Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duże Ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duże Ka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 marca 2013

Alicia Giménez-Bartlett "Tam, gdzie nikt cię nie znajdzie"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu DużeKa i wydawnictwa Noir Sur Blanc.


Alicia Giménez-Bartlett to hiszpańska pisarka, mieszkająca w Barcelonie. Zadebiutowała w 1984 roku powieścią „Exit”. Popularność zdobyła serią powieści kryminalnych, jej książki przetłumaczono na piętnaście języków. „Tam, gdzie nikt cię nie znajdzie” to jej kolejna książka, wydana przez wyd. Noir Sur Blanc. Za tę powieść pisarka otrzymała w 2011 roku nagrodę literacką Premio Nadal.

W tej opowieści autorka przenosi czytelnika do Hiszpanii, w której rządy pełni Generał Franco, a ludność cierpi niewyobrażalne katusze, prześladowania, biedę i głód. W tym czasie do kraju opanowanego przez wszechmocne oddziały Gwardii Obywatelskiej przybywa francuski psychiatra, Lucien Nourissier, który zajmuje się badaniami dotyczącymi osobowości przestępców. Teraz przedmiotem jego badań została Pasterka, a raczej Teresa Pla Mesequer, o której krążą dramatyczne i pełne przemocy opowieści. A także nieco sensacyjne plotki, dotyczące jej płci. Bo ciągle nie wiadomo, czy Teresa jest bardziej kobietą czy mężczyzną. Pewne jest jednak, że od lat działa w oddziałach antyfrankistowskiej partyzantki, że jest silna, bezwzględna i odpowiedzialna za szereg morderstw. Lucien chce rozpocząć badania nad tą kontrowersyjną postacią, jednak już wkrótce okaże się, że nie jest to takie proste w ogarniętej prześladowaniami Hiszpanii. Z pomocą przyjdzie mu barceloński dziennikarz, Carlos Infante, który ma nadzieję na spory zarobek. Wkrótce między dwoma mężczyznami wytworzy się coś na kształt przyjaźni, jednak, czy w tym kraju naprawdę można komuś ufać? I kim naprawdę jest Pasterka? Czy na pewno jest winna tylu przerażających morderstw? A może jest… nieszczęśliwym samotnym człowiekiem, któremu przyszło żyć w tym skażonym kłamstwem i mistyfikacjami kraju? Lucien w końcu pozna prawdę, ale będzie dla niego bardzo bolesna, bo nic tak nie boli, jak zdrada.

Powieść hiszpańskiej pisarki naprawdę miejscami boli. Okrucieństwo frankistowskich gwardzistów, prześladowania niewinnych ludzi, szukanie odrobiny wytchnienia. Ludzie skażeni historią, zniszczeni, martwi za życia, ludzie, którzy stracili niemal wszystko, którzy cierpią od lat, wyczekując śmierci jak jedynego wytchnienia. I postać Pasterki, tak wieloznaczna, tak bezbrzeżnie smutna i tragiczna. Powieść wzrusza, powieść burzy wszelkie przekonania, że człowieczeństwo musi być górą, powieść pobudza do buntu, do krzyku, że nie, że tak nie można! Wywołuje obrażenia. I to jest chyba jej najlepszą rekomendacją. Polecam, dla uważnych czytelników, dla czytelników, którzy oprócz warstwy fabularnej docenią także historyczne podstawy przedstawionej opowieści. Poruszająca i wciągająca. Na pewno warto mieć tę książkę w swojej biblioteczce.

Podczas rytuału obcinania włosów nieustannie płakała. Bez wątpienia przeżywała olbrzymią traumę. Mogła czuć się mężczyzną, ale żyła zawsze jako kobieta. Żegnała się z różnymi sprawami, przede wszystkim sama ze sobą. Pamiętała upokorzenia, ból, samotność, była zarazem świadoma wszystkich tych wspomnień zarówno negatywnych, jak i pozytywnych; oznacza to, że wszystko, co ją definiowało jako istotę ludzką, znikało w tym momencie nieodwracalnie”.[1]



[1] Str. 215, Tam, gdzie nikt cię nie znajdzie, Alicia Giménez-Bartlett, Noir Sur Blanc, 2012.

poniedziałek, 4 marca 2013

Aukai Collins "Mój dżihad"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu DużeKa i War Report.


Czasami warto poznać drugą stronę medalu. Przekonać się jakimi pobudkami kierują się inni, ci, których czasami postrzegamy oczami większości, oczami utartych schematów i wydeptanych ścieżek. Ale życie to nie prosta droga, którą wszyscy podążają wedle tych samych map. To ogrom różnorakich ścieżek, kalejdoskop wyborów i cała plejada motywatorów. Czym kieruje się młody Amerykanin, przechodzący na Islam i wstępujący w szeregi wojowników Świętej Wojny?

