poniedziałek, 11 lutego 2013

Hanna Cygler "W cudzym domu"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Rebis.


Powieści, których akcja dzieje się w realnych, niewyimaginowanych miejscach, zajmują na mojej osobistej liście nader wysoką pozycję. A jeśli jeszcze akcja dzieje się w mocno osadzonych realiach historycznych, to jest to dla mnie niewątpliwy plus. I jeżeli w takiej opowieści pojawią się jeszcze wątki miłosne, uczuciowe, wątki tragiczne, bolesne, to mogę stwierdzić, że lektura idealnie trafia w mój gust. 

Taką ucztę czytelniczą zaserwowała mi Hanna Cygler swoją najnowszą powieścią „W cudzym domu”, wydaną przez wydawnictwo Rebis. To prawdziwy wehikuł czasu, dzięki któremu możemy znaleźć w końcowych latach XIX wieku i powędrować ulicami Paryża, Berlina, Gdańska, Warszawy, znajdującej się pod rosyjskim zaborem, ruszyć w katorżniczą drogę na Sybir i przekonać się, że ludzie zawsze kochali, walczyli, knuli, kłamali i pragnęli. Czego? Tego samego, co i teraz. Majątku, władzy, a niektórzy po prostu… miłości. 

Poznajemy cały wachlarz różnorakich postaci, tych złych i tych dobrych. Piękną Luizę, która ucieka przed niechcianą ofertą małżeństwa. Joachima, który zostaje wmanewrowany w niebezpieczne sytuacje przez ludzi, których uważał za przyjaciół. Rozalię, która w imię przyjaźni jest w stanie poświęcić prawie wszystko. Szuszkina, który myślał, że już nic dobrego go w życiu nie czeka. I wiele innych ludzi, którzy uwikłani w carską zawieruchę starają się po prostu przetrwać.

Hanna Cygler stworzyła niezwykle obrazową i wciągającą opowieść o ludziach, ich pragnieniach, ich niskich niekiedy instynktach, a także o prawdziwej miłości, która czasami przybiera różne formy i nie zawsze jest od razu rozpoznana i widoczna. Powieść ujmuje stylistyką, gładką, intrygującą, akcja rozwija się dynamicznie, nie pozwalając na chwilę wytchnienia. Do tego świetnie ukazane realia historyczne-to wszystko sprawia, że „W cudzym domu” czyta się niezwykle intensywnie. Gorąco polecam tę powieść, to prawdziwa gratka dla wielbicieli dobrej książki obyczajowej, romansu i realiów polityczno-historycznych. Dla mnie-genialna!

sobota, 9 lutego 2013

W szpilkach od Manolo... w realu:)

Nie, żebym twierdziła, że ta książka nie jest fikcją. Bo jest. Ale niektóre postaci mają swoje odzwierciedlenie w świecie rzeczywistym:)

Wczoraj "Szpilki" miały swoje kolejne party:)


Zaproszenie na spotkanie autorskie:)

Zapraszam do Biblioteki w Zebrzydowicach:)

Będę tam 22 lutego o godzinie 17.

Gminna Biblioteka Publiczna w Zebrzydowicach ul. Ks. A. Janusza 21.

DO ZOBACZENIA :)))


czwartek, 7 lutego 2013

Jak to wszystko się zaczęło...?



