"Czytać to bardziej żyć, to żyć intensywniej".
Rozmówki, przemyślenia, recenzje młodej pisarki. Bo jestem gadułą, choć czasami milczę. Bo jestem milcząca, choć czasami ględzę. Bo jestem miła, choć czasami trudno mnie znieść. Bo jestem niesympatyczna, choć czasami trudno w moim towarzystwie się smucić. Bo kocham słowo pisane. I kocham słowo czytane. I nie lubię fałszu i zawiści, a frustratom mówię stanowcze NIE. Szkoda czasu i atłasu, a życia to na pewno.
:)
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Rebis.
Powieści, których akcja dzieje się w realnych, niewyimaginowanych
miejscach, zajmują na mojej osobistej liście nader wysoką pozycję. A jeśli
jeszcze akcja dzieje się w mocno osadzonych realiach historycznych, to jest to
dla mnie niewątpliwy plus. I jeżeli w takiej opowieści pojawią się jeszcze
wątki miłosne, uczuciowe, wątki tragiczne, bolesne, to mogę stwierdzić, że
lektura idealnie trafia w mój gust.
Taką ucztę czytelniczą zaserwowała mi Hanna Cygler swoją
najnowszą powieścią „W cudzym domu”, wydaną przez wydawnictwo Rebis. To
prawdziwy wehikuł czasu, dzięki któremu możemy znaleźć w końcowych latach XIX
wieku i powędrować ulicami Paryża, Berlina, Gdańska, Warszawy, znajdującej się
pod rosyjskim zaborem, ruszyć w katorżniczą drogę na Sybir i przekonać się, że
ludzie zawsze kochali, walczyli, knuli, kłamali i pragnęli. Czego? Tego samego,
co i teraz. Majątku, władzy, a niektórzy po prostu… miłości.
Poznajemy cały wachlarz różnorakich postaci, tych złych i
tych dobrych. Piękną Luizę, która ucieka przed niechcianą ofertą małżeństwa.
Joachima, który zostaje wmanewrowany w niebezpieczne sytuacje przez ludzi,
których uważał za przyjaciół. Rozalię, która w imię przyjaźni jest w stanie
poświęcić prawie wszystko. Szuszkina, który myślał, że już nic dobrego go w
życiu nie czeka. I wiele innych ludzi, którzy uwikłani w carską zawieruchę
starają się po prostu przetrwać.
Hanna Cygler stworzyła niezwykle obrazową i wciągającą
opowieść o ludziach, ich pragnieniach, ich niskich niekiedy instynktach, a
także o prawdziwej miłości, która czasami przybiera różne formy i nie zawsze
jest od razu rozpoznana i widoczna. Powieść ujmuje stylistyką, gładką,
intrygującą, akcja rozwija się dynamicznie, nie pozwalając na chwilę
wytchnienia. Do tego świetnie ukazane realia historyczne-to wszystko sprawia,
że „W cudzym domu” czyta się niezwykle intensywnie. Gorąco polecam tę powieść,
to prawdziwa gratka dla wielbicieli dobrej książki obyczajowej, romansu i
realiów polityczno-historycznych. Dla mnie-genialna!
Wróciłem z
ćwiczeń naszej szkolnej grupy rockowej. Byłem w drugiej klasie liceum, miałem
siedemnaście lat i kochałem muzykę. Grałem na saksofonie w zespole, który
założyliśmy z kumplami z klasy. Dyrektor szkoły, doceniając nasze zaangażowanie
i chęci, udostępnił nam stary szkolny magazynek; zaadaptowaliśmy go na klub. I
teraz, po ośmiu miesiącach działalności, mieliśmy za sobą kilka szkolnych
występów, między innymi na studniówce najstarszych klas, a od kilku tygodni
przygotowywaliśmy się do udziału w konkursie zespołów rockowych, który mógłby
dać nam szansę i perspektywy na dalszy rozwój w tym kierunku. Oczywiście,
staraliśmy się nie zaniedbywać nauki, żeby rodzice się nie czepiali, ale teraz
ten konkurs był dla nas najważniejszy.