W paradokumentalnej powieści „Mój dżihad” Aukai Collins opowiada o swoim życiu, pragnieniach, wyborach, pobudkach. Dorastał w trudnych warunkach, każdego dnia walcząc o siebie, jako człowieka. Gdy przebywał w poprawczaku przeszedł na Islam i dopiero wówczas zobaczył, co tak naprawdę jest ważne. Co jest cenne. I o co warto walczyć. Wraz z nim przemierzamy świat, wraz z nim odkrywamy idee, którymi rządzi się religia Islamu. I wraz z nim przeżywamy rozczarowanie tym, co zafundowali muzułmanom Osama bin Laden i jego poplecznicy. Patrząc na to, dochodzimy do wniosku, że nic nie jest czarne i białe, życie to także wszelkie odcienie szarości i związane z tym meandry, w które czasami wpadają ludzie. Których pewnie postrzegalibyśmy sztampowo, nadając im od razu pewne twarze, wyuczone, schematyczne, znane z informacji telewizyjnych czy artykułów w prasie. A tymczasem może warto się przekonać, że nie wszystko da się skategoryzować i czasami trzeba poznać tę drugą stronę medalu i wyrobić sobie własny osąd.

Książka, a właściwie zapis przeżyć i dokonań Collinsa, to niekiedy wstrząsająca opowieść o fascynacji, przekonaniach, ideach, walce, a potem gwałtownym zderzeniu z rzeczywistością, bolesnym rozczarowaniu i próbie odnalezienia ponownego celu w życiu. Książka zawiera także sporo fotografii obrazujących drogę żołnierza-islamisty, a także jego obszerne słowo wstępne, skierowane tylko do polskiego czytelnika. Polecam, wciągająca, wzruszająca, dająca do myślenia lektura. Która oprócz ładunku emocjonalnego zawiera także spory merytoryczny materiał, pokazujący wydarzenia znane z mediów z nieco innej pozycji. Warto.


środa, 21 listopada 2012

Jacek Inglot "Wypędzony"

Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Erica i portalowi DużeKa.


Gdy portal Duże Ka wraz z Instytutem Wydawniczym Erica zaproponowali mi tę powieść do recenzji, po zapoznaniu się z tematyką pozycji nie zastanawiałam się ani przez chwilę. Ja, Wrocławianka, na swój sposób zawsze zafascynowana przeszłością tego miasta, może nie na jakimś profesjonalnym poziomie poszukiwacza śladów historii, ale z chęcią czytająca opowieści z dawnych lat, najchętniej zasłyszane wprost od osób, które wówczas żyły, nie mogłam sobie odmówić przyjemności zapoznania się z tą lekturą. Mowa oczywiście o najnowszej powieści wrocławskiego prozaika, Jacka Inglota, zatytułowanej „Wypędzony. Breslau-Wrocław 1945”.

Tytuł jest wielce wymowny i od razu kieruje nasze myśli na odpowiednie tory. Rok 1945, odzyskanie ziem zachodnich, powrót „piastowskiego” Wrocławia, wysiedlenia. Ale także mordy, gwałty i szabrownictwo na globalną skalę. Do tego zniszczonego i wciąż dewastowanego miasta przybywa porucznik Armii Krajowej, Jan Korzycki, któremu udało się uciec z łap bezwzględnego ubeka, Kamana. To co zastaje w Breslau nie daje najmniejszych szans na rozpoczęcie tutaj jakiegokolwiek bytowania. Chowający się pod gruzami Niemcy, głównie starcy, kobiety i dzieci. Panoszące się wojsko sowieckie. I dzikie hordy polskich szabrowników, którzy nie wierzą, że Breslau ma szansę stać się Wrocławiem, w związku z tym trzeba wykorzystać ten moment i ogołocić konające miasto z tego, co jeszcze nadaje się do wywiezienia. Korzycki, pod zmienionym nazwiskiem, zostaje komendantem jednego z powstających posterunków Milicji Obywatelskiej i z garstką milicjantów próbuje zachować względny porządek w ogarniętym chaosem mieście. Jednocześnie chce ująć komendanta ukrywających się resztek niemieckich żołnierzy, który zarzuca miasto ulotkami nawołującymi Niemców do walki o Festung Breslau. W międzyczasie porucznik AK walczy także z szabrownictwem i przemocą w stosunku do bezbronnej niemieckiej ludności, a jednocześnie stara się nie wpaść w łapy UB. Czy mu się to uda? I kto naprawdę stoi za niemiecką propagandą? Zachęcam do sięgnięcia po tę powieść, aby znaleźć odpowiedzi na te i szereg innych pytań.