Wróciłem z ćwiczeń naszej szkolnej grupy rockowej. Byłem w drugiej klasie liceum, miałem siedemnaście lat i kochałem muzykę. Grałem na saksofonie w zespole, który założyliśmy z kumplami z klasy. Dyrektor szkoły, doceniając nasze zaangażowanie i chęci, udostępnił nam stary szkolny magazynek; zaadaptowaliśmy go na klub. I teraz, po ośmiu miesiącach działalności, mieliśmy za sobą kilka szkolnych występów, między innymi na studniówce najstarszych klas, a od kilku tygodni przygotowywaliśmy się do udziału w konkursie zespołów rockowych, który mógłby dać nam szansę i perspektywy na dalszy rozwój w tym kierunku. Oczywiście, staraliśmy się nie zaniedbywać nauki, żeby rodzice się nie czepiali, ale teraz ten konkurs był dla nas najważniejszy.
Po cichu wszedłem do domu, bo było już dość późno. Miałem nadzieję, że uda mi się przemknąć niepostrzeżenie, tak aby nie spotkać się z ojcem, z którym ostatnio miałem na pieńku. Hm. Ostatnio? Chyba raczej od zawsze. Ale ta nadzieja umarła, zanim na dobre zdołała zakwitnąć w mojej głowie, bo gdy tylko złapałem za poręcz, chcąc pobiec na górę, do swojego pokoju, mój ojciec wyszedł ze swojego gabinetu. Patrzył na mnie tak jak zawsze, czyli krytycznym wzrokiem.
– Nie za późno? – spytał z marsową miną.
– Sorry. Próba się przeciągnęła – burknąłem.
– Nie zapomnij, że w weekend wyjeżdżasz ze mną na spotkanie z członkami rady adwokackiej.
– W ten weekend?
– Tak, w ten.
– To miało być za tydzień – patrzyłem na ojca zszokowanym wzrokiem.
– Pomyliłem terminy. Wyjeżdżamy w piątek wieczorem – ton ojca był zimny jak lód.
– Nie ma mowy – wzruszyłem ramionami, mocniej zaciskając palce na rączce futerału, w którym spoczywał mój saksofon.
– Słucham?
– Mówiłem ci chyba z milion razy, że jadę do Zielonej Góry na przesłuchanie. Robią nabór do konkursu „Młoda Rockmania”. Przeszliśmy pierwszy etap, jeśli zaliczymy kolejny, pojawi się szansa na nagranie płyty.
Ojciec wzniósł oczy do nieba, jakby szukał tam natchnienia do wygłoszenia kolejnej tyrady, ale powiedział tylko:
– Będziesz musiał wybierać.
Spojrzałem na niego z uśmiechem.
– Już wybrałem.
– To znaczy? – zmarszczył brwi i podszedł do mnie. Mimo że był wysoki, i tak musiał unieść głowę, żeby spojrzeć mi w oczy. Nie sądzę, by odnalazł w nich choć odrobinę ciepłych uczuć. Muzyka była dla mnie wszystkim, a wiedziałem, jaki on ma do tego stosunek. Bolało mnie to bardzo, ale nie dałem po sobie nic poznać, bo przecież w przyszłości miałem zostać opanowanym prawnikiem z maską zamiast twarzy.
– To znaczy, że w sobotę rano pakujemy się do pociągu i wyjeżdżamy. Na przesłuchanie – odpowiedziałem pewnie, chociaż moje serce szalało ze zdenerwowania.
– Śmieszny jesteś – parsknął; wydawał się naprawdę nieźle rozbawiony.
Ja za to byłem wkurzony. I to bardzo.
– Może jestem śmieszny, ale pogódź się z tym, że na weekend ze swoimi prawnikami pojedziesz beze mnie.
– To się jeszcze okaże.
– Załóż się – warknąłem, wchodząc na schody.
– Łukasz – no tak, znałem ten ton. Doskonale. Zaczynało się. Ale tym razem nie miałem zamiaru tego słuchać.
– Oszczędź sobie. Nie jesteś w sądzie. Wcale nie muszę tam z tobą jechać, wydepczesz dla mnie ścieżkę kiedy indziej – powiedziałem przez zęby i pobiegłem do siebie, trzaskając drzwiami tak mocno, że pewnie obudziłem swojego młodszego brata Krzyśka, który miał pokój naprzeciwko mojego.
„Kurwa!” – kląłem w myślach, bo ogólnie rzecz biorąc, nie przeklinałem; wiedziałem, że mama tego nie toleruje. „Czy kiedykolwiek mój ojciec spojrzy na mnie inaczej niż jak na obiekt mający utrzymać rodzinną tradycję i poważanie dla nazwiska Borowski w tym jego śmiesznym świecie?”. Chyba znałem odpowiedź na to pytanie. A przecież zawsze robiłem wszystko, aby był ze mnie zadowolony. Nigdy nie miał ze mną najmniejszych problemów. Nigdy. Uczyłem się dobrze, nie paliłem, nie ćpałem, szanowałem matkę, kochałem brata. A ojciec… też go szanowałem, ale… Czy go kochałem?
Boże…
Oczywiście, że tak. Ale…
Czy on kochał mnie?

