Love actually



Pamiętacie ten film?
Czyż nie jest lepszy okres na oglądanie tego filmu, niż własnie teraz?
Choć jestem zwolenniczką sensacji, thrillerów i horrorów, to ten film kocham miłością wieczną. Miłością romantyczki ukrytej pod powłoką pragnienia krwi, przemocy, akcji i wydarzeń zmieniających się jak w kalejdoskopie.
Bo przecież każdy z nas potrzebuje odrobiny ciepła, garstkę uczucia, oddania, obecności drugiego człowieka.
I tu nie chodzi o to aby te święta były wesołe, radosne... One muszą być pełne miłości, nieważne jakiej, ale to dziwne uczucie, postrzegane przez niektórych tylko jako  reakcja chemiczna, musi w nas tkwić.
Musi.
Bo inaczej... po co to wszystko?
Przecież rodzimy się właśnie po to. Aby kochać. I być kochanym. Niech to będą różne rodzaje miłości, ale niech ona istnieje w nas, niech nadaje naszemu życiu cel, sens, niech pokazuje to co za horyzontem. Niech będzie zawsze obecna w naszym kolejnym, przeżywanym dniu.
I tego Wam życzę na te święta.
Ogromu miłości, uczuć i pasji.
Oddania.
Spełnienia.
I ciepła.
Drugiej osoby, ukochanego zwierzaka, książki czytanej przy kominku, oglądanego filmu, muzyki wwiercającej się w Wasze uszy...
Nigdy nie zapominajcie, że miłość to wszystko z czym przychodzimy i powinna być wszystkim co ze sobą zabierzemy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sandra Brown "Następny świt"

Nora Roberts "Słodka zemsta"

Joy Fielding "Zawsze ktoś patrzy"