Nie nazwałabym „Wypędzonego” kryminałem retro, tak modnym i często eksploatowanym w ostatnich czasach. Myślę, że Jacek Inglot pokusił się o coś więcej. Oprócz wątków kryminalnych i sensacyjnych mamy tutaj historyczny rys tworzenia się polskiej społeczności na ziemiach odzyskanych, a sposób, w jaki to zostało przedstawione, sprawia, że jako mieszkanka Wrocławia zaczynam się zastanawiać, na jak wielu tragediach ludzkich została oparta moja obecność tutaj, dzisiaj, teraz. Te odwieczne dylematy zaczynają mieć szerszy i głębszy wymiar, po przeczytaniu tej książki. Autor pokazuje także odmienne opinie dotyczące samej idei II wojny światowej i przywództwa Hitlera. Nie tłumaczy Niemców, nie usprawiedliwia Polaków, pokazuje tylko racje jednej i drugiej strony. Przedstawia także stosunek Polaków do Żydów i na odwrót. Czytając to, zaczynam się zastanawiać, jak to w ogóle możliwe, że na takiej ziemi powstało tak piękne miasto, w którym mieszkam niemal od urodzenia? Dla mnie ta powieść, to nie tylko sensacja z wyższej półki, to także swoista lekcja historii i próba zrozumienia tego, co działo się w atakowanym przez Niemców, Polaków, Rosjan i hordy szczurów mieście. Polecam, naprawdę wartościowa i wciągająca pozycja książkowa.

niedziela, 6 maja 2012

Colleen Houck "Klątwa tygrysa"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu DużeKa i wydawnictwa Otwartego.

Wcześniej recenzja ukazała się na portalu DużeKa TUTAJ

Zanim debiutancka książka Colleen Houck „Klątwa tygrysa” ujrzała światło dzienne, już obrosła swoistą legendą. Oto nieznana nikomu autorka, zakochana w serii „Zmierzch” postanawia napisać paranormalną historię miłości dziewczyny i tygrysa. Ale nikt nie chce tego wydać. Zdeterminowana kobieta wydaje książkę własnym sumptem i już wkrótce zaczynają się o tę opowieść bić największe wydawnictwa w Stanach. Amerykański sen? Pewnie tak. Szkoda tylko, że jakoś nie dałam się mu uwieść.
Kelsey Hayes to osiemnastolatka, która po ukończeniu szkoły średniej szuka wakacyjnego zajęcia. Wychowywana jest w rodzinie zastępczej, jej rodzice zginęli w wypadku, gdy Kelsey była małą dziewczynką. Kels nie jest typem szkolnej piękności, ma tendencję do tycia, zaplata włosy w warkocz i ma sobie trochę do zarzucenia. Typowa dziewczyna z kompleksami. Chyba skądś to znam? Była taka… Bells. Mniejsza z tym. Tak więc bohaterka szuka zajęcia i dostaje pracę w cyrku, który właśnie przybył do miasteczka. Okazuje się, że będzie pomagać przy psach, a także przy białym tygrysie, który jest główną atrakcją cyrkowego widowiska. Od początku ma wrażenie, że coś ją przyciąga do niebieskich oczu tygrysa. Czy możliwa jest przyjaźń nieśmiałej dziewczyny i tygrysa? Ależ tak. Mało tego. Pojawia się tajemniczy pan Kadam, który kupuje tygrysa Rena i proponuje dziewczynie udział w niesamowitym przedsięwzięciu. Otóż chce zawieźć Rena do rezerwatu w Indiach i potrzebuje asystentki. Proponuje Kelsey pracę na całe lato. Dziewczyna długo się nie zastanawia, postanawia wyjechać wraz z Kadamem i Renem do odległego kraju. Wszystko idzie jak po maśle, dopóki nagle zamiast białego dużego kociaka nie pojawia się zniewalający przystojniak o złotej skórze, niebieskich oczach i czarnych lokach. Okazuje się, że to hinduski książe Dhiren, który żyje w ciele tygrysa od ponad trzystu lat. Zdradzony przez brata, Kishana i narzeczoną, padł ofiarą okrutnej klątwy. Jego brat także żyje w ciele tygrysa, obaj mogą przyjąć ludzką postać tylko na dwadzieścia cztery minuty w ciągu dwudziestu czterech godzin. Okazuje się, że Kelsey jest wybranką, która jako jedyna może pomóc zdjąć klątwę. Rozpoczyna się szalona przygoda, rodem z serii o Indiana Jones’ie. Tajemne pułapki, węże, chrabąszcze, zapadające się groty. Kelsey z każdej opresji wychodzi cało, Ren i Kishan ostrzą sobie na nią kły i nie tylko, dziewczyna staje się obiektem ich uczuć, nie mających (albo i mających) wiele wspólnego ze zwierzęcym instynktem.
Jak zakończy się ta historia? Cóż. Nie zakończy się, bo to pierwsza część serii. Zdecydowanie mogę stwierdzić, że „Klątwa tygrysa” przeznaczona jest dla młodszego czytelnika. Można potraktować tę historię jako powieść przygodową z wątkami paranormalnymi. Na uwagę zasługują pewne odniesienia do hinduskich legend, wątki ściśle związane z Indiami. Mnie nieco drażniło infantylne postępowanie głównej bohaterki, która od początku do końca tak bardzo nie wierzy w siebie, że nie jest w stanie także uwierzyć w szczerą miłość pięknego księcia. To założenie jej nieco „emowskiej” natury było dla mnie nieco naciągane, tak jakby na siłę autorka chciała wykreować główną bohaterkę na „dziewczynę z sąsiedztwa”, z którą mogą teraz utożsamiać się tysiące nastolatek. Nie ukrywam, analogia nasuwa się sama. Układ dziewczyna-wampir, kontra dziewczyna-książę vel tygrys. Nie wiem czy sięgnę po kolejne odsłony tej historii, ale jestem pewna, że nastolatki z całego świata już dokonują bolesnej zamiany z wampira na hinduskiego księcia.