(Zakręty losu-Historia Lukasa)



środa, 6 lutego 2013

Manula Kalicka & Zbigniew Zawadzki "Tutto bene"

Współczesna Warszawa. Rozkopane chodniki, budowa drugiej linii metra, wszechobecne korki. Ludzie zaganiani, tacy zwykli, rzeczywiści, nie mający w sobie nic z papierowo nakreślonych postaci. Czyż nie lubimy czytać właśnie takich historii? Żywych, realnych, prawdziwych? A jeśli do tego dochodzą jeszcze świetnie skonstruowane wątki kryminalne, podział na tych dobrych, złych i takich lekko ‘”szarych”, a to wszystko umiejscowione w pachnącej włoską kuchnią warszawskiej restauracji, naprawdę może okazać się to idealnym przepisem na udaną komedię kryminalną.

Manula Kalicka i Zbigniew Zawadzki w swej powieści „Tutto bene” umiejętnie i ze smakiem zmieszali te wszystkie składniki, tworząc powieść wciągającą, o inteligentnym i błyskotliwym humorze, z bohaterami nie wyimaginowanymi, lecz realnymi, żywymi, takimi… ludzkimi. Świetna kreacja komisarza Gorzyańskiego, który potrafi przełączać wewnętrzny pstryczek z „człowieka” na „policjanta” i odwrotnie. Niby twardy, ale tak naprawdę bardzo uczuciowy przystojniak i szef kuchni w Tutto Bene-Grzegorz Dolan. Nieco płaczliwa, ale po prostu pragnąca miłości Zosia. Niezwykle inteligentny i przebiegły pies Pedro, kochający wszelkie domowe skrytki, w których ukrywa się przed niedobrym panem, zabierającym go na długie spacery. Cała plejada tych złych, przebiegłych i bezwzględnych. Morderstwa, oszustwa, kradzieże, uprowadzenia. A to wszystko w otoczeniu pysznych i aromatycznych włoskich potraw, prostych (ale nie prostszych) przepisów i budzącego się uczucia pomiędzy Grzegorzem a Zosią. 

Nie będę streszczać fabuły, dodam jedynie, że akcja rozpoczyna się w momencie próby zabójstwa pewnej kobiety w restauracji „Tutto bene”. To stanowi preludium przed kolejnymi wydarzeniami, w których wątki mieszają się jak w garze z minestrone. Tropów jest wiele, Gorzyański powoli zbiera wszystkie elementy układanki w całość, a czytelnik może mu jedynie w tym kibicować, bo nie sądzę, aby zrobił to przed nim.

Manula Kalicka i Zbigniew Zawadzki stworzyli powieść, która ujmuje nie tylko sprawnie poprowadzonym wątkiem (a właściwie wątkami) kryminalnymi, ale także kreacją postaci, sposobem ukazania współczesnej Warszawy, a także znajomością włoskich potraw. Można by powiedzieć, że to prawdziwa uczta dla smakoszy, ceniących sobie właśnie taki miks. Ja cenię i mogę jednoznacznie stwierdzić, że czuję się zaspokojona.

wtorek, 5 lutego 2013

Jak Lukas spotkał Małgorzatę... wielką miłość i wielkie przekleństwo...

