Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo MG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo MG. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 grudnia 2014

William Szekspir "Cytaty najpiękniejsze"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MG.



Wydawnictwo MG wydaje ostatnio klasyki literatury polskiej, ale i światowej. Pięknie wystylizowane, w twardej oprawie, cieszą oko, ale i duszę, bo zawsze warto wrócić do źródeł i czerpać z nich to co najcenniejsze. W tej chwili na rynku wydawniczym pojawił się zbiór najpiękniejszych cytatów Williama Szekspira. 

Ta pozycja zawiera cytaty zebrane z dzieł autora, od którego śmierci minęło 450 lat, jednak jego słowa nic nie straciły na wartości, wciąż są żywe, aktualne i jakże niekiedy celnie odzwierciedlają to, co siedzi w ludzkich duszach, charakterach. 

Książka została podzielona tematycznie, mamy, między innymi: 
- maksymy, 
- kobietę, 
- karę, 
- mądrość, 
- miłość, 
- przestrogi, 
- śmierć, 
- wojnę, 
- zdradę 
i wiele innych motywów przewodnich, które prowadzą czytelnika do słów prostych, ale uważnych i idealnie trafiających w punkt. Zbiór „William Szekspir. Cytaty najpiękniejsze” został ozdobiony ilustracjami Daniela Chodowieckiego oraz miedziorytami z książki Samuela Pufendorfa. Stanowi to doskonałe uzupełnienie treści, którą czytelnicy znajdą w tej pozycji.

Lektura może być ciekawym prezentem dla wszystkich tych, dla których literatura jest wartością samą w sobie, a także dla miłośników Szekspira, który w genialny sposób opisał naturę człowieczą, porywy serca, najniższe instynkty kierujące postępkami ludzkimi i cierpienie, jakiego często doświadczali jego bohaterowie.
Polecam, to pięknie wydana pozycja, która powinna znaleźć się w biblioteczce każdego miłośnika słowa pisanego.

„Stać się musiało, co snadź się stało”.

„Kobieta w gniewie, jak zmącona woda”.

„Nie, nie dowiem się, że mam rozum, póki o niego nóg nie połamię”.

„Jakże lepiej płakać z radości niż radować się z płaczu”.

„Rozum i miłość rzadko chodzą w parze za naszych czasów”.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Joanna M. Chmielewska "Karminowy szal"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MG.


Powstało już multum opowieści o przyjaciółkach, ich perypetiach, wspomnieniach, radzeniu sobie z życiem. O marzeniach, pragnieniach, szukaniu swojej drogi na tym świecie. Czy jest możliwe, aby można było napisać coś jeszcze? Coś, co byłoby interesujące, wciągające, intrygujące? Coś… nowego? 

Oczywiście, motywy w literaturze powtarzają się i nie można oczekiwać wynalezienia koła w tym względzie, ale po przeczytaniu najnowszej powieści Joanny M. Chmielewskiej „Karminowy szal” stwierdzam, że inwencja i wena ciągle żyją, a umiejętne poprowadzenie fabuły niejednokrotnie może zdziałać cuda.

Trzy kobiety. Marysia, Marta i Magda. Czyli Magiat. Wielka trójca. Przyjaciółki. Kiedyś trafiły do jednej szkoły z internatem, a właściwie do ośrodka rehabilitacyjnego dla dzieci, połączonego ze szkołą. Wspólne szkolne zmagania, pierwsze przyjaźnie, fascynacje. A także… No właśnie. Co wydarzyło się przed laty, co tak, a nie inaczej naznaczyło trójkę dziewczyn, a teraz kobiet? Każda z nich jakoś ułożyła swoje życie, czasami błądziła, szukając właściwej ścieżki, ale koniec końców robi coś, co pozwala jej normalnie funkcjonować. Tylko dlaczego uporczywe myśli ciągle atakują, przypominając, rysując niechciane obrazy, sprawiając, że przeszłość  wcale nie odeszła, ale jest tu i teraz. Ciągle obecna, tkwiąca, niczym wyrzut sumienia, przypominająca, że jest jeszcze coś, co należałoby raz na zawsze załatwić. Dlatego Magiat spotyka się w ulubionej winiarni Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem i wie, że musi zrobić wszystko, aby zamknąć sprawę z dzieciństwa, bo to może w jakiś sposób pozwoli uporać się z dorosłością.