piątek, 27 kwietnia 2012

Suzanne Collins "Igrzyska śmierci"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu DużeKa i wydawnictwa Media Rodzina.

Recenzja ukazała się wcześniej na portalu DużeKa, pod tym LINKIEM

Przyszłość. Postapokaliptyczne Stany Zjednoczone. Nie ma już państwa „nieograniczonych możliwości”. Teraz to kraj zwany Panem, podzielony na Dystrykty, inwigilowane i będące po ciągłym nadzorem Kapitolu. Dystryktów jest dwanaście, kiedyś było o jeden więcej, ale bo buncie ten ostatni został całkowicie zniszczony. Od tamtej pory, aby przypomnieć mieszkańcom o tej nieudanej próbie postawienia się najwyższej władzy i pokazać, gdzie jest ich miejsce i rola w obecnej rzeczywistości, Kapitol co roku organizuje Głodowe Igrzyska. Z każdego Dystryktu wyłaniani są Trybuci: chłopak i dziewczyna, w wieku od 12 do 18 lat. Umieszczani są na wielkiej, podłączonej do kamer arenie, gdzie pod okiem widzów walczą o przetrwanie. Na śmierć i życie. Bo zostać może tylko jeden Trybut. Który tym samym zagwarantuje swojemu Dystryktowi pomoc i żywność ze strony Kapitolu. Takie przyszłościowe reality show.
Główną bohaterką „Igrzysk śmierci”, autorstwa Suzanne Collins jest Katniss Everdeen. Opiekuje się swoją młodszą siostrą Prim i matką, która po śmierci ojca popadła w marazm i zapomniała, że ma dwie córki, którymi trzeba się zająć. Katniss mieszka w Dwunastym Dystrykcie, gdzie głód nader często zagląda mieszkańcom do żołądków i przez to dziewczyna staje się mistrzynią w polowaniach na drobną zwierzynę, poszukiwaniu żywności w lesie i handlu na miejscowym targowisku, zwanym Ćwiekiem. Działa wspólnie z przyjacielem - Gale'm, który jest świetnym i łowcą i tropicielem. Oboje nienawidzą Kapitolu, Głodowych Igrzysk, oboje muszą opiekować się swoimi matkami i rodzeństwem. Miłość do rodzeństwa okazuje się być kluczowa w przypadku losów Katniss. Gdy nadchodzą kolejne igrzyska, z wielu setek losów w ich dystrykcie zostaje wylosowana dwunastoletnia Prim Everdeen. Jej starsza siostra nie może dopuścić, aby mała dziewczynka wzięła udział w tej śmiertelnej walce, dlatego zgłasza się na ochotnika. Tym samym rozpoczyna się dla niej pełna zabójczego niebezpieczeństwa walka o przetrwanie. Razem z nią do Kapitolu jedzie drugi Trybut, Peeta Mellark, syna piekarza, wobec którego Katniss ma pewien dług wdzięczności. Jak zakończy się ta bezlitosna walka o przeżycie? Czy można zaprzyjaźnić się ze swoim wrogiem? A czy można się... zakochać? Lecz jak to możliwe, skoro zostaje tylko jeden Trybut? Pytania, wybory, decyzje. Tych Katniss będzie musiała podjąć wiele. A czy będzie potrafiła wyzbyć się resztek człowieczeństwa i zamienić w maszynę do zabijania? Cóż. Zachęcam do sięgnięcia po tę książkę.
Lektura „Igrzysk śmierci” to nie tylko na swój sposób przygodowa opowieść o życiu w świecie pozbawionym litości, gdzie jednostka jest częścią większego planu i musi go realizować i poddawać się bez szemrania decyzjom najwyższej władzy. To także historia zahaczająca o elementy thrillera psychologicznego, gdzie ukazane są zachowania ludzi w przypadku zagrożenia życia, ich wybory, ich zasady, które często ulegają załamaniu. W pewnym sensie ta opowieść przypomina mi „Wielki marsz” Stephena Kinga, gdzie akcja powieści też rozgrywa się w nieokreślonej przyszłości, w której co roku organizowany jest tytułowy wielki marsz. W rozgrywce tej bierze 100 chłopców, których zadaniem jest... iść. Wygrywa ten, który pozostanie sam na placu boju. Bo gdy któryś z uczestników nie ma siły już dalej powłóczyć nogami, dostaje ostrzeżenia i wkrótce zostaje zastrzelony. Podobieństwo koncepcji narzuca się samo.
Powieść Suzanne Collins to świetna wciągająca historia, którą czyta się z zapartym tchem, denerwując, irytując, czasami wzruszając na przemian. Jest to pierwszy tom trylogii, a w kinach pojawiła się właśnie adaptacja pierwszej części. Polecam tę lekturę, to nie jest książka młodzieżowa, jak może być postrzegana, to wciągająca historia ludzi, którzy istniejąc w świecie chorych zasad wciąż pamiętają, że co to znaczy być człowiekiem.
„Zastanawiam się, jakby mi się żyło w świecie, w którym jedzenie zjawia się po naciśnięciu guzika. Jak spędzałabym czas, który teraz poświęcam na przeczesywanie lasu w nadziei na znalezienie pożywienia, gdyby było tak łatwo osiągalne jak tutaj? Co robią całymi dniami mieszkańcy Kapitolu, poza ozdabianiem ciał i wyczekiwaniem na kolejne dostawy trybutów, skazanych na śmierć dla rozrywki widzów?”[1]