Małgorzata. Małgorzata. Małgorzata.
Dlaczego to imię ciągle siedzi w mojej głowie? Od tamtego wieczoru, kiedy niemal znokautowałem szczupłą blondynkę, a potem trzymałem ją w ramionach, podczas gdy Jacek zakładał opatrunek na jej zranioną dłoń, nie mogłem przestać o niej myśleć. Gdy już doszła do siebie, wyszła ze swoimi znajomymi i już jej nie widziałem. Byłem zły na siebie, że nie wziąłem od niej numeru telefonu, że z nią nie porozmawiałem, ale po pierwsze, nie chciałem przestraszyć dziewczyny; już i tak dość bólu jej sprawiłem. A po drugie, była młodziutka – mimo że miała delikatny makijaż, stwierdziłem, że wygląda na góra osiemnaście lat. Dobrze by było, gdyby okazała się pełnoletnia. Ale pomimo tych wątpliwości cały czas przypominałem sobie to przejmujące uczucie, jakie mnie ogarnęło, kiedy trzymałem drobne ciało w objęciach, a wzrok dziewczyny przenikał mnie całego. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się coś takiego i byłem oszołomiony. Tak. Inaczej nie mogłem tego nazwać. Oszołomiony, oczarowany, zafascynowany.
Codziennie pojawiałem się w Imperialu, mając nadzieję, że znowu ją zobaczę, ale w tygodniu nie zjawiła się tam ani razu. W mojej głowie szalały myśli. Nie dawały mi spać. Nie mogłem się skupić na codziennych czynnościach. Z natury byłem małomówny, ale teraz stałem się jeszcze bardziej zamknięty w sobie. Moi ludzie, którzy i tak czuli przede mną respekt, od jakiegoś czasu unikali mnie jak ognia, bo skoro się nie odzywałem, to pewnie coś musiało mnie wkurwić. A ja po prostu myślałem. O niej. O Małgorzacie…
Nadeszła kolejna sobota. Zły na siebie pojechałem do Imperiala. Miałem tam zaplanowane krótkie spotkanie z jakimś człowiekiem Jara, który prowadził małą knajpkę na obrzeżach miasta i chciał się podłączyć. Nie lubiłem detalistów, ale skoro koleś był pełen zapału i chęci współpracy, a do tego miał zamiar dzielić się wpływami, to czemu nie? Gdy skończyłem z nim rozmawiać, podszedłem do Jacka i poprosiłem o wodę. Miałem zamiar wrócić do domu, bo nie byłem szczególnie zabawowo nastawiony. I wtedy, tak jak ostatnio, ona… pojawiła się znikąd. Była jak sen. Pojawiała się i znikała, zostawiając mnie z zamętem w głowie. Poczułem tylko zapach jaśminu i usłyszałem rozbawiony głos:
– Dzisiaj też masz zamiar mnie podeptać?
Spojrzałem w bok. Siedziała na wysokim stołku i uśmiechała się. Przełknąłem ślinę.
– Dzisiaj postaram się tego nie zrobić. Jak ręka?
– Dobrze. Obyło się bez szwów – machnęła lekceważąco zdrową dłonią. – Jesteś tu co tydzień? – spoglądała na mnie z zainteresowaniem.
Przyjrzałem się jej uważnie. Dzisiaj ubrała się w obcisłe dżinsy i czarną bluzkę na ramiączkach. Była bardzo zgrabna. Miała mocniejszy makijaż niż ostatnio i wyglądała na starszą. Dałbym jej ze dwadzieścia jeden lat. To już byłoby lepiej. O niebo lepiej.
– Jestem tu dosyć często – odparłem wymijająco. – A ty?
– Niedawno zaczęłam przychodzić o tego klubu. Koleżanka mnie namówiła. Z tego wszystkiego nie wiem nawet, jak masz na imię… – przechyliła głowę i wpatrywała się we mnie. Miała ładne niebieskie oczy. Wszystko było w niej piękne…
– Łukasz – odparłem, mierząc ją spojrzeniem.
Nie speszyła się. W ogóle wyglądała na otwartą, ale nie nachalną, w przeciwieństwie do niektórych dziewczyn, które przychodziły do klubu.
– Małgorzata – podała mi rękę.
– Wiem. Pamiętam – szybko ująłem jej dłoń. Niemal cała zginęła w mojej.
Trzymałem ją przez chwilę i puściłem. Zauważyła to. Jej oczy błyszczały.
– Zatańczymy? – spytała nieoczekiwanie.
Uśmiechnąłem się kącikiem ust.
– Ja nie tańczę.
– Nie umiesz? Rozdeptujesz partnerki? Och! – teatralnie dotknęła palcami ust. – No tak, zapomniałam, że jesteś w tym mistrzem – jej oczy się śmiały.
– Bardzo śmieszne – pokręciłem głową, czując się tak swobodnie, tak lekko, jak jeszcze nigdy w życiu. A to za sprawą krótkiej rozmowy z tą nowo poznaną dziewczyną. Doprawdy… złe rzeczy się ze mną działy.
– Nie daj się prosić. Poza tym… jesteś mi coś winien…
– Tak? – pochyliłem się, odurzony jeszcze bardziej jej zapachem.
– Nawet nie wiesz, jak mnie ta ręka bolała. Kilka nocy nie mogłam przez nią spać – westchnęła.