Po cichu
wszedłem do domu, bo było już dość późno. Miałem nadzieję, że uda mi się
przemknąć niepostrzeżenie, tak aby nie spotkać się z ojcem, z którym ostatnio
miałem na pieńku. Hm. Ostatnio? Chyba raczej od zawsze. Ale ta nadzieja umarła,
zanim na dobre zdołała zakwitnąć w mojej głowie, bo gdy tylko złapałem za
poręcz, chcąc pobiec na górę, do swojego pokoju, mój ojciec wyszedł ze swojego
gabinetu. Patrzył na mnie tak jak zawsze, czyli krytycznym wzrokiem.
– Nie za
późno? – spytał z marsową miną.
– Sorry.
Próba się przeciągnęła – burknąłem.
– Nie
zapomnij, że w weekend wyjeżdżasz ze mną na spotkanie z członkami rady
adwokackiej.
– W ten
weekend?
– Tak, w ten.
– To miało
być za tydzień – patrzyłem na ojca zszokowanym wzrokiem.
– Pomyliłem
terminy. Wyjeżdżamy w piątek wieczorem – ton ojca był zimny jak lód.
– Nie ma mowy
– wzruszyłem ramionami, mocniej zaciskając palce na rączce futerału, w którym
spoczywał mój saksofon.
– Słucham?
– Mówiłem ci
chyba z milion razy, że jadę do Zielonej Góry na przesłuchanie. Robią nabór do
konkursu „Młoda Rockmania”. Przeszliśmy pierwszy etap, jeśli zaliczymy kolejny,
pojawi się szansa na nagranie płyty.
Ojciec
wzniósł oczy do nieba, jakby szukał tam natchnienia do wygłoszenia kolejnej
tyrady, ale powiedział tylko:
– Będziesz
musiał wybierać.
Spojrzałem na
niego z uśmiechem.
– Już
wybrałem.
– To znaczy? –
zmarszczył brwi i podszedł do mnie. Mimo że był wysoki, i tak musiał unieść
głowę, żeby spojrzeć mi w oczy. Nie sądzę, by odnalazł w nich choć odrobinę
ciepłych uczuć. Muzyka była dla mnie wszystkim, a wiedziałem, jaki on ma do
tego stosunek. Bolało mnie to bardzo, ale nie dałem po sobie nic poznać, bo przecież
w przyszłości miałem zostać opanowanym prawnikiem z maską zamiast twarzy.
– To znaczy,
że w sobotę rano pakujemy się do pociągu i wyjeżdżamy. Na przesłuchanie –
odpowiedziałem pewnie, chociaż moje serce szalało ze zdenerwowania.
– Śmieszny
jesteś – parsknął; wydawał się naprawdę nieźle rozbawiony.
Ja za to
byłem wkurzony. I to bardzo.
– Może jestem
śmieszny, ale pogódź się z tym, że na weekend ze swoimi prawnikami pojedziesz
beze mnie.
– To się
jeszcze okaże.
– Załóż się –
warknąłem, wchodząc na schody.
– Łukasz – no
tak, znałem ten ton. Doskonale. Zaczynało się. Ale tym razem nie miałem zamiaru
tego słuchać.
– Oszczędź
sobie. Nie jesteś w sądzie. Wcale nie muszę tam z tobą jechać, wydepczesz dla
mnie ścieżkę kiedy indziej – powiedziałem przez zęby i pobiegłem do siebie,
trzaskając drzwiami tak mocno, że pewnie obudziłem swojego młodszego brata
Krzyśka, który miał pokój naprzeciwko mojego.
„Kurwa!” – kląłem
w myślach, bo ogólnie rzecz biorąc, nie przeklinałem; wiedziałem, że mama tego
nie toleruje. „Czy kiedykolwiek mój ojciec spojrzy na mnie inaczej niż jak na
obiekt mający utrzymać rodzinną tradycję i poważanie dla nazwiska Borowski w
tym jego śmiesznym świecie?”. Chyba znałem odpowiedź na to pytanie. A przecież
zawsze robiłem wszystko, aby był ze mnie zadowolony. Nigdy nie miał ze mną
najmniejszych problemów. Nigdy. Uczyłem się dobrze, nie paliłem, nie ćpałem,
szanowałem matkę, kochałem brata. A ojciec… też go szanowałem, ale… Czy go
kochałem?
