Tomasz Białkowski "Teoria ruchów Vorbla"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Janka.

Ruchy Browna to chaotyczne ruchy cząstek w płynie (cieczy lub gazie), wywołane zderzeniami zawiesiny z cząsteczkami płynu. Tak tłumaczy to zjawisko Wikipedia. Czy jesteśmy właśnie takimi cząstkami, poruszającymi się chaotycznie, rachitycznie wykonującymi niemrawe ruchy na paśmie zwanym życiem? Czasami się zderzamy, ale nie jest to przez nas zamierzone, czy planowane, nie mamy na to wpływu. Możemy tylko bezradnie obserwować trajektorię swego lotu od poczęcia aż do śmierci. A co, jeśliby okazało się, że jakaś nieznana siła spowoduje, iż naszym ruchem przestanie rządzić chaos i wszystko stanie się uporządkowane i zmierzające w jednym kierunku? Wspólnym kierunku dla nas wszystkich?

Książka Tomasza Białkowskiego "Teoria ruchów Vorbla" jest opowieścią o zagmatwanych ludzkich losach, nieprzewidywalnych ruchach, wyborach, decyzjach. Mogę z pewnym wahaniem powiedzieć, że głównym bohaterem jest Seweryn Vorbl, blisko pięćdziesięcioletni profesor fizyki, który znajduje się w symbolicznym momencie swojego życia. Ma żonę, syna, którego od lat nie widział, matkę, której nie widział jeszcze dłużej. Ukochany pies Kuba jest jego najlepszym przyjacielem, kochanka Dorota traktuje go jak narzędzie. W Sewerynie siedzi jego tragiczna przeszłość, a przeznaczenie jest determinowane przez imię noszone przez człowieka, co stanowi przedmiot zainteresowania bohatera. Poznajemy historię jego rodziny, jego rodziców, a także jego własną. Z szerokimi retrospekcjami i dygresjami, opowieść staje się rysem wielu postaci, ich charakterologiczną wiwisekcją, która czasami wzrusza, czasami bawi, czasami przeraża. I na uwagę zasługuje niesamowita symbolika, której główną osią jest... stół w rodzinnym domu bohatera.

Białkowski bawi się słowem, niekiedy jego opowieść zmierza wolnym krokiem w kierunku groteski, czasami bliżej jej jest do dramatu, innym razem psychologia i analiza ludzkich charakterów zdają się brać narrację w posiadanie. A czasami... czasami przeczytane wersy wywołują dreszcz przerażenia i zwykłego, prymitywnego strachu.

Niesamowita lektura, wciągająca, porywająca, nie dająca odłożyć się na później. Budzi refleksje, prowokuje pytania, obnaża bezlitosną prawdę o człowieku. Jesteśmy zwierzętami, rządzą nami instynkty, popędy, a tak naprawdę jesteśmy słabi i wszyscy zmierzamy w jednym kierunku. Śmierć będzie naszym wspólnym finiszem, choćbyśmy startowali z wielu różnych miejsc, osiągali różne statusy i pozycje, to i tak nasza cząsteczka trafi tam gdzie i pozostałe. Nasze ciała zacznąć stygnąć, będziemy mieć plamy opadowe i gdyby nie lodówki, zaczęlibyśmy śmierdzieć. Więc... chyba warto żyć i to nie tak, jak bohaterowie książki Białkowskiego.

Polecam tę lekturę, przede wszystkim dojrzałemu i wymagającemu czytelnikowi, gdyż nie jest to lekka opowiastka, po przeczytaniu której szybko się o niej zapomni. Niewątpliwym plusem jest to, że umiejętna narracja i nakładające się jak w kalejdoskopie obrazy, sprawiają że książkę czyta się błyskawicznie. Moim ulubionym bohaterem jest sam Vorbl, a także jego kochanka Dorota. No i wspaniały Andrzej Vorbl, ojciec Seweryna.

Niesamowita opowieść, świetny język, wspaniała narracja i uszczypliwe, niekiedy złośliwe, bezlitosne poczucie humoru. Czyli to, co bardzo lubię. Żeby dać wam namiastkę tego, o czym mówię, wrzucam fragment, który jest myślami Seweryna Vorbla. Jeden z moich faworyzowanych.

"(...) Jak on się nazywał? Świerzb? Nie, jaki świerzb? Kto by się tak nazywał? Chrzęst? Jakoś inaczej. Śmierć. He, he, to by było dobre. Doktor Śmierć. Wzbudza respekt, nie ma co. Tu Vorbl pomyślał o swoim marnym zdrowiu, zakasłał. Zakręciło mu się w głowie. Znowu był spocony. Nikt nie może się tak nazywać! Śmierć. I nagle sobie przypomniał: Świerszcz! Tak, ten facet nazywał się Świerszcz. Co za głupie nazwisko! Jak do takiego głupiego nazwiska znaleźć imię, które je zrównoważy? Nada nieco powagi? Ja bym mu dał na imię Ernest. To przecież z germańskiego "poważny". Tak, bez wątpienia facet jest śmiertelnie poważny."

A i jeszcze jedno. Gdy przestanę śnić... zacznę się poważnie martwić.

Komentarze

  1. nie wiem czy książka jest lekturą dla mnie, ale jak zawsze mnie zaciekawiłaś kochana :) super recenzja :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Po takiej recenzji trzeba będzie przyśpieszyć przeczytanie tej książki :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Myślę że książka przypadnie i mnie do gustu :-)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Sandra Brown "Następny świt"

Nora Roberts "Słodka zemsta"