„Karminowy szal” to powieść obyczajowa, z elementami psychologicznymi, opowiada o krzywdzie, o psychicznym bólu, o próbie odzyskania własnej tożsamości, która dawno temu została zabrana. Zaburzona. Powieść utrzymana właśnie w tonie historii o kobietach, o ich życiu i pragnieniach, nieoczekiwanie przeradza się w bolesny dramat dzieci, które ufały i które to zaufanie straciły. Świat dorosłych okazał się okrutny i bezwzględny, nie zważający na wszystko to, co czyste i niewinne. Czy Maria, Marta i Magda będą potrafiły zamknąć tę bolesną kartę ich wspólnej historii? Czy mają jeszcze szansę na odzyskanie siebie i życie bez demonów przeszłości? Zachęcam do lektury „Karminowego szala”. To historia, która pobudza do refleksji, a także daje nadzieję, że chociaż czasami świat okazuje się bezbrzeżnie zły, to jednak można dostrzec w nim dobro i to ono w końcu zwycięża. Polecam.

wtorek, 5 marca 2013

Katarzyna Enerlich "Prowincja pełna smaków"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MG.


Wraz z budzącą się za oknem wiosną, z nieśmiałymi promieniami słońca, z przejrzystym powietrzem i lekkim wiatrem przyszła do mnie książka. Trochę inna, zaskakująca, smakowita i magiczna. A także pełna optymizmu i jakiegoś wewnętrznego ciepła. Tak więc wiosnę mam nie tylko za oknem, ale także w mojej biblioteczce. A po przeczytaniu „Prowincji pełnej smaków” Katarzyny Enerlich-także w sercu. 

Ta książka obudziła we mnie wielką tęsknotę. Za Mazurami. Kiedyś spędzałam tam wakacje, ale nie byłam w północno-wschodniej Polsce od ponad dwudziestu lat i teraz wiem, czuję, że muszę tam pojechać. Znowu. Wrócić. Poczuć zapach jezior, poczuć tę wolność, piękno, spojrzeć na zachodzące słońce i zdać sobie sprawę, że wiele rzeczy może poczekać. Takie właśnie odczucia wzbudza najnowsza powieść Kasi. Jest świeża, radosna, czasami smutna i bolesna. Ale zawsze odbieramy ten smutek ze spokojem i oczekiwaniem na to, co może się pojawić, z godnością przyjmujemy koleje losu. Tak jak Ludmiła, bohaterka książki. Tak jak Wojtek, jej ukochany, czy Martin, były mąż. Poznajemy losy bohaterów znanych z wcześniejszych powieści mojej ulubionej Mrągowianki. A także ich nowe życiowe perypetie, wiele bolesnych przeżyć z przeszłości, tajemnice, które zostały napisane przez wojenną zawieruchę. Warstwę fabularną wzbogacają wspaniałe przepisy na różne potrawy, często gotowane w Prusach Wschodnich, wedle receptur, które przetrwały do dziś. Autorka pokazuje, że czasami można stworzyć doskonałą i smakowitą potrawę z niczego, dosłownie korzystając z tego, co daje nam łąka lub las. To mnie właśnie ujęło, wstrętnego miastucha, który nauczony jest kupowania gotowców w supermarketach. Może dlatego zatęskniłam za swobodą, naturą, zapragnęłam po prostu odetchnąć. Poza tym w książce jest wiele fotografii autentycznych miejsc opisywanych przez autorkę, czy postaci, których historie stanowią fabułę powieści.

Katarzyna Enerlich potrafi czarować słowem, rysować obrazy w umyśle czytelnika i pobudzać wyobraźnię. A także kubki smakowe. „Prowincja pełna smaków” to pełna magii, optymizmu, radości i wielu pasjonujących historii z przeszłości opowieść, którą powinniśmy koniecznie przeczytać, aby jak najszybciej przegonić zimę z serc i patrzeć z optymizmem w przyszłość. Polecam z całego serca.

czwartek, 29 listopada 2012

Dariusz Michalski "To była bardzo dobra telewizja. Część 1: Misja emisji".

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MG.