Współczesna Warszawa. Rozkopane chodniki, budowa drugiej
linii metra, wszechobecne korki. Ludzie zaganiani, tacy zwykli, rzeczywiści,
nie mający w sobie nic z papierowo nakreślonych postaci. Czyż nie lubimy czytać
właśnie takich historii? Żywych, realnych, prawdziwych? A jeśli do tego
dochodzą jeszcze świetnie skonstruowane wątki kryminalne, podział na tych
dobrych, złych i takich lekko ‘”szarych”, a to wszystko umiejscowione w
pachnącej włoską kuchnią warszawskiej restauracji, naprawdę może okazać się to
idealnym przepisem na udaną komedię kryminalną.
Manula Kalicka i Zbigniew Zawadzki w swej powieści „Tutto
bene” umiejętnie i ze smakiem zmieszali te wszystkie składniki, tworząc powieść
wciągającą, o inteligentnym i błyskotliwym humorze, z bohaterami nie
wyimaginowanymi, lecz realnymi, żywymi, takimi… ludzkimi. Świetna kreacja
komisarza Gorzyańskiego, który potrafi przełączać wewnętrzny pstryczek z „człowieka”
na „policjanta” i odwrotnie. Niby twardy, ale tak naprawdę bardzo uczuciowy
przystojniak i szef kuchni w Tutto Bene-Grzegorz Dolan. Nieco płaczliwa, ale po
prostu pragnąca miłości Zosia. Niezwykle inteligentny i przebiegły pies Pedro,
kochający wszelkie domowe skrytki, w których ukrywa się przed niedobrym panem,
zabierającym go na długie spacery. Cała plejada tych złych, przebiegłych i bezwzględnych.
Morderstwa, oszustwa, kradzieże, uprowadzenia. A to wszystko w otoczeniu
pysznych i aromatycznych włoskich potraw, prostych (ale nie prostszych)
przepisów i budzącego się uczucia pomiędzy Grzegorzem a Zosią.
Nie będę streszczać fabuły, dodam jedynie, że akcja
rozpoczyna się w momencie próby zabójstwa pewnej kobiety w restauracji „Tutto
bene”. To stanowi preludium przed kolejnymi wydarzeniami, w których wątki
mieszają się jak w garze z minestrone. Tropów jest wiele, Gorzyański powoli
zbiera wszystkie elementy układanki w całość, a czytelnik może mu jedynie w tym
kibicować, bo nie sądzę, aby zrobił to przed nim.
Manula Kalicka i Zbigniew Zawadzki stworzyli powieść, która ujmuje
nie tylko sprawnie poprowadzonym wątkiem (a właściwie wątkami) kryminalnymi,
ale także kreacją postaci, sposobem ukazania współczesnej Warszawy, a także
znajomością włoskich potraw. Można by powiedzieć, że to prawdziwa uczta dla
smakoszy, ceniących sobie właśnie taki miks. Ja cenię i mogę jednoznacznie
stwierdzić, że czuję się zaspokojona.
Małgorzata. Małgorzata. Małgorzata.
Dlaczego to imię ciągle siedzi w mojej głowie? Od tamtego wieczoru,
kiedy niemal znokautowałem szczupłą blondynkę, a potem trzymałem ją w
ramionach, podczas gdy Jacek zakładał opatrunek na jej zranioną dłoń,
nie mogłem przestać o niej myśleć. Gdy już doszła do siebie, wyszła ze
swoimi znajomymi i już jej nie widziałem. Byłem zły na siebie, że nie
wziąłem od niej numeru telefonu, że z nią nie porozmawiałem, ale po
pierwsze, nie chciałem przestraszyć dziewczyny; już i tak dość bólu jej
sprawiłem. A po drugie, była młodziutka – mimo że miała delikatny
makijaż, stwierdziłem, że wygląda na góra osiemnaście lat. Dobrze by
było, gdyby okazała się pełnoletnia. Ale pomimo tych wątpliwości cały
czas przypominałem sobie to przejmujące uczucie, jakie mnie ogarnęło,
kiedy trzymałem drobne ciało w objęciach, a wzrok dziewczyny przenikał
mnie całego. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się coś takiego i byłem
oszołomiony. Tak. Inaczej nie mogłem tego nazwać. Oszołomiony,
oczarowany, zafascynowany. Codziennie pojawiałem się w Imperialu,
mając nadzieję, że znowu ją zobaczę, ale w tygodniu nie zjawiła się tam
ani razu. W mojej głowie szalały myśli. Nie dawały mi spać. Nie mogłem
się skupić na codziennych czynnościach. Z natury byłem małomówny, ale
teraz stałem się jeszcze bardziej zamknięty w sobie. Moi ludzie, którzy i
tak czuli przede mną respekt, od jakiegoś czasu unikali mnie jak ognia,
bo skoro się nie odzywałem, to pewnie coś musiało mnie wkurwić. A ja po
prostu myślałem. O niej. O Małgorzacie… Nadeszła kolejna sobota.