„To całkiem jak ja” – pomyślałem, a głośno powiedziałem:
– No to chyba będę musiał cię zaprosić na kolację. Albo do kina. Albo jedno i drugie.
– Ale najpierw zatańczysz – uśmiechnęła się przekornie.
Zaśmiałem się i pokręciłem głową.
– Nie, piękna, nie zatańczę.
W tym momencie podszedł do mnie Fazi. Zerknął obojętnie na dziewczynę i powiedział do mnie, nie przejmując się niczym:
– Szefie, pojadę do tego przydupasa Jara i obczaję, jaki mają grunt.
– Dobrze, Fazi. Jedź – kiwnąłem głową i spojrzałem na Małgorzatę.
– Szefie? – spytała, unosząc brew.
Odchrząknąłem.
– To mój klub.
– Ach tak… – mruknęła. – No dobrze, to już nie będę cię namawiała na pląsy na parkiecie.
– Dzięki – oparłem się o bar, patrząc na tańczących ludzi. Ona usiadła obok mnie na wysokim stołku i też spojrzała na bawiących się gości. Nieznacznie otarła się udem o moją nogę. Nawet przez dżinsy poczułem ciepło jej ciała. Nie było dobrze… Było… bardzo, bardzo źle.
– To jak się umówimy? – spytała po chwili, zerkając na mnie z boku.
– Może jutro? Przyjadę po ciebie. Gdzie mieszkasz?
Potrząsnęła głową.
– Spotkajmy się na mieście. Gdzieś w rynku.
– Dobrze, jak chcesz. Masz jakiś telefon?
– Podam ci domowy numer koleżanki.
– A swojego nie możesz?
– Jeszcze nam nie założyli. Niedawno wprowadziłyśmy się z matką do nowego domu.
„Z matką” – więc już co nieco się o niej dowiedziałem.
– Dobrze. Zapisz sobie mój numer do mnie. Tutaj do klubu. Mam też pager – wymieniliśmy się numerami, raz po raz zerkając na siebie. Gdy zapisywała numer do tej koleżanki, pochyliła się, a jej długie włosy opadły na twarz. Miałem wrażenie, że dłonie aż mnie palą od tego przejmującego pragnienia, aby dotknąć jej jedwabistych włosów. Aby dotknąć jej skóry. Aby ją poczuć.
Po chwili spojrzała na zegarek i powiedziała, że musi już iść. Była sama. Trochę mnie to zdziwiło. Odprowadziłem ją do wyjścia.
– Może zawiozę cię do domu? – zaproponowałem.
– Nie – potrząsnęła głową. – Wrócę taksówką, dziękuję.
– Nie ma problemu – wzruszyłem ramionami. Gdy wychodziliśmy, widziałem głupi uśmiech na twarzy Jara, który stał przy szatni i czarował jakąś laskę. Popatrzyłem na niego niezbyt przyjaznym wzrokiem i otworzyłem drzwi przed idącą przede mną dziewczyną. Ona nagle się zatrzymała, a ja wpadłem na nią. Znowu.
– Nie mam portfela! – złapała się kieszeń kurtki, po czym zajrzała do małej torebki, którą trzymała w ręku. – Nie! Jest! – krzyknęła uszczęśliwiona, odwracając się nieznacznie i unosząc twarz, aby na mnie spojrzeć. Gdy jej ciało zetknęło się z moim, poczułem przejmujący dreszcz. Cholera… Pragnąłem jej. Bardzo. Pragnąłem tej dziewczyny, której nie znałem i o której nic nie wiedziałem. Musiała coś dostrzec w moich oczach, bo po raz pierwszy, odkąd rozmawialiśmy, spłoszyła się. Uciekła gdzieś wzrokiem i zaczerwieniła się. Wyszliśmy.
– Ile masz lat? – spytałem bez ogródek, gdy zeszliśmy po szerokich schodach i stanęliśmy koło postoju taksówek.
– Takie obcesowe pytanie – mruknęła.
– Po prostu chcę wiedzieć.
– A ty? – uniosła zawadiacko brodę. Miałem ochotę złapać ją za ten wojowniczo wysunięty podbródek i przycisnąć usta do jej ust. Właśnie… Jej usta. Były śliczne. Pociągające. I na pewno… smakowite.
Jasny gwint!
Musiałem się natychmiast uspokoić!
– Co ja? – spytałem zachrypniętym głosem.
Przewróciła oczami, jakby miała do czynienia z kimś opóźnionym. Była niemożliwa. I zabawna.
– Ile masz lat, panie nietańczący?
Roześmiałem się. Głośno. Stojący przed klubem moi ludzie popatrzyli na mnie z zaskoczeniem. Śmiejący się w głos Lukas – to było coś nowego.
– Dwadzieścia sześć – odparłem.
– To jesteś starszy ode mnie o osiem lat. Jestem pełnoletnia, nie martw się. A tak w ogóle… przyjechałam tu tylko po to, żeby cię spotkać – odparła, uśmiechnęła się szeroko, patrząc mi prosto w oczy i wsiadła do pierwszej taksówki. Patrzyłem za nią, jak odjeżdżała. Gdy zatoczyła koło i przejechała koło mnie, widziałem, że uśmiecha się tym swoim rozbrajającym uśmiechem. W pewnym momencie uniosła dłoń do ust i przesłała mi całusa.
I wtedy… Wiedziałem, że wpadłem. Po same uszy. Ja. Lukas. Zakochałem się. Ot tak. Po prostu. Z dnia na dzień. Niesamowite. Kurewsko niesamowite.