Dariusz Michalski to dziennikarz i prezenter radiowy, znany jako współtwórca 144 odcinków telewizyjnego Leksykonu polskiej muzyki rozrywkowej. Jest także autorem wielu programów poświęconych muzyce, m.in. Metronomu, za który otrzymał Złoty Ekran. Stworzył także biografie takich postaci jak: Jerzy Wasowski, Alina Janowska, Wojciech Młynarski, Czesław Niemen, Kalina Jędrusik i Krzysztof Klenczon.

W związku z sześćdziesięcioleciem Telewizji Polskiej powstała opowieść, dzięki której Dariusz Michalski na pewno ułatwił nam, telewidzom, zrozumieć genezę powstania tego medium, przypomniał stare programy, które wielu z nas pamięta, a także pokazał wszystko to, co było i jest nadal dla nas niedostępne, jako dla tych, siedzących po drugiej stronie szklanego okienka.
Książka, opatrzona numerem 1, co daje nadzieję na kontynuację, składa się z szesnastu rozdziałów, stanowiących wycieczkę w przeszłość, kiedy to studio telewizyjne było niczym innym, jak tylko Doświadczalną Stacją Telewizyjną. Dzięki temu, dowiedziałam się, że historia pierwszych „programów” telewizyjnych sięga dalej niż do 1952 roku, bo oto już w 1938 roku w Warszawie dokonano pierwszych prób emisji i odbioru obrazu telewizyjnego: na dwóch aparatach oglądano Barbarę Radziwiłłównę, a także, w celach badawczo-pomiarowych, nadano krótki występ Mieczysława Fogga. Artysta tak to skomentował:

Miałem to szczęście, że wszędzie byłem pierwszy. (…) A kiedy powiedziano mi, że na rynek wchodzi nowy wynalazek, telewizja – zgodziłem się natychmiast. (…) Zrozumiałem, że telewizja to takie jakby kino, tylko to, co się dzieje na szklanym ekranie, dzieje się natychmiast, w jednej chwili i powtórzyć tego już nie można.*

Tak więc historia telewizji rozpoczęła się dużo wcześniej niż podają oficjalne źródła, ale wybuch II wojny światowej przerwał wszelkie działania, a właściwie doświadczenia w tym zakresie i faktyczną datą premiery telewizyjnego medium jest 25 października 1952 roku, kiedy to nadano pierwszy program Doświadczalnej Stacji Telewizyjnej Instytutu Łączności. Ta data uznawana jest za dzień narodzin telewizji polskiej. Od tego momentu rozpoczął się gwałtowny rozwój zarówno strony technicznej telewizji, jak i samych programów, które zaczęły się dynamicznie tworzyć i wciąż ewoluować. Autor przedstawia początki Teatru Telewizji, kiedy to pierwsze spektakle odgrywane były oczywiście na żywo i nie zostały zapisane, tak więc nikt nigdy nie będzie już w stanie ich obejrzeć. Poznajemy także rozwój Teatru Sensacji „Kobra”, który sprawiał, że w czwartkowe wieczory ulice zamierały, bo wszyscy śledzili kryminalne, szpiegowskie i sensacyjne zmagania bohaterów. Sama pamiętam, że w czwartkowy wieczór zasiadałam z rodzicami przed telewizorem i z wypiekami na twarzy oglądałam „Kobrę”.
Ta książka to dla mnie osobista wycieczka w przeszłość. Także do czasów programów dla dzieci. „Piątek z Pankracym”, „Niewidzialna ręka”, „Teleranek” czy później „Tik-Tak”. 
Bogaty w informacje i cenne wiadomości, zarówno dotyczące samej telewizji, jak i sytuacji społeczno-politycznej, jaka nieustannie dyktowała sferę programową i opiniotwórczą tekst, opatrzony jest także cennymi fotografiami, które pokazują w jakich warunkach pracowali i aktorzy i twórcy programów telewizyjnych.

„To była bardzo dobra telewizja. Część 1: Misja emisji” to wartościowa pozycja, stanowiąca cenny materiał i badawczy i historyczny, a także intelektualny, który może posłużyć jako podstawa lekturowa do napisania pracy poświęconej historii telewizji. Ale dla mnie to niezwykła wycieczka w przeszłość, a także w zakazane i niedostępne rejony dla ciekawskiego widza, który rósł wraz z telewizją i zawsze był ciekawy „co dzieje się po drugiej stronie szklanego okienka”. Polecam.

