkie demony z dawnych lat, które doprowadziły je do tego pokoju hotelowego. Co tak naprawdę łączy Janinę i Baśkę? Czym dla Jasi jest ukochana wytarta koszula nocna? Kto nawiedza Baśkę w snach? Podczas lektury czytelnik może zamęczyć się pytaniami, a szukając odpowiedzi, będzie starał się zrozumieć przedstawioną w powieści symbolikę.

Jeśli ktoś spodziewa się żartobliwej powieści o grubasach, to w sumie się nie zawiedzie, bo olbrzymią zaletą tej książki jest ironiczny, złośliwy i inteligentny humor, który uwielbiam. Ale to jedynie cząstka prezentowanej fabuły, która, jak na początku wspomniałam, ma na celu ukazać nam coś więcej, niż tylko historię zmagania się z własnymi cielesnymi słabościami. Bo tu o słabości chodzi, rzec jasna, ale raczej te duchowe. Zastałe w człowieku od lat, definiujące to, czym się staje, wskutek działań innych ludzi i niemożności odparcia tego wewnętrznego ataku i postępowania wedle własnych reguł, które mogą się stać gwarancją normalnego życia. Bo jeśli żyjemy wedle planów i wytycznych kogoś drugiego, to marne szanse na to, aby w spokoju spoglądać na własną twarz w lustrze i ze swobodą witać każdy nowy dzień.

„Z grubsza Wenus” to dla mnie psychologiczne studium człowieka zagubionego i to nie tylko w świecie, ale we własnym umyśle, nastawionego na zaspokajanie potrzeb i oczekiwań innych ludzi. Doskonale napisana książka, z pazurem, z humorem i przesłaniem. Polecam uważnym i oczekującym czegoś więcej czytelnikom. Warto!

„- Wykonałaś dwanaście niepotrzebnych ruchów - dodał jeszcze, obserwując ją ze swojego fotela i siorbiąc kawę.
- A ty dwanaście niepotrzebnych dźwięków - wymamrotała pod nosem.
 - Słucham? - spytał zaskoczony, ale nie powtórzyła. Na twarzy miała wymalowany bunt. Zauważył i zmilczał”. 1

1. str. 97, Z grubsza Wenus, Anna Fryczkowska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

wtorek, 22 kwietnia 2014

John Boyne "Spóźnione wyznania"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak.


Najgorszą rzeczą jaką człowiek może sobie sam zgotować w życiu, to chyba istnienie w zakłamaniu, wyczekiwanie na śmierć, gnębienie się wspomnieniami i zamienienie w jeden chodzący wyrzut sumienia. Rozpamiętywanie przeszłości i strach przed realizacją własnych pragnień. Czasami wynika to z wielkiego tchórzostwa, innym razem podyktowane jest przez zasady respektowane przez środowisko i obawę przed wykluczeniem.
Bohater książki Johna Boyne’a, zatytułowanej „Spóźnione wyznania” od lat tkwi w takim właśnie martwym można by rzec punkcie i mimo, że odniósł sukces, to wciąż czuje się nie na miejscu, bo przecież to on powinien zginąć przed laty na wojnie, czego zresztą szczerze życzył mu jego własny ojciec.

Tristan Sadler ma niecałe osiemnaście lat, ale okłamał komisję naborową i oto jedzie wraz z innymi młodymi żołnierzami do koszar w Aldershot, gdzie będzie przygotowywany do walki z wrogiem. Trwa I wojna światowa, Tristan jest młodziutki, ale jego dusza zdaje się mieć dużo więcej lat niż ciało. Już przeżył gorycz porażki, wstydu i rozczarowania i już został usunięty z rodziny, jako ten, który skalał nazwisko rodu. Chłopak zaciąga się do wojska i poznaje tam Willa Bancrofta, chłopaka, który stanie się jego przekleństwem do końca życia.

Tristan Sadler ma dwadzieścia jeden lat, wrócił z wojny, ma pokiereszowane ciało, zranioną duszę i zieje nienawiścią do samego siebie. Jedzie do Norwich, aby spotkać się z Marian Bancroft, siostrą Willa i oddać jej listy, które kiedyś wysyłała do brata. Tristan ma także jeszcze jeden cel. Chce wyznać Marian prawdę o tym, co wydarzyło się w czasie wojny i ma nadzieję, że być może to szczere wyznanie pozwoli chociaż na chwilę wyzbyć się gnębiących go wyrzutów.

Tristan Sadler ma osiemdziesiąt jeden lat, jest uznanym angielskim pisarzem i właśnie odebrał znamienitą nagrodę literacką. Ponownie spotyka się z dawną znajomą z Norwich i uświadamia sobie, że jedyne co mu towarzyszyło w życiu to olbrzymia, niedająca się zrozumieć samotność. I gnębiące go wciąż wyrzuty sumienia. I tęsknota. Tak wielka, że aż bolesna. Czy jest zatem sens tkwić w tym nadal?

Autor „Chłopca w pasiastej piżamie” tym razem przenosi nas do okopów w czasie I wojny światowej i pokazuje okrucieństwo zawieruchy wojennej, a także świat pełen uprzedzeń i opacznie pojmowanej moralności. Należy postępować wedle ustalonych norm i zasad, nie odbiegać od ustalonych wzorców, a własne pragnienia chować głęboko i walczyć z nimi nieustannie. „Spóźnione wyznania” pokazują zagubienie młodego człowieka i to nie tylko spowodowane nieludzkimi warunkami, w jakich znalazł się wskutek działań wojennych, ale także niezrozumieniem, potępieniem i nieumiejętnością zdefiniowania i nazwania własnych potrzeb. A także niemożnością uczynienia tego, bo przecież ostracyzm do najgorsze, co może spotkać człowieka. Czy na pewno?

Polecam, doskonała lektura, wciągająca, poruszająca i wzruszająca. Napisana prostym swobodnym językiem, a jednocześnie emocjonalnym, gdzie czasami za pomocą jednego zdania czujemy ból, który rozrywa duszę bohatera. Warto przeczytać!

czwartek, 3 kwietnia 2014

Arkadiusz Siedlecki "Kokaina"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa 2 piętro.

Kokaina” to debiutancka powieść Arkadiusza Siedleckiego, który sam siebie nazywa „marzycielem i oderwanym od rzeczywistości nihilistą”. Jednakże jego powieść jest do cna prawdziwa, realna i ukazująca człowieka stojącego na skraju przepaści. 

Głównym bohaterem „Kokainy” jest trzydziestoletni Krzysiek, który tak jak duża grupa młodych Polaków postanowił poszukać szczęścia, a właściwie finansowej stabilizacji na wyspach brytyjskich. Obserwujemy jego życie, poznajemy jego żonę Jagodę, z którą ma syna, Mikołaja. Jednocześnie, dzięki licznym retrospekcjom, możemy uzyskać pełen obraz jego dzieciństwa i po części zrozumieć powody, które doprowadzają go do momentu, z którego nie ma odwrotu. Autor z realistyczną dokładnością ukazał sytuację przełomu lat osiemdziesiątych i walkę rodziców Krzysztofa o lepsze jutro dla syna. Wówczas rodziły się pierwsze biznesy, za które przyszło niektórym płacić olbrzymią cenę. Taką też cenę zapłacili rodzice bohatera, a także on sam. W czasach, kiedy większość nie miała nic, on miał zbyt dużo, aby sobie z tym poradzić. Pojawiają się pierwsze eksperymenty z narkotykami i to wszystko sprawia, że Krzysiek zostaje naznaczony na całe życie. Z pomocą rodziców wychodzi z nałogu, ale cholerny ćpun zamieszkuje w nim na zawsze, sprawiając, że życie staje się ulotne i niepewne, bo wprawdzie z nałogu można wyjść, ale narkomanem zostaje się już na wieczność.

Oprócz historii człowieka pozostającego w mackach nałogu, autor ukazuje także trudną sytuację Polaków na emigracji, ich okrutne i i czasami niesprawiedliwe postrzeganie przez Anglików, rasizm, represje, nietolerancję. To wszystko stanowi idealne tło prezentowanych wydarzeń. Bo bohater musi nie tylko uporać się z własnymi demonami przeszłości, ale także odnaleźć w nowym i z reguły wrogo, a co najmniej niechętnie, nastawionym środowisku w obcym kraju. To wszystko sprawia, że Krzysiek zaczyna szukać drogi ucieczki i ta ścieżka prowadzi właśnie do, nomen omen, ścieżki białego proszku, dającego złudne uczucie wolności, swobody i niezależności.

Debiut Arkadiusza Siedleckiego to bardzo udana pozycja we współczesnej literaturze, opisująca studium człowieka  uzależnionego, wraz z jego szukaniem własnej drogi w życiu i z ukazaniem, jak łatwo z tej trasy zejść i po prostu, najzwyczajniej w świecie zabłądzić. To nie jest lektura lekka, łatwa i przyjemna, bohater raczy nas swoimi licznymi przemyśleniami, w książce jest mnóstwo powrotów do przeszłości, dlatego należy czytać ją uważnie i zwracać uwagę na każdy szczegół. Zdecydowanie lektura godna polecenia, jednak z góry należy nastawić się na trudny odbiór i nieco nawet destrukcyjny w swym końcowym ujęciu. 