Zły na siebie pojechałem do Imperiala. Miałem tam zaplanowane krótkie
spotkanie z jakimś człowiekiem Jara, który prowadził małą knajpkę na
obrzeżach miasta i chciał się podłączyć. Nie lubiłem detalistów, ale
skoro koleś był pełen zapału i chęci współpracy, a do tego miał zamiar
dzielić się wpływami, to czemu nie? Gdy skończyłem z nim rozmawiać,
podszedłem do Jacka i poprosiłem o wodę. Miałem zamiar wrócić do domu,
bo nie byłem szczególnie zabawowo nastawiony. I wtedy, tak jak ostatnio,
ona… pojawiła się znikąd. Była jak sen. Pojawiała się i znikała,
zostawiając mnie z zamętem w głowie. Poczułem tylko zapach jaśminu i
usłyszałem rozbawiony głos: – Dzisiaj też masz zamiar mnie podeptać? Spojrzałem w bok. Siedziała na wysokim stołku i uśmiechała się. Przełknąłem ślinę. – Dzisiaj postaram się tego nie zrobić. Jak ręka?
– Dobrze. Obyło się bez szwów – machnęła lekceważąco zdrową dłonią. –
Jesteś tu co tydzień? – spoglądała na mnie z zainteresowaniem.
Przyjrzałem się jej uważnie. Dzisiaj ubrała się w obcisłe dżinsy i
czarną bluzkę na ramiączkach. Była bardzo zgrabna. Miała mocniejszy
makijaż niż ostatnio i wyglądała na starszą. Dałbym jej ze dwadzieścia
jeden lat. To już byłoby lepiej. O niebo lepiej. – Jestem tu dosyć często – odparłem wymijająco. – A ty?
– Niedawno zaczęłam przychodzić o tego klubu. Koleżanka mnie namówiła. Z
tego wszystkiego nie wiem nawet, jak masz na imię… – przechyliła głowę i
wpatrywała się we mnie. Miała ładne niebieskie oczy. Wszystko było w
niej piękne… – Łukasz – odparłem, mierząc ją spojrzeniem. Nie
speszyła się. W ogóle wyglądała na otwartą, ale nie nachalną, w
przeciwieństwie do niektórych dziewczyn, które przychodziły do klubu. – Małgorzata – podała mi rękę. – Wiem. Pamiętam – szybko ująłem jej dłoń. Niemal cała zginęła w mojej. Trzymałem ją przez chwilę i puściłem. Zauważyła to. Jej oczy błyszczały. – Zatańczymy? – spytała nieoczekiwanie. Uśmiechnąłem się kącikiem ust. – Ja nie tańczę.
– Nie umiesz? Rozdeptujesz partnerki? Och! – teatralnie dotknęła
palcami ust. – No tak, zapomniałam, że jesteś w tym mistrzem – jej oczy
się śmiały. – Bardzo śmieszne – pokręciłem głową, czując się tak
swobodnie, tak lekko, jak jeszcze nigdy w życiu. A to za sprawą krótkiej
rozmowy z tą nowo poznaną dziewczyną. Doprawdy… złe rzeczy się ze mną
działy. – Nie daj się prosić. Poza tym… jesteś mi coś winien… – Tak? – pochyliłem się, odurzony jeszcze bardziej jej zapachem. – Nawet nie wiesz, jak mnie ta ręka bolała. Kilka nocy nie mogłam przez nią spać – westchnęła. „To całkiem jak ja” – pomyślałem, a głośno powiedziałem: – No to chyba będę musiał cię zaprosić na kolację. Albo do kina. Albo jedno i drugie. – Ale najpierw zatańczysz – uśmiechnęła się przekornie. Zaśmiałem się i pokręciłem głową. – Nie, piękna, nie zatańczę. W tym momencie podszedł do mnie Fazi. Zerknął obojętnie na dziewczynę i powiedział do mnie, nie przejmując się niczym: – Szefie, pojadę do tego przydupasa Jara i obczaję, jaki mają grunt. – Dobrze, Fazi. Jedź – kiwnąłem głową i spojrzałem na Małgorzatę. – Szefie? – spytała, unosząc brew. Odchrząknąłem. – To mój klub. – Ach tak… – mruknęła. – No dobrze, to już nie będę cię namawiała na pląsy na parkiecie.