[1]Str. 64, Igrzyska śmierci, Suzanne Collins, Media Rodzina, 2009



wtorek, 13 marca 2012

Rachel Ward "Numery-Chaos"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu DużeKa i wydawnictwa Wilga.


Ta recenzja wcześniej ukazała się na portalu DużeKa TUTAJ


Filmów i książek o nadchodzącej apokalipsie, dniu sądu ostatecznego, nadchodzącym końcu świata powstało już wiele. Za każdym razem historie wzbudzają szereg emocji, poruszają odwieczne pytania, dotyczącego tego, jak długo będzie istniał nasz świat? Czy nadejdzie epoka lodowcowa, czy może uderzy w nas kometa, albo zostaniemy zaatakowani przez wrogich przybyszów z innej planety? Nikt tak naprawdę w to nie wierzy, nie wychodzi aż tak daleko w przyszłość, wierząc, że ten problem akurat nas nie będzie dotyczył. Ale jeśli w naszym otoczeniu pojawiłby się ktoś, kto wiedziałby kiedy zginiemy i okazałoby się, że data ta zbieżna jest z datą śmierci setek tysięcy innych osób, jak zareagowalibyśmy? Pewnie popukalibyśmy się w czoło i czym prędzej oddalilibyśmy się od takiej osoby.

Adam ma szesnaście lat i dar, który odziedziczył po swojej zmarłej matce. W oczach napotkanych ludzi widzi datę ich śmierci. Zauważa pewną prawidłowość, gdyż w spojrzeniu większości osób pojawia się ta oto data: 112027. Co wydarzy się w Londynie w Nowy Rok? Adam tego nie wie, ale wierzy, że będzie to ogromna katastrofa, która zdziesiątkuje mieszkańców stolicy Anglii. Jak chłopak ma sprawić, żeby ktokolwiek mu uwierzył, jak ma ostrzec innych ludzi? W jego zdolności wierzy tylko babcia, która sama posiada dar widzenia człowieczej aury.
Sara ma szesnaście lat, ojca, który zniszczył jej dzieciństwo i zabrał niewinność. Teraz ucieka z domu, bo wie, że musi uwolnić się od tego człowieka, który uczynił z niej rzecz. W dodatku nie jest już sama i teraz musi myśleć jeszcze o kimś. Sarę prześladuje okrutny sen, w którym wszystko płonie i ulega zagładzie, a jakiś chłopak z blizną na policzku zabiera z jej rąk małą dziewczynkę i znika w płomieniach.
Co połączy Sarę i Adama i czy uda się ocalić Londyńczyków? Aby się tego dowiedzieć, polecam lekturę powieści Rachel Ward, zatytułowanej "Numery-Chaos".
 