* str. 11, To była bardzo dobra telewizja, Dariusz Michalski, Wydawnictwo MG, 2012.

piątek, 6 lipca 2012

Katarzyna Enerlich "Studnia bez dnia"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MG.


"Tak wiele spotkań zależy od jednego zdarzenia. Gdyby nie ono..."*
 

Te słowa właściwie oddają atmosferę, akcję, główny wątek najnowszej powieści Katarzyny Enerlich, zatytułowanej "Studnia bez dnia". Czasami o naszym życiu decyduje jedno małe wydarzenie, jeden ruch, jeden krok, albo... jedno naciśnięcie zielonej słuchawki w telefonie. Wówczas możemy połączyć się z kimś, kto wcale nie chciał z nami rozmawiać i usłyszeć coś, co wolelibyśmy nie słyszeć i o czym wolelibyśmy nie wiedzieć. Lecz czy niewiedza w pewnych przypadkach na pewno wyszłaby nam na zdrowie? Przekonała się o tym bohaterka powieści, Marcelina, której życie uległo diametralnej zmianie, właśnie wskutek pewnego splotu wydarzeń.

Marcelina została sama, musiała zamienić mieszkanie na mniejsze, znaleźć pracę i próbować odzyskać równowagę. I starać się połatać popękane z żalu serce. Z podwójnego żalu. W dodatku w jej życiu pojawiła się kobieta, którą powinna znienawidzić, a jednak nie potrafi tego uczynić i czuje, że zaczyna darzyć ją coraz większą sympatią, a nawet przyjaźnią. Walcząc z własną przeszłością, Marcelina podejmuje pracę na stoisku z pamiątkami w sercu Torunia. Straganik należy do Tadeusza, toruńskiego rzeźbiarza. Jednocześnie kobieta nadal przyjmuje zlecenia na drobne renowacje ram obrazów, zaprzyjaźnia się z Anną, sąsiadką, z którą spotkała się już wcześniej. Okazuje się, że los często zatacza koło, kierując ludzi tam gdzie chce.
Dziewczyna przebywa też często w pracowni Tadeusza i pewnego razu odkrywa mroczną i tragiczną tajemnicę sprzed trzech stuleci. Dotyczy ona zakochanego i niewiernego mężczyzny. Doprawdy, los czasami jest zabawny!
Do czego doprowadzi bohaterkę ta droga ku zamierzchłym czasom? Czy historia Martinusa Teschnera znajdzie swój koniec i zmęczona dusza dozna ukojenia? Jakie niebezpieczeństwa czyhają na domorosłą panią detektyw?
Zapewniam, "Studnia bez dnia" to prawdziwa wakacyjna przygoda z historią w tle, zatem zagadek i pytań na pewno nie zabraknie.

Katarzyna Enerlich bardzo zaskoczyła mnie tą opowieścią. Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Jest akcja na miarę sensacyjnej, wątek kryminalny, historyczny, obyczajowy. Wspaniale ukazany Toruń, a także życie bohaterki w mazurskiej wsi. Nawet nawiązania do sytuacji Mazurów po zakończeniu II wojny światowej, co po obejrzanej niedawno "Róży", wciąż we mnie żyje i nie daje spokoju myślom.
Na uwagę zasługują fotografie realnych miejsc, w których przebywa bohaterka, a także historycznych śladów, pozostawionych przez przeszłość. Śladów, które mają ogromne znaczenie dla fabuły.

Dla mnie fantastyczna lektura na wakacyjne dni, idealna też dlatego, że w lipcu wybieram się, między innymi, do Torunia. I na pewno pójdę szlakiem Marceliny, Tadeusza, Anny i Janka Muzykanta. Gorąco polecam tę powieść!

* str. 149, Katarzyna Enerlich, Studnia bez dnia, Wydawnictwo MG, 2012.

piątek, 11 maja 2012

Krzysztof Beśka "Wieczorny seans"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MG.

