Colleen Hoover "Hopeless"

No cóż, to pewnie nie będzie sztandarowa recenzja, ale z reguły piszę o swoich odczuciach, dlatego może aż tak bardzo nie będzie odbiegała od moich zwykłych opinii o książkach.

Dzisiaj nad ranem skończyłam "Hopeless" Colleen Hoover, powieść, o której myślałam, że to typowa "young adults". Zapewne wpisuje się w ten nurt, ale to jest coś o wiele więcej.
Poznajemy losy siedemnastoletniej Sky, która do tej pory wychowywana była w odosobnieniu od wszelkich zdobyczy techniki, a także w oddaleniu od rówieśników. W jej domu nie ma telewizora, internetu, ona i jej matka Karen nie posiadają komórek, a Sky uczy się sama. Jednak w ostatniej klasie liceum postanawia zacząć uczęszczać do normalnej szkoły. Karen, po oporach się zgadza.

Holder jest porywczym osiemnastolatkiem o zniewalającym wyglądzie, który przez swoją bezkompromisowość często pakuje się w kłopoty. Gdy chłopak spotyka Sky, ma wrażenie, że cofnął się czas. Dziewczyna nie rozumie nagłego zainteresowania ze strony Holdera, ale jeszcze bardziej obce jest jej niesamowite przyciąganie, jakie czuje do tego młodego mężczyzny. Zdarza się jej to po raz pierwszy, bo do tej pory nie umiała... czuć. To wyłączenie odczuwania wiąże się z jej przeszłością, a w odkrywaniu tego, co wydarzyło się przed trzynastu laty, najpierw zupełnie nieświadomie pomaga jej Holder. Oczywiście, oprócz koszmarów przeszłości tej dwójki, a właściwie także wielu innych osób, jesteśmy świadkami wielkiego uczucia, jakie wybucha pomiędzy dziewczyną a chłopakiem.

"Hopeless" to nie tylko tytuł powieści, to także gra słów i tatuaż, który Holder ma na przedramieniu, jak znak czegoś, co na zawsze go naznaczyło. Czy po zrozumieniu wszystkich znaków będzie mógł i potrafił dalej normalnie żyć? Ze Sky? I vice versa? 

Książka buzuje od uczuć, słów i gestów miłości, czynów okrutnych i niezrozumiałych. Czyta się ją błyskawicznie, fabuła fascynuje od pierwszych stron i wciąga w swoją zawiłą od intryg nić, nie pozwalając oderwać się chociaż na moment. Zrozumienie przychodzi stopniowo, ale jest tak okrutne i druzgocące, że nie jest się w stanie myśleć o niczym innym. Gorąco polecam, wspaniała powieść!

Komentarze

  1. To jedna z najpiękniejszych książek w tym nurcie, zgadzam się zupełnie z Pani opinią. W zalewie podobnych książek, traktujących głównie o miłosnych dylematach i utracie cnoty ;) to jest niemal perełka.
    Tak jak pisałam już na fb, polecam też "Dziesięć płytkich oddechów" Tucker (wyd. Filia). Książka porusza problem zespołu stresu pourazowego i nietypowej terapii ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oddechy zamówione, mam nadzieję, że dotrą przed moim wyjazdem do Chorwacji :)

      Usuń
  2. Mam ją ze sobą na wakacjach i nie mogę się doczekać, aż zacznę ją czytać. Boję się tylko, że popłaczę się przy znajomych, chociaż pewnie się tym nie zdziwią, bo wiedzą, że uwielbiam książki :)

    Przy okazji zapraszam do mnie na książkowy konkurs: http://heaven-for-readers.blogspot.com/2014/07/richard-paul-evans-michael-vey-bunt_10.html - 5 książek do zgarnięcia dla jednej osoby (do wyboru z wielu!) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie nie płakałam na tej książce, byłam raczej... wstrząśnięta i niekiedy nawet zdruzgotana.

      Usuń
    2. Ja również nie płakałam, ale odczułam te same emocje... Ciężko było mi w to wszystko uwierzyć!

      Usuń
  3. Książka kusi mnie coraz bardziej:)

    OdpowiedzUsuń
  4. O tak, rewelacyjna powieść. Już dawno żadna powieść nie wywołała we mnie takiej burzy emocji. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudowna opinia. Tylko czytać...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Sandra Brown "Następny świt"

Nora Roberts "Słodka zemsta"

Joy Fielding "Zawsze ktoś patrzy"