– Dzięki – oparłem się o bar, patrząc na tańczących ludzi. Ona usiadła
obok mnie na wysokim stołku i też spojrzała na bawiących się gości.
Nieznacznie otarła się udem o moją nogę. Nawet przez dżinsy poczułem
ciepło jej ciała. Nie było dobrze… Było… bardzo, bardzo źle. – To jak się umówimy? – spytała po chwili, zerkając na mnie z boku. – Może jutro? Przyjadę po ciebie. Gdzie mieszkasz? Potrząsnęła głową. – Spotkajmy się na mieście. Gdzieś w rynku. – Dobrze, jak chcesz. Masz jakiś telefon? – Podam ci domowy numer koleżanki. – A swojego nie możesz? – Jeszcze nam nie założyli. Niedawno wprowadziłyśmy się z matką do nowego domu. „Z matką” – więc już co nieco się o niej dowiedziałem.
– Dobrze. Zapisz sobie mój numer do mnie. Tutaj do klubu. Mam też pager
– wymieniliśmy się numerami, raz po raz zerkając na siebie. Gdy
zapisywała numer do tej koleżanki, pochyliła się, a jej długie włosy
opadły na twarz. Miałem wrażenie, że dłonie aż mnie palą od tego
przejmującego pragnienia, aby dotknąć jej jedwabistych włosów. Aby
dotknąć jej skóry. Aby ją poczuć. Po chwili spojrzała na zegarek i powiedziała, że musi już iść. Była sama. Trochę mnie to zdziwiło. Odprowadziłem ją do wyjścia. – Może zawiozę cię do domu? – zaproponowałem. – Nie – potrząsnęła głową. – Wrócę taksówką, dziękuję.
– Nie ma problemu – wzruszyłem ramionami. Gdy wychodziliśmy, widziałem
głupi uśmiech na twarzy Jara, który stał przy szatni i czarował jakąś
laskę. Popatrzyłem na niego niezbyt przyjaznym wzrokiem i otworzyłem
drzwi przed idącą przede mną dziewczyną. Ona nagle się zatrzymała, a ja
wpadłem na nią. Znowu. – Nie mam portfela! – złapała się kieszeń
kurtki, po czym zajrzała do małej torebki, którą trzymała w ręku. – Nie!
Jest! – krzyknęła uszczęśliwiona, odwracając się nieznacznie i unosząc
twarz, aby na mnie spojrzeć. Gdy jej ciało zetknęło się z moim, poczułem
przejmujący dreszcz. Cholera… Pragnąłem jej. Bardzo. Pragnąłem tej
dziewczyny, której nie znałem i o której nic nie wiedziałem. Musiała coś
dostrzec w moich oczach, bo po raz pierwszy, odkąd rozmawialiśmy,
spłoszyła się. Uciekła gdzieś wzrokiem i zaczerwieniła się. Wyszliśmy. – Ile masz lat? – spytałem bez ogródek, gdy zeszliśmy po szerokich schodach i stanęliśmy koło postoju taksówek. – Takie obcesowe pytanie – mruknęła. – Po prostu chcę wiedzieć.
– A ty? – uniosła zawadiacko brodę. Miałem ochotę złapać ją za ten
wojowniczo wysunięty podbródek i przycisnąć usta do jej ust. Właśnie…
Jej usta. Były śliczne. Pociągające. I na pewno… smakowite. Jasny gwint! Musiałem się natychmiast uspokoić! – Co ja? – spytałem zachrypniętym głosem. Przewróciła oczami, jakby miała do czynienia z kimś opóźnionym. Była niemożliwa. I zabawna. – Ile masz lat, panie nietańczący?
Roześmiałem się. Głośno. Stojący przed klubem moi ludzie popatrzyli na
mnie z zaskoczeniem. Śmiejący się w głos Lukas – to było coś nowego. – Dwadzieścia sześć – odparłem.