 
 

piątek, 1 lutego 2013

Jak Lukas stracił dziewictwo...


Zaczął się ostatni tydzień mojego starego życia. Przeczuwałem, że gromadzą się nade mną chmury; nie mogłem się pozbyć tego wrażenia. Ale spokojnie szedłem do przodu. Witałem każdy kolejny dzień. Przecież nie mogłem się zatrzymać ani cofnąć. Bo i po co? Przyjmowałem los, pokonując każdy jego zakręt, choćby był najbardziej zawiły i zaskakujący. Bo na tym chyba polegało życie? Taką drogę obrałem i nie miałem zamiaru zmieniać trasy. Ale czułem, podświadomie, każdym możliwym zmysłem, że coś się szykuje. Że los coś dla mnie przygotował. I w sumie, gdy stało się to, co się stało… nie byłem zbytnio zdziwiony. Przyjąłem to zrządzenie losu jak dobrego przyjaciela, na którego czekałem i który czekał na mnie. Tak było najlepiej. Przyjąć to jak mężczyzna, bez mazgajstwa i robienia tragedii. I tak też zrobiłem. Wiedziałem też coś więcej: że na pewno nie można mnie nazwać zdrajcą i potrafię uszanować ludzi, z którymi współpracowałem. Ale na pewno jestem kurewsko mściwy i nigdy nie zapomnę o wyrządzonej mi krzywdzie. A raczej świństwie. Bo inaczej nie można było tego nazwać.
Tamtego dnia wszystko toczyło się swoim torem. Rano pojechałem na siłownię, potem zaliczyłem bieżnię. Zajrzałem na wydział do Justyny. Chciałem wyciągnąć ją na kawę, ale miała ćwiczenia, więc wróciłem do domu. Coś zjadłem i posprzątałem, bo lubiłem porządek. Gdy późnym popołudniem miałem jechać do klubu, zadzwonił do mnie Wasyl.
– Lukas, jesteś na mieście?
– Jadę dopiero. Dzieje się coś? – spytałem, zakładając kurtkę i rozglądając się za kluczykami do samochodu.
– Cholera, ten debil Buźka miał dzisiaj zawieźć towar do Legnicy, do mojego człowieka, ale tak wczoraj zachlał, że nikt nie jest w stanie go dobudzić.
– A jaki towar?
– Przyjedź, to pogadamy. Jestem u siebie. Lukas, na ciebie zawsze można liczyć!
– Dobra, zaraz będę – odparłem i po chwili byłem na zewnątrz.
Gdy wszedłem do klubu, Wasyl rozmawiał z kimś przez telefon i wyglądał na wkurwionego. Usiadłem przy barze i czekałem, aż skończy rozmowę. Odłożył telefon i popatrzył na mnie.
– Lukas, pojedziesz do tej cholernej Legnicy? Mam do ciebie zaufanie. I w sumie wiem, że załatwisz to lepiej niż pieprzony Buźka.
– Pojadę – kiwnąłem głową.
Średnio mi się uśmiechało przewożenie jakiegokolwiek podejrzanego towaru, ale wcześniej robiłem już takie rzeczy, więc wiedziałem, że i tym razem sobie poradzę. A poza tym nie mogłem przecież go tak zostawić. To był także mój biznes. I jak się za coś brałem, to starałem się robić to dobrze i dawać z siebie wszystko. Pracownik miesiąca. Albo i roku.
Okazało się, że muszę przewieźć jedynie paczkę marihuany do człowieka Wasyla w Legnicy. Nie było żadnego ryzyka, zresztą do tej pory byłem czysty i nienotowany. Dlatego też nic nie wzbudziło mojego niepokoju.