Pozycja ta stanowi drugi tom cyklu, ale w niczym to nie przeszkadza, gdyż każda historia stanowi pewną całość. Powieść reklamowana jest jako książka dla młodzieży, ale powiem szczerze, że dorosły czytelnik nie będzie zawiedziony. ?Numery? czyta się jak dobrą sensacyjną opowieść, która przedstawia przyszły świat pełen przemocy, ograniczenia wolności jednostki i nadchodzącego kataklizmu. Nikt nie może czuć się bezpiecznie, ludzie są czipowani i nie mogą zrobić kroku bez kontroli przez służby państwowe. Fantastyczny scenariusz? Być może. Albo inaczej. Oby! Dodatkowym wątkiem uatrakcyjniającym akcję jest napięcie i uczuciowe i seksualne, występujące pomiędzy dwójką głównych bohaterów.
Zachęcam do lektury cyklu autorstwa Rachel Ward, sama z chęcią sięgnę po wcześniejszą i kolejną książkę z tej serii.

"Ale ułamek sekundy kontaktu wzrokowego mi wystarczy, żeby zobaczyć ich numery, inny numer dla każdego-różne daty oznaczające koniec ich życia.
Tylko że te numery wcale nie są takie różne. Pięć z nich kończy się na 12027, a dwa są dokładnie takie same: 112027.
Serce wali mi teraz mocno, oddycham płytko i szybko. Sięgam do kieszeni i znowu wymacuję notes. Ręce mi się trzęsą, ale udaje mi się go wyciągnąć i otworzyć na właściwej stronie.
Oni są jak facet w kolejce do żarcia-zostało im tylko sześć miesięcy.
Umrą w styczniu przyszłego roku.
Umrą w Londynie". *
 
* Str. 15, Numery-Chaos, Wydawnictwo Wilga SA, 2011 

wtorek, 27 grudnia 2011

Moje publikacje na portalu Duże Ka

Od jakiegoś czasu współpracuję z tym zwariowanym portalem i bardzo sobie tę współpracę chwalę:) Teraz redakcję działu Książka objęła moja przyjaciółka Kasia Taki jest świat , tak więc działa się nam wespół zespół świetnie.

W ostatnim czasie ukazały się na portalu moje kolejne recenzje, które po jakimś czasie pojawią się także na moim blogu. Póki co, zapraszam na Duże Ka, można tam przeczytać moje opinie na temat dwóch ciekawych powieści:








środa, 14 grudnia 2011

Patricia Highsmith "Ripley pod wodą"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu DużeKa.

Recenzję można także przeczytać tamże: CZYTAJ



Jak to jest być zabójcą, oszustem, paserem, bezlitosnym graczem? Do tego sprytnie unikającym odpowiedzialności, mistrzem kamuflażu, ekspertem od przybierania masek, idealnym "drugim ja". I gdy jeszcze wszystko sprzyja, okoliczności są więcej niż sprzyjające i nawet autor, twórca, stworzyciel jest mi przychylny? Wówczas... wszystko jest prostsze i nie ma rzeczy niemożliwych. Taką właśnie postacią, szczęśliwcem z pogmatwaną duszą jest główny bohater serii książek o Tomie Ripleyu, autorstwa Patricii Highsmith. To angielska autorka kryminałów, które w większości zostały zekranizowane, między innymi przez Alfreda Hitchcocka. Highsmith zasłynęła właśnie serią o Ripleyu, a chyba jedną z najbardziej znanych adaptacji filmowych jest "Utalentowany pan Ripley", w której główną rolę zagrał znany amerykański aktor, Matt Damon.

W najnowszej książce Patricii Highsmith poznajemy następne losy Toma Ripleya, który prowadzi spokojne życie w Fontainebleau wraz z ukochaną Heloizą. Jednakże już wkrótce w jego życiu pojawi się ktoś, kto wyraźnie zagrozi jego spokojnej egzystencji. Niedaleko ich ukochanej rezydencji zamieszka niejaki Pritchard, wraz z nieco rozchwianą emocjonalnie żoną Janice. Oboje w pełni zasłużą na miano dziwaków, a sam Pritchard zacznie w niezrozumiały sposób pojawiać się w tych samych miejscach co Ripley. Gdy Tom i Heloiza wyjadą do Maroka i tam także spotkają zagadkowego sąsiada, w Tomie obudzi się drapieżca i wówczas skończy się gra pozorów, a rozpocznie rozgrywka na śmierć i życie. 

