"Sosnowe dziedzictwo" Maria Ulatowska

Książka Marii Ulatowskiej „Sosnowe dziedzictwo” śmiało może być nazwana lekiem na całe zło, oczyszczeniem, powiewem optymizmu i ogromnym zastrzykiem pozytywnego nastawienia. Do wszystkiego. Do świata, do ludzi, zwierząt, otaczających nas obrazów. Poznajemy losy młodej i pięknej Anny Towiańskiej, która odziedzicza podupadły dworek na Kujawach. Trafia do małego miasteczka, gdzie wszyscy znają wszystkich. Cały wszechświat zdaje się skłaniać ku temu, by pomagać nowej mieszkance dworku. Od razu zostaje zaakceptowana przez tubylców, znajduje chętnych ludzi do pomocy, przygarnia ranną suczkę, dzięki której poznaje przystojnego weterynarza Grześka. Anna nie napotyka na swojej drodze najmniejszych trudności, wszystko jej sprzyja i toczy się wedle ustalonego przez opatrzność planu. Żeby młodej Towiańskiej się udało. Do tego dochodzą liczne reminiscencje do lat wojennych i do końcówki XX wieku, które naprawdę wzbogacają akcję i sprawiają, że od początku czytelnik chce poznać, co się za tym kryje.
Nie chcę tutaj streszczać całej powieści, bo nie o to chodzi. Książka jest napisana lekkim i przyjemnym stylem, przedstawione obrazy napawają optymizmem i wiarą w to, że gdzieś tam jest takie miejsce na ziemi, w którym życzliwość, zaufanie i dobroć są wartościami przestrzeganymi i pielęgnowanymi przez wszystkich ludzi. Jednakże jestem realistką i wiem, że to tylko ułuda, literacka fantazja autorki, która jak sama mówi, chciała stworzyć opowieść o dobrych ludziach i dobrym świecie, pozbawionym okrucieństwa i zła.
To prawda, że nie przepadam za takimi książkami, lubię akcję, sensację, krew, broń i czarne charaktery, mroczne dusze i mrożące krew w żyłach tajemnice. Tutaj oczywiście tego nie ma. Co nie zmienia faktu, że nawet najbardziej krwiożerczemu umysłowi należy się chwila wytchnienia. Chwila spokojnego oddechu. Odstresowania. Odbudowania w sobie wiary w ludzi i w świat. Wiary w to, że każdy z nas może odnaleźć swoje miejsce na ziemi i wcale nie musi nim być podupadły dworek, odziedziczony po przodkach. Może nim być pasja, hobby, jakieś nowe zainteresowanie, nowo napotkana osoba. Może tym być spełnienie skrywanych do tej pory marzeń, w które wierzyliśmy, ale nie mieliśmy odwagi, aby spróbować je realizować. Może być wszystko. Bo taka wiara w odnalezienie własnej drogi jest nam niezbędna, tak jak czyste powietrze i woda. I może warto przeczytać właśnie taką książkę, która napełni nas optymizmem i radością do świata i do ludzi. By po pewnym czasie wyczerpać się, wskutek prozy życia, okrucieństwa i zła. A wtedy… sięgniemy po kolejną opowieść o świecie bez wad, ludziach o szczerych sercach i realizacji własnych marzeń. Naładujemy baterię. I w drogę! Pomyślmy o historii Anny Towiańskiej i stwórzmy własną:)

Komentarze

  1. bardzo fajna recenzja. Książka stoi na mojej półce i na pewno w niedługim czasie będę się starała po nią sięgnąć

    OdpowiedzUsuń
  2. A u mnie na liście zakupowej :)

    OdpowiedzUsuń
  3. A u mnie na liście zakupowej :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Kobieta awaria :) Nowa książka pisze się :D

Czas na płodozmian, czyli komedia na czasie :)

Targi Książki w Krakowie 2017