– To jesteś starszy ode mnie o osiem lat. Jestem pełnoletnia, nie martw
się. A tak w ogóle… przyjechałam tu tylko po to, żeby cię spotkać –
odparła, uśmiechnęła się szeroko, patrząc mi prosto w oczy i wsiadła do
pierwszej taksówki. Patrzyłem za nią, jak odjeżdżała. Gdy zatoczyła koło
i przejechała koło mnie, widziałem, że uśmiecha się tym swoim
rozbrajającym uśmiechem. W pewnym momencie uniosła dłoń do ust i
przesłała mi całusa. I wtedy… Wiedziałem, że wpadłem. Po same uszy.
Ja. Lukas. Zakochałem się. Ot tak. Po prostu. Z dnia na dzień.
Niesamowite. Kurewsko niesamowite.
Zaczął się
ostatni tydzień mojego starego życia. Przeczuwałem, że gromadzą się nade mną
chmury; nie mogłem się pozbyć tego wrażenia. Ale spokojnie szedłem do przodu.
Witałem każdy kolejny dzień. Przecież nie mogłem się zatrzymać ani cofnąć. Bo i
po co? Przyjmowałem los, pokonując każdy jego zakręt, choćby był najbardziej
zawiły i zaskakujący. Bo na tym chyba polegało życie? Taką drogę obrałem i nie
miałem zamiaru zmieniać trasy. Ale czułem, podświadomie, każdym możliwym
zmysłem, że coś się szykuje. Że los coś dla mnie przygotował. I w sumie, gdy
stało się to, co się stało… nie byłem zbytnio zdziwiony. Przyjąłem to
zrządzenie losu jak dobrego przyjaciela, na którego czekałem i który czekał na
mnie. Tak było najlepiej. Przyjąć to jak mężczyzna, bez mazgajstwa i robienia tragedii.
I tak też zrobiłem. Wiedziałem też coś więcej: że na pewno nie można mnie
nazwać zdrajcą i potrafię uszanować ludzi, z którymi współpracowałem. Ale na
pewno jestem kurewsko mściwy i nigdy nie zapomnę o wyrządzonej mi krzywdzie. A
raczej świństwie. Bo inaczej nie można było tego nazwać.
Tamtego dnia
wszystko toczyło się swoim torem. Rano pojechałem na siłownię, potem zaliczyłem
bieżnię. Zajrzałem na wydział do Justyny. Chciałem wyciągnąć ją na kawę, ale
miała ćwiczenia, więc wróciłem do domu. Coś zjadłem i posprzątałem, bo lubiłem
porządek. Gdy późnym popołudniem miałem jechać do klubu, zadzwonił do mnie
Wasyl.
– Lukas,
jesteś na mieście?
– Jadę
dopiero. Dzieje się coś? – spytałem, zakładając kurtkę i rozglądając się za
kluczykami do samochodu.
– Cholera,
ten debil Buźka miał dzisiaj zawieźć towar do Legnicy, do mojego człowieka, ale
tak wczoraj zachlał, że nikt nie jest w stanie go dobudzić.
– A jaki
towar?
– Przyjedź,
to pogadamy. Jestem u siebie. Lukas, na ciebie zawsze można liczyć!
– Dobra, zaraz
będę – odparłem i po chwili byłem na zewnątrz.
Gdy wszedłem
do klubu, Wasyl rozmawiał z kimś przez telefon i wyglądał na wkurwionego.
Usiadłem przy barze i czekałem, aż skończy rozmowę. Odłożył telefon i popatrzył
na mnie.
– Lukas, pojedziesz
do tej cholernej Legnicy? Mam do ciebie zaufanie. I w sumie wiem, że załatwisz
to lepiej niż pieprzony Buźka.
– Pojadę –
kiwnąłem głową.
Średnio mi
się uśmiechało przewożenie jakiegokolwiek podejrzanego towaru, ale wcześniej robiłem
już takie rzeczy, więc wiedziałem, że i tym razem sobie poradzę. A poza tym nie
mogłem przecież go tak zostawić. To był także mój biznes. I jak się za coś brałem,
to starałem się robić to dobrze i dawać z siebie wszystko. Pracownik miesiąca.
Albo i roku.
Okazało się,
że muszę przewieźć jedynie paczkę marihuany do człowieka Wasyla w Legnicy. Nie
było żadnego ryzyka, zresztą do tej pory byłem czysty i nienotowany. Dlatego
też nic nie wzbudziło mojego niepokoju.