Zabrałem towar, wsadziłem go do sportowej torby, z którą jeździłem na siłownię, i ruszyłem w trasę. Pogoda była piękna; pod koniec maja panował upał. Jechałem autostradą. Nastawiłem muzykę Hansa Zimmera, założyłem okulary i przez chwilę czułem się szczęśliwy i wolny od trosk. I nie myślałem o swoim życiu, o swoich wyborach i o narkotykach, które spoczywały w bagażniku mojego samochodu. Po prostu jechałem przed siebie i przez chwilę chciałem przycisnąć pedał gazu i pomknąć przed siebie, nikomu nie mówiąc, gdzie jestem i co robię. Zniknąć z zasięgu wzroku i nie być zależnym od kogokolwiek. To byłoby naprawdę coś! Coś, o co warto byłoby walczyć i zaryzykować. Ale tymczasem… Musiałem zrobić to, co do mnie należało, a pragnienie wolności odłożyć na później.
Na dużo, dużo później…
Zjechałem z autostrady i już miałem skręcać w prawo, gdy zobaczyłem stojący na poboczu policyjny radiowóz. Nie zaniepokoiło mnie to zbytnio, gdyż miliony razy byłem zatrzymywany, przeważnie za przekroczenie prędkości. Policjant nakazał mi zjechać na pobocze. Zatrzymałem się i wysiadłem z samochodu, patrząc na podchodzącego do mnie gliniarza. Ten kazał mi pokazać dokumenty. W tym samym czasie podszedł drugi i zaczął okrążać moje auto dookoła.
– Niezły wóz. Lubi się przycisnąć, co? – zapytał, zaglądając do środka przez boczną szybę.
Wzruszyłem ramionami, czując, że coś jest nie tak.
– Jechałem zgodnie z przepisami – odparłem.
– Jasne. A trójkąt pan ma?
– Mam.
– Proszę otworzyć bagażnik – rozkazał ten, który sprawdzał dokumenty.
Spokojnie podszedłem do tyłu samochodu i otworzyłem. Czułem, jak mocno bije mi serce, ale nie dawałem po sobie poznać, że choć odrobinę się zdenerwowałem. A zdenerwowałem się jak cholera.
– Tutaj jest – wskazałem na złożony z boku trójkąt.
– Proszę włączyć światła i kierunkowskazy – kazał drugi gliniarz, stając przy otwartym bagażniku. Chciałem go zamknąć, ale gliniarz skutecznie mi to uniemożliwił. I wtedy już wiedziałem, że nie zatrzymali mnie przypadkiem, by przeprowadzić zwykłą kontrolę drogową. Oni… po prostu na mnie czekali.
Wsiadłem do samochodu i zrobiłem to, co kazał gliniarz. Przez podniesioną klapę bagażnika nie widziałem, co robi ten drugi. Usłyszałem tylko, że tamten policjant mówi coś do tego, który stał koło mnie. Po chwili gliniarz spojrzał uważnie w moją stronę i otworzył drzwi od samochodu.
– Proszę wysiąść!
– Coś jest nie tak? – spytałem, wiedząc doskonale, co, do cholery, jest nie tak. Nie tak było to, że złapało mnie dwóch gliniarzy, którzy wiedzieli, że w bagażniku mam paczkę pierdolonej marychy! A wiedzieć to mogli tylko z jednego źródła, bo nie byli pieprzonymi jasnowidzami!
– Wysiadaj! – i tak skończyły się uprzejmości.
Wyszedłem powoli, myśląc, że bez trudu poradziłbym sobie z tymi dwoma facetami. Obydwaj byli ode mnie o głowę niżsi i nie z takimi miałem przyjemność uprawiać sport kontaktowy. Ale co by mi to dało? Im chyba to samo przyszło do głowy, bo widziałem, jak jeden z nich wyciągnął kajdanki, a drugi sięgnął po broń. Dobra. Nie miałem zamiaru robić nic głupiego. Stanąłem z opuszczonymi rękoma i nagle zostałem rzucony na maskę, wykręcono mi ręce, a na nadgarstkach poczułem ucisk kajdanek.
Tak…
Lukas właśnie stracił dziewictwo.
Ale ten, który mnie w ten sposób załatwił, zapłaci za to. I to z nawiązką!

(Zakręty losu-Historia Lukasa)