Rzecz to wiadoma, że jestem wielbicielką kryminałów. Różnego autorstwa, różnego kalibru, tych mniej i bardziej krwawych, tych nastawionych bardziej na dedukcję i żmudne interpretowanie pozostawionych przez przestępcę śladów, a także tych pełnych dynamiki, gdzie akcja goni akcję. Coraz bardziej lubię także powieści kryminalne napisane przez polskich pisarzy. I dlatego też w moje ręce trafiła premierowa pozycja Wydawnictwa MG, napisana przez Krzysztofa Beśkę, pod tytułem „Wieczorny seans”. Autor ma już kilka powieści na swoim koncie, jest także twórcą słuchowisk radiowych i tekstów piosenek. Za książkę „Fabryka frajerów” został uhonorowany Wawrzynem 2009 – Literacką Nagrodą Warmii i Mazur oraz Wawrzynem Czytelników.
Teraz serwuje rasowy miejski kryminał, ze żwawą akcją, ciekawą intrygą i jeszcze bardziej intrygującymi bohaterami. Rzecz się dzieje w stolicy, a główny bohater to komisarz Konstanty Podbiał, ambitny, nieco narwany, któremu porywczość czasami rzuca kłody pod nogi. Kostek znajduje się na życiowym zakręcie, bo jego małżonka, znana i lubiana aktorka, Katarzyna Rawska, złożyła właśnie pozew o rozwód. Mężczyzna nie potrafi się z tym pogodzić, bo nadal kocha swoją żonę. Jednocześnie cały czas pracuje w stołecznej dochodzeniówce i już wkrótce zostaje postawiony przed kolejnym poważnym zadaniem. Wszystko zaczyna się od tajemniczego zabójstwa dyrektora jednej z korporacji, dokonanego przez snajpera. Zamordowanym był człowiek, dla którego słowo mobbing stanowiło główny cel pojawiania się w firmie. Znienawidzony przez przełożonych ginie podczas jednego z zebrań i jak nietrudno się domyśleć, mało kto zapłakał po stracie szefa. Komisarz Podbiał, wraz z młodszym aspirantem Tymonem Nowakiem zaczyna prowadzić to śledztwo, które jest tylko sygnałem dla oficerów, że to dopiero początek dziwnej rozgrywki. Wszystkie tropy prowadzą do przeszłości, a kolejne zabójstwa zdają się mieć ścisły związek z kinem. Ale co może łączyć miejsca, w których kiedyś mieściły się warszawskie kina z zagadkowymi zabójstwami? Kostek Podbiał poradzi sobie z tym problemem, chroniąc nie tylko potencjalne ofiary, ale także ukochaną kobietę.
„Wieczorny seans” to pełna akcji, gorzkiego humoru i wyrazistych bohaterów powieść kryminalna, w której zgrabna intryga przeplata się z cyniczno-realistycznymi spostrzeżeniami dotyczącymi współczesnego świata, życia, ludzi, wartości. Ustami głównego bohatera autor wypowiada celne opinie na temat tego, w jakim kierunku zmierza ludzkość. Nie sądzę, aby był to optymistyczny wariant. Fabułę dodatkowo uatrakcyjniają przewijające się postaci, będące prawdziwą wizytówką wielkiego miasta. Poza tym cyklicznie pojawia się pewien policjant, którego rola w zakończeniu sprawy będzie więcej niż kluczowa.
Polecam tę powieść z pełną odpowiedzialnością, to świetny kryminał, napisany wciągającym i bardzo dobrym językiem, zawierający kilka gorzkich prawd o życiu, ujmujący świetnie zarysowanymi bohaterami. Zachęcam, warto!


poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Anne Brontë "Lokatorka Wildfell Hall"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MG.


Anne Brontë to jedna z sióstr Brontë, znanych pisarek z początków XIX wieku. Anne wydała dwie powieści, „Agnes Grey” i „Lokatorka Wildfell Hall”. Ta ostatnia ukazała się pod męskim pseudonimem Acton Bell, teraz książka po raz pierwszy ukazuje się na polskim rynku wydawniczym dzięki Wydawnictwu MG.