Zabrałem
towar, wsadziłem go do sportowej torby, z którą jeździłem na siłownię, i
ruszyłem w trasę. Pogoda była piękna; pod koniec maja panował upał. Jechałem
autostradą. Nastawiłem muzykę Hansa Zimmera, założyłem okulary i przez chwilę czułem
się szczęśliwy i wolny od trosk. I nie myślałem o swoim życiu, o swoich
wyborach i o narkotykach, które spoczywały w bagażniku mojego samochodu. Po
prostu jechałem przed siebie i przez chwilę chciałem przycisnąć pedał gazu i
pomknąć przed siebie, nikomu nie mówiąc, gdzie jestem i co robię. Zniknąć z
zasięgu wzroku i nie być zależnym od kogokolwiek. To byłoby naprawdę coś! Coś,
o co warto byłoby walczyć i zaryzykować. Ale tymczasem… Musiałem zrobić to, co
do mnie należało, a pragnienie wolności odłożyć na później.
Na dużo, dużo
później…
Zjechałem z
autostrady i już miałem skręcać w prawo, gdy zobaczyłem stojący na poboczu
policyjny radiowóz. Nie zaniepokoiło mnie to zbytnio, gdyż miliony razy byłem
zatrzymywany, przeważnie za przekroczenie prędkości. Policjant nakazał mi
zjechać na pobocze. Zatrzymałem się i wysiadłem z samochodu, patrząc na
podchodzącego do mnie gliniarza. Ten kazał mi pokazać dokumenty. W tym samym
czasie podszedł drugi i zaczął okrążać moje auto dookoła.
– Niezły wóz.
Lubi się przycisnąć, co? – zapytał, zaglądając do środka przez boczną szybę.
Wzruszyłem
ramionami, czując, że coś jest nie tak.
– Jechałem
zgodnie z przepisami – odparłem.
– Jasne. A
trójkąt pan ma?
– Mam.
– Proszę
otworzyć bagażnik – rozkazał ten, który sprawdzał dokumenty.
Spokojnie
podszedłem do tyłu samochodu i otworzyłem. Czułem, jak mocno bije mi serce, ale
nie dawałem po sobie poznać, że choć odrobinę się zdenerwowałem. A
zdenerwowałem się jak cholera.
– Tutaj jest
– wskazałem na złożony z boku trójkąt.
– Proszę
włączyć światła i kierunkowskazy – kazał drugi gliniarz, stając przy otwartym
bagażniku. Chciałem go zamknąć, ale gliniarz skutecznie mi to uniemożliwił. I
wtedy już wiedziałem, że nie zatrzymali mnie przypadkiem, by przeprowadzić
zwykłą kontrolę drogową. Oni… po prostu na mnie czekali.
Wsiadłem do
samochodu i zrobiłem to, co kazał gliniarz. Przez podniesioną klapę bagażnika
nie widziałem, co robi ten drugi. Usłyszałem tylko, że tamten policjant mówi
coś do tego, który stał koło mnie. Po chwili gliniarz spojrzał uważnie w moją
stronę i otworzył drzwi od samochodu.
– Proszę
wysiąść!
– Coś jest
nie tak? – spytałem, wiedząc doskonale, co, do cholery, jest nie tak. Nie tak
było to, że złapało mnie dwóch gliniarzy, którzy wiedzieli, że w bagażniku mam
paczkę pierdolonej marychy! A wiedzieć to mogli tylko z jednego źródła, bo nie
byli pieprzonymi jasnowidzami!
– Wysiadaj! –
i tak skończyły się uprzejmości.
Wyszedłem
powoli, myśląc, że bez trudu poradziłbym sobie z tymi dwoma facetami. Obydwaj
byli ode mnie o głowę niżsi i nie z takimi miałem przyjemność uprawiać sport
kontaktowy. Ale co by mi to dało? Im chyba to samo przyszło do głowy, bo
widziałem, jak jeden z nich wyciągnął kajdanki, a drugi sięgnął po broń. Dobra.
Nie miałem zamiaru robić nic głupiego. Stanąłem z opuszczonymi rękoma i nagle
zostałem rzucony na maskę, wykręcono mi ręce, a na nadgarstkach poczułem ucisk
kajdanek.
Tak…
Lukas właśnie
stracił dziewictwo.
Ale ten,
który mnie w ten sposób załatwił, zapłaci za to. I to z nawiązką!