"Ripley pod wodą" to kawał dobrej, wciągającej kryminalnej prozy, z wartką akcją, bohaterami nakreślonymi mocną kreską, ale nie przerysowanymi. Charakterystyczną cechą książek z tej serii jest niebywała sympatia, dopingowanie i sprzyjanie głównemu bohaterowi przez autorkę. A przecież nie można powiedzieć, że ten bohater jest bohaterem bez skazy. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że jest to czarny charakter opowieści Patricii Highsmith i to wcale nie jest niedomówienie, ani z drugiej strony przesada. Jednakże wyraźna i nieukrywana sympatia autorki do Ripleya udziela się także czytelnikowi, który czasami wbrew ukazanym wydarzeniom także kibicuje Tomowi i życzy źle jego wrogom. W tym przypadku antypatycznemu Pritchardowi.

Książka jest przykładem dobrze skonstruowanego kryminału z wątkami sensacyjnymi, nawet szpiegowskimi, ze świetnym suspensem i ujmującym bohaterem. Myślę, że zwolennicy tego właśnie gatunku nie będą zawiedzeni. I jest to kolejna seria, po którą warto sięgnąć i zapoznać się z całością perypetii Toma Ripleya. Polecam.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Umberto Eco "Cmentarz w Pradze"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu DużeKa.

Recenzja została opublikowana na tymże portalu. TUTAJ



Teorie spiskowe. Co jakiś czas słyszymy to hasło, przy okazji co dramatyczniejszych wydarzeń na światowej scenie, czy to politycznej, czy społecznej, czy wreszcie w odniesieniu do historii. Działania jednostki lub grupy ludzi mające na celu wpojenie do opinii publicznej zafałszowanej prawdy o danym wydarzeniu czy sytuacji, aby osiągnąć swój osobisty cel. Manipulacja, manewrowanie każdym człowiekiem na świecie, kreowanie zrozumienia zaistniałych sytuacji w taki sposób, aby było to zgodne z zamierzeniami i planami autorów spisku. Czy jest to możliwe. Aby na globalną skalę przeprowadzić takie działania? Co należy zastosować? Na pewno efekt synergii. Poza tym synchronizm, konsekwencję, bezlitosne trzymanie się planu. A może to tylko wymysł tych, którzy wszędzie doszukują się podstępu i nie wierzą w nieszczęśliwe zbiegi okoliczności, tragiczne wydarzenia, które spłatał tylko i wyłącznie los? Prawda, jak zawsze, może leżeć po środku, jednakże jako materiał literacki jest to na pewno interesujący i dający wiele możliwości motyw.

To właśnie wykorzystał w swojej najnowszej powieści Umberto Eco. Stworzył enigmatyczną postać Simona Simoniniego, który staje się odpowiedzialnym za sfabrykowanie kolejnej spiskowej historii dziejów, swoistej urban legend, która powtarzana i przekazywana przez kolejne i następne pokolenia, stała się prawdą czasów przeszłych. Ale czy ta prawda jest prawdziwa? Skoro sam autor twierdzi, że większość postaci z „Cmentarza w Pradze” jest realna? Na kartach powieści spotkamy Garibaldiego, młodego Freuda, a i sam Simonini jest podobno postacią na wpół autentyczną. Rzeczony bohater to postać co najmniej zagadkowa. Wydawać by się mogło, że cierpi na rozdwojenie osobowości, zajmuje się fałszerstwami, a także bezlitosnymi zabójstwami, szpiegostwem, jest człowiekiem pozbawionym wszelkich zasad. Nienawidzi Żydów i rzeczony antysemityzm jest wyznacznikiem jego działań. Generalnie historia aż ocieka nienawiścią do narodu żydowskiego, zresztą inne narodowości też dostają coś od krytycznego Simoniniego.

„Włoch jest podstępny, kłamie i zdradza, woli sztylet od szpady, truciznę od lekarstwa”.
„Francuzi sądzą, że cały świat mówi po francusku. (…) Są źli, zabijając z nudów.”
„Niemców charakteryzuje wydzielanie cuchnącego potu. (…) Niemiec cierpi stale na niestrawność spowodowaną nadmierną konsumpcją piwa i kiełbasy wieprzowej, za którymi przepada.”

Wiedziony krytykanctwem i nienawiścią do ludzi i świata bohater, dokonuje fałszu stulecia, o ile nie milenijnego sfabrykowania pewnego dokumentu, który zamienia się w legendę. Tworzy Protokoły Mędrców Syjonu, prawdopodobny dokument, który powstał po spotkaniu na cmentarzu w Pradze, a mający na celu osiągnięcie przez naród żydowski bezwzględnej dominacji nad światem.  Jest to jeden z licznych wątków, które ocierają się o spiskową teorię dziejów, generalnie bohater zieje nienawiścią do wszelkich nacji i organizacji i działa szeroko na tej niwie, aby dokonać ich zniszczenia.