Bohaterką tej powieści jest samotna matka, Helen Graham, która wraz z małym synkiem, Arthurem, pojawia się w posiadłości Wildfell Hall. Jest z nimi tylko służąca Rachel. Okoliczni mieszkańcy traktują Helen jak wdowę, ale jednocześnie zachodzą w głowę, kim naprawdę jest piękna i wyniosła kobieta. Która nie ulega konwenansom i zawsze głośno wyraża swoje zdanie. Co nie spotyka się z aprobatą tamtejszej społeczności. Jeden z mieszkańców, Gilbert Markham, zaczyna interesować się nową mieszkanką dworu, co też nie pozostaje bez echa. Helen nie ma zamiaru przyjmować awansów od kogokolwiek, celem jej życia jest wychowanie syna i malowanie, co stanowi jej pasję. Jednak wokół niej krąży jeszcze jeden mężczyzna, pan Lawrence, czego nie może ścierpieć Gilbert. Jak zwykle w takich okolicznościach dochodzi do pomówień, plotek, które głębokim cieniem kładą się na czci i honorze Helen. Co jest jeszcze bardziej dla niej bolesne, bo choć stara się to głęboko ukryć, to jednak zaczyna coś czuć do Gilberta Markhama. Gdy okazuje się, że niedomówienia i oskarżenia przyjmują bolesne formy, Helen postanawia wyznać Gilbertowi prawdę. O sobie, swoim życiu i przeszłości. Wręcza mu gęsto zapisany dziennik, w którym szczegółowo opisała swoje dotychczasowe życie. Okazuje się, że nic nie jest takim, jakim się wydaje, a Helen skrywa tragiczną tajemnicę, którą teraz chce wyznać w imię miłości. Jak zakończy się ta pełna bólu i skrywanych uczuć historia? Zachęcam do lektury tej powieści.
„Lokatorka Wildfell Hall” to opowieść o miłości, ale także historyczne spojrzenie na sytuację kobiet w tamtych czasach. Opowieść o ich codziennym życiu, o ich prawach, o konwenansach, których zawsze i wszędzie muszą się trzymać. O tym, że bez mężczyzny kobieta jest nic nie warta i nie może samodzielnie decydować o sobie. Oprócz historii Helen poznajemy losy innych kobiet, które zmuszane do małżeństwa, żyją w związkach pozbawionych miłości, uczuć i odrobiny szacunku. To gorzka lektura, ale jednocześnie bardzo wciągająca i pouczająca. Polecam, to nieco refleksyjna opowieść, którą należy śledzić z należytą uwagą i zaangażowaniem.
 „- Ale każde z was powinno być na właściwym miejscu. Ty będziesz robił to, co do ciebie należy, a twoja żona – jeśli będzie ciebie godna – to, co należy do niej. I jej powinnością będzie dbanie o twoją wygodę. Jestem przekonana, że twój drogi ojciec był najlepszym mężem, jakiego nosił ten świat, ale gdy minęło pierwsze półrocze naszego małżeństwa, prędzej spodziewałabym się, że zacznie latać niż zada sobie trud i spróbuje sprawić mi jaką przyjemność. Zawsze powiadał, że jestem dobrą żoną, wypełniającą należycie swoje obowiązki. O on nie zaniedbywał swoich – niech Pan świeci nad jego duszą! Był zrównoważony i sumienny, przeważnie sprawiedliwy, zawsze chwalił moją kuchnię i prawie nigdy nie spóźniał się na posiłki. I to wszystko, czego żona powinna oczekiwać od męża”.[1]

[1]    Str. 59, „Lokatorka Wildfell Hall, Anne Brontë, Wydawnictwo MG, 2012.



czwartek, 26 stycznia 2012

Jolanta Kwiatkowska "Pułapka Nowego Roku"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MG.