„A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy,
By mi zabełtać błękit w głowie,
To będę jasny i gotowy.

Spłyną przeze mnie dni na przestrzał,
Zgasną podłogi i powietrza,
Na wszystko jeszcze raz popatrzę,
I pójdę nie wiem gdzie-…”

wtorek, 4 lutego 2014

Agnieszka Gil "Układ nerwowy"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Nasza Księgarnia.


Agnieszka Gil to wrocławska autorka książek dla młodzieży, a także organizatorka literackich spotkań z dziećmi, obejmujących różne grupy wiekowe i różny zakres tematyczny. Spotkania te noszą nazwę GILgotek i są jedną z pasji pisarki. Myślałam, że Agnieszka Gil będzie się trzymała tej drogi, czyli będzie tworzyła dla dzieci i młodzieży, tymczasem właśnie nakładem wydawnictwa Nasza Księgarnia ukazała się jej najnowsza powieść, „Układ nerwowy”, która na pewno do tego nurtu się zaliczyć nie może, a w dodatku porusza problem trudny, bolesny i powszechny.

Główną bohaterką jest Magdalena, mama małej Gabrysi, żona Szymona. Rodzina mieszka w Śródmieściu, dzielnicy Wrocławia, nie ma kłopotów finansowych, mąż Magdaleny doskonale zarabia, zapewniając dostatek i brak problemów. Bohaterka zajmuje się córką, domem, nie pracuje, spełniając się jako żona i matka. Wydawać by się mogło, że rodzina nic nie może sobie zarzucić, że właściwie stanowią przykład dla wielu nieudanych małżeństw, że ich ognisko domowe jest pieczołowicie strzeżone i zadbane, zarówno przez męża, który zapewnia dostatnie życie, jak i przez żonę, która dba o wszystko i o wszystkich. Jednak czasami pojawia się coś, co w sposób zupełnie niekontrolowany, a co najważniejsze, na początku nie zauważony, pomijany milczeniem, odsuwany w najdalsze zakątki umysłu sprawia, że życie ulega zmianie o sto osiemdziesiąt stopni i właściwie wszystko to, co zostało zbudowane, może ulec destrukcji.

Na początku to są nic nie znaczące symptomy, które nabierają siły i rozpędu kuli śniegowej lecącej z dużą prędkością z wysokiej góry. Jeden drink, jedno piwo, dla relaksu, dla odpoczynku, spotkanie służbowe, kolacja z kontrahentem, o co ci chodzi, przecież robię wszystko, abyście były szczęśliwe, to nie ja mam problem, to nie tak jak myślisz, o co ci chodzi, to tylko piwo, przecież wszyscy tak robią, jeden drink, kolacja… o co ci… jedno piwo… jeden kieliszek…

Magdalena zaczyna z przerażeniem dostrzegać to, co widziała już dawno, ale udawała, że to nie może dotknąć jej rodziny, że to nie jej mąż, jej ukochany, chłopak, w którym kiedyś zakochała się jak wariatka, który specjalnie jeździł jej autobusem, a przecież mieszkał gdzie indziej. To nie mogło spotkać ją! Jego! Ich!

A jednak. W rodzinie Magdy pojawia się ta trzecia. Butelka wódki, puszka piwa, pojawia się wróg. Alkohol. I to nie tylko problem uzależnionego mężczyzny. To problem ich całej trójki, a także ludzi ich otaczających. To problem powszechny. Bo przecież wszyscy tak robią.

Agnieszka Gil jest uważną obserwatorką ludzkich słabości, odziera swoich bohaterów z warstwy ochronnej i pozwala zobaczyć ich z wszystkimi brakami, bolączkami i niedoskonałościami. Ukazuje nałóg w normalnej rodzinie, przedstawia problem współuzależnienia, walkę o odzyskanie równowagi, determinację, strach, zwątpienie, złość, nienawiść. Ta książka niejednokrotnie boli, irytuje, wzbudza szereg emocji. Na uwagę także zasługuje przedstawienie Wrocławia, widać, że autorka tam mieszka i kocha to miasto. A także cała plejada postaci pobocznych, ukazywanych niejednokrotnie z pewną domieszką humoru, złośliwości i także sympatii. Powieść napisana spokojnym wyważonym językiem, akcja toczy się bez szaleństwa, a jednak porusza, wzrusza i daje wiele powodów do rozmyślań.

„Układ nerwowy” to nowa odsłona wrocławskiej autorki, bardzo zaskakująca, poruszająca i na pewno udana. Miejmy nadzieję, że to dopiero początek, jeśli chodzi o powieści dla dorosłych, bo wygląda na to, że jest to doskonały kierunek. Polecam.