Powieść Eco to wielowątkowa, myląca tropy, stylowa, nieco zagmatwania historia człowieka, który w swojej nienawiści do świata posunął się tak daleko, że zatracił zdolność postrzegania tego, co jest dobre, a co złe, co jest prawdą, a co sfabrykowaną historią, fałszerstwem, podróbką. Eco bawi się czytelnikiem, bawi się słowem, czasami nieco nuży, innym razem wciąga czytającego w pasjonującą opowieść. Innym razem też bawi swoim sardonicznym poczuciem humoru.

Nie powiem, że jest to łatwa powieść, czytać ją należy w skupieniu a i tak czasami można pogubić się w meandrach mylnych tropów, którymi zmierza autor. Jednakże taka jest proza Umberto Eco, w ociekających erudycją wersach można znaleźć wiele dla duszy i umysłu, trzeba tylko umieć szukać i wczytać się całym sobą. Dla wielbicieli tego autora na pewno lektura obowiązkowa.

czwartek, 18 sierpnia 2011

David Nicholls "Jeden dzień"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu DużeKa. Recenzja jest dostępna także TUTAJ


„Przyjaźń poznaję po tym, że nic nie może jej zawieść, a prawdziwą miłość po tym, że nic nie może jej zniszczyć”.

Antoine de Saint-Exupéry

Po lekturze książki „Jeden dzień” Davida Nichollsa, jestem pewna, że powyższe stwierdzenie jest prawdą. Jeśli dwoje ludzi łączy przyjaźń, ale taka szczera, z głębi serca, oscylująca na granicy uzależnienia, wówczas nawet najgorsze czyny nie są w stanie jej zawieść. A jeśli jest pomiędzy nimi coś o wiele większego, miłość tak mocna i trwała, a jednocześnie pełna zawirowań i uderzeń losu, to pomimo tego ostatniego, nic nie jest w stanie jej zniszczyć.

Na pewno o wiele więcej na ten temat mogliby powiedzieć bohaterowie „Jednego dnia”.Emmę Morley i Dextera Mayhew poznajemy 15 lipca 1988 roku, w momencie gdy po rozdaniu dyplomów lądują w sypialni wynajmowanego pokoiku Emmy. Dziewczyna to idealistka w okularach, kompletnie nieświadoma swojej urody, Dexter to łamacz serc niewieścich, pozbawiony problemów natury finansowej, za to przepełniony pewnością siebie i poczuciem własnej wartości. Czy to, co ich łączy, będzie trwałe? Czy to przyjaźń? A może coś więcej?Będziemy świadkami wielu takich „15 lipca”, wyrwanych z ich życia na przestrzeni dwudziestu lat. Autor przedstawia losy Emmy i Dextera w postaci jednodniowych obrazów, dzięki którym jesteśmy świadkami ich wzlotów i upadków, marzeń, tęsknot, pragnień, związków. A jednocześnie widzimy jak bardzo są ze sobą związani, chociaż tutaj określiłabym to nawet uzależnieniem, zwłaszcza ze strony Dextera. Który w swoim życiu miał więcej upadków, niż wzlotów, popełniał mnóstwo błędów i zawsze, gdy czuł się, że grunt zaczyna usuwać mu się spod nóg, wzywał na pomoc Emmę. Bohaterowie żyją swoim życiem, ale ciągle mają świadomość istnienia tej drugiej osoby, może będącej tą „drugą połówką”? Tego nie wiedzą, tego nie wie nawet czytelnik, ale pewne jest, że łączy ich coś, czego nie da się zawieść i nie da się zniszczyć.

Na uwagę zasługuje ciekawa kompozycja powieści, swobodny i ujmujący język, żywe barwne dialogi, niekiedy żartobliwe, w innym miejscu bardzo wzruszające. To wielka umiejętność, aby z historii o życiu kobiety i mężczyzny zrobić opowieść, której akcja dzieje się w dwóch dekadach przełomu XX i XXI wieku i nawet jeśli nie ma tu wyraźnie zaznaczonego wątku głównego, to i tak od książki nie można się oderwać. „Jeden dzień” wciąga, sprawia że chce się jak najszybciej dotrzeć do finału, aby zobaczyć, czy przyjaźń jest przyjaźnią, czy może miłością? 

Polecam tę opowieść przede wszystkim wrażliwcom, gdyż można podczas jej lektury i wzruszyć się i spłakać. Autor ukazuje życie, takie jakim jest, z wszystkimi zagrożeniami, jakie pojawiają się przed ludźmi, z pokusami, złymi wyborami, podejściami do naprawiania tego, co zostało popsute. Ta historia sprawia, że bohaterowie stają się nam bliscy i znamy ich prawie, tak jak siebie samych. Możemy z tej perspektywy spojrzeć na swoje życie i doszukać się w nim swoich własnych piętnastych dni lipca.