Jolanta Kwiatkowska ma na swoim koncie już kilka powieści. Kod emocji, Jesienny koktajl czy Rozsypane wspomnienia to tylko niektóre tytuły książek autorstwa tej pisarki. W swoich książkach skupia się na celowości życia, na poszukiwaniu właściwej drogi, na decyzjach, które podejmujemy, czasami błędnych, innym razem trafiających w dziesiątkę. To nie tylko obyczajowe opowieści o życiu kobiet, będących w różnym wieku, żyjących w różnych warunkach, w otoczeniu różnych osób. To także swoiste spektrum charakterów, pragnień, celów, pokazywanych bez zbytniego przegadania, czy sztucznej mądrości, często niesłusznie usprawiedliwianej wiekiem i przeżytymi latami. 
Taką autentyczną bohaterką jest też postać z najnowszej powieści tej autorki, czyli Katarzyna z Pułapki Nowego Roku. Kobietę tę poznajemy w momencie, kiedy zostaje sama w sylwestrową noc i postanawia zrobić osobisty rachunek sumienia, rachunek podsumowujący przeżyte chwile, podjęte decyzje, radości i rozczarowania. Jej córka, Ewa, wychodzi na sylwestrowy bal, a Katarzyna zaczyna analizować całe swoje dotychczasowe życie. Poznajemy jej losy, od momentu, gdy byłą małą dziewczynką, towarzyszymy jej w pierwszych zakochaniach, jesteśmy świadkiem jej osobistych tragedii, zdrad i innych małych trzęsień ziemi. Te retrospekcje pozwalają poznać nam jak wiele twarzy miała Katarzyna, jakimi drogami szła, jak wiele błędów popełniała. Wszystko jednakże, pomimo że czasami zabarwione słodko-gorzką ironią, jest jednak na swój sposób zabawne, bo i sama bohaterka nie jest pozbawiona poczucia humoru. Tak samo jak jej matka i babka.

Jest to książka bardzo mądra, pokazująca jak zagmatwane jest życie, a czasami wręcz przeciwnie, niezwykle proste i to ludzie wnoszą nieporozumienia, niesnaski, pretensje. Być może tej wiedzy nabywamy z wiekiem, innym razem rodzimy się z już "starą duszą", jeszcze innym razem... powinniśmy przeprowadzić taką właśnie wizję lokalną własnych przeżytych lat.

Jolanta Kwiatkowska pisze ujmującym mądrym językiem, jest wiele celnych metafor, filozoficznych spostrzeżeń, lecz wszystko zabarwione jest nutką autoironii i humoru, widać, że autorka potrafi bawić, ale i przemycać pewne wartościowe wskazówki. Świetna lektura dla kobiet w każdym wieku, znajdujących się w rożnych sytuacjach życiowych i podejmujących różne decyzje.

Polecam Pułapkę Nowego Roku. To mądra powieść o kobietach i dla kobiet, która w ujmujący i nieprzegadany sposób pokazuje, że kobietą jest się całe życie i całe życie ma się pragnienia i marzenia, które zawsze warto realizować. Zachęcam do sięgnięcia po tę magiczną, na swój sposób, książkę. A poza tym... trzeba koniecznie się dowiedzieć co to takiego... GKG :)


środa, 11 stycznia 2012

Zapowiedź: "Pułapka Nowego Roku" Jolanta Kwiatkowska


PREMIERA: 19 STYCZNIA 2012r. :))))

AkcjaPułapki Nowego Rokuzaczyna się w piątek. Ale taki, który wypada raz na kilka lat i staje się ostatnim dniem roku. Główna bohaterka, Krystyna, nowo upieczonai to na własne życzenieemerytka, postanawia uczcić go na swój sposób. Wrócić (wspomnieniami) do lat młodzieńczych, gdy nosiła niewdzięczne nazwisko Bubel. Potem przenieść się w czas pierwszego małżeństwa, gdy awansowała na panią Tylko . A ostatnie godziny starego roku spędzić ze szczęśliwą jeszcze kilka lat temu, a teraz już samotną - panią Rajską. Na koniec zatrzasnąć drzwi za przeszłością i otworzyć przyszłośćkluczem, którym miał być toast za nowy Nowy Rok.

Główne
postanowienie Krystyny brzmi:Muszę wejść w Nowy Rok z nowymi pomysłami na życie. Mój każdy następny Sylwester będzie szalony. Do północy rozważam: ma, winien, zyski i straty. O północy wypijam duszkiem kieliszek szampana za skończony bilans. W następnych bąbelkach szukam podpowiedzi na pytanie:Czym urozmaicę sobie wolny czas przyszły z ewentualnym dodatkiem pytanka: z kim?.

Los oczywiście nie szczędzi jej niespodzianek. Ale Krystyna, podobnie jak wszystkie bohaterki książek Jolanty Kwiatkowskiej, wręcz zarażają witalnością, energią i radością życia.
Ta opowieść o kobiecie 50+ może nas wszystkie wiele nauczyć. Każe stanąć przed lustrem i zapytać: a co ja robię z moim życiem, by było lepsze i ciekawsze.
Pułapka Nowego Roku” to wspaniała lekcja odnajdywania radości wśród trudów dnia codziennego.