czwartek, 7 listopada 2019

Jakub Żulczyk "Czarne słońce"

Kiedy sięgałam po „Czarne słońce” - najnowszą powieść Jakuba Żulczyka, po części byłam przygotowana na specyficzny język i formę, które poznałam już przy okazji lektury „Wzgórza psów” czy „Ślepnąc od świateł”. Jednakże to były tylko moje osobiste nadzieje, że wiem wszystko, że znam sposób tworzenia obrazów, a nade wszystko postaci przez tego pisarza. Rzeczywistość przeszła moje oczekiwania i nie mogę powiedzieć, że jestem z tego powodu rozczarowana czy niezadowolona. Raczej pogruchotana emocjonalnie, zachwycona, przerażona, a w głowie mam papkę zamiast mózgu, którą próbuję poskładać do kupy i wyartykułować parę składnych zdań na temat tej powieści.

Nie będę tutaj pisać żadnych streszczeń, bo tego nie da się opowiedzieć w kilku zdaniach krótkiej subiektywnej czytelniczej opinii. Akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, kiedy nie ma już Polski, jest za to Wielka Polska, rządząca przez Ojca Premiera. Ugrupowania katolickie w całości przejęły władzę nad krajem, Polska nie jest już członkiem Unii Europejskiej, a religia stała się główną tezą, myślą przewodnią i konstytucją państwa. Główną postacią, wokół której rozgrywają się wydarzenia, jest niejaki Gruz, neonazista, członek i założyciel ugrupowania Prawdziwy Faszyzm. Wraz z Suchym, Gwiazdą, Burzymem, Mengelem i resztą wykonują rozkazy swojego przywódcy, Damiana, który nakazuje im rozprawić się z zamkniętym obozem dla „ciapatych” czyli uchodźców. Wszystko idzie według planu, jednak krwawa, a właściwie ognista jatka, niesie za sobą poważne konsekwencje. Które będzie musiał ponieść Gruz. Zostaje dostarczycielem ważnej przesyłki, do rąk własnych Ojca Premiera, a przesyłką tą okazuje się być młoda Arabka i jej mały synek. Faszysta-Gruz musi zrobić wszystko, aby przewieźć ich przez pół kraju, gdzie każdy ma prawo strzelać do „ciapaka” i w imię Chrystusa Króla może zrobić z nimi co zechce. I to jest ta część książki, którą w sumie łatwo zreferować i gdyby dodać do tego ogrom scen przemocy, drastycznych opisów upadku ludzkości, myśli i pragnień głównego bohatera, mielibyśmy dystopijną historię końca moralności, empatii i zrozumienia. Ale do tego dochodzi to drugie dno, spojrzenie autora na świat i na to co się dzieje z drugiej strony, kiedy realizm zaczyna przeplatać się z tym, co roi się w umyśle Gruza, co szykuje się tuż obok. Młoda Arabka i jej synek. Kim są? Jaka jest ich misja? Czy główny bohater jest w stanie zapomnieć o nienawiści, którą mu wpajano od najmłodszych lat? Ech, pytań jest ogrom, a gdybym chciała napisać o tym wszystkim, co mam w głowie po lekturze „Czarnego słońca”, ta recenzja miałaby z dziesięć stron. 

Podsumowując: książka Jakuba Żulczyka jest powieścią o miłości, o końcu świata, o walce z Antychrystem, o wierze w człowieka, nie w żadnego boga, czy kościół. W to, że coś w nas jeszcze tkwi, jakiś pierwiastek dobra i może nie wszystko jest stracone.

Czasami obrazoburcza, na pewno drastyczna, bolesna, wciągająca, miejscami zabawna ( no co? mam poczucie humoru podobne do Gruza), książka-podróż, gdzie mamy tak naprawdę czterech głównych bohaterów: Gruza, Alfę, Nehlę i Jakuba Żulczyka. Powieść, którą należy czytać na raty, bo zbyt duże nasycenie emocjami, myślami, brudem, krwią, nienawiścią i miłością, może sprawić, że będziemy wyłączeni z życia na jakiś czas.  Dla mnie numer jeden. 
      
                                               ***

„Nienawiść da ci siłę, jeden z drugim, żebyś zrobił rozbieg i uderzył głową w ścianę, ale tylko miłość sprawi, że ta ściana pęknie.”
*
„- Nie. Nieprawda. - Blondyn się zaperza. - To wymaga pokonania wielkiego lęku. Zrobienie tego, o czym mówię, zajrzenie w otchłań.
- Chyba w otchłań twojej leniwej dupy  - odpowiada Alfa, a ja parskam brechtem, fajnie mi, bo przecież wiadomo od kogo podłapał te teksty, od kochanego wujka Gruza.”
*

„Przyniosłem wam miłość, a wy mnie zabiliście, co więcej, zrobiliście sobie święty symbol z narzędzia, którym mnie zabito. Gdybyście mnie utopili, to teraz modlilibyście się do garnka z wodą?”



2 komentarze: