Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 lutego 2015

Patience Bloom "Romans to moja praca"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa WAB.


Patience Bloom swe życie zawodowe związała z gorącymi romansami, wydawanymi przez wydawnictwo Harlequin. Specjalizuje się w thrillerach romantycznych, ale to właśnie typowe romansidła stały się jej chlebem powszednim i osnową fabuły jej debiutu literackiego „Romans to moja praca”.

Kocha schematyczność, prostotę, zwyczajność przedstawianego świata i nieuchronny happy end w powieściach, nad którymi pracuje. Jednocześnie głęboko wierzy, że życie pisze różne scenariusze, ale to właśnie harlequinowe romanse są najbardziej zbliżone do rzeczywistości i jako dowód przedstawia swoje własne losy, które doskonale wpisują się w schemat ulubionych książek i filmów. Nieudane związki, ryzykowne decyzje, związki bez przyszłości, to wszystko zdarza się w życiu bohaterki książki, czyli nic nowego, ale to już było, chciałoby się rzec.
W dodatku to co uchodzi nastolatce, nieco nie przystoi kobiecie dojrzałej, i to raczej nie ze względu na wiek, ale na dojrzałość właśnie, doświadczenie, przeszłość i przeżyte rozczarowania. To w jakiś sposób powinno kształtować człowieka i dawać mu nauczkę, a właściwie receptę jak nie postępować w przyszłości. Jednak Patience nie wyciąga żadnych wniosków, tylko ponownie wchodzi do tej samej rzeki i nadal dostaje tę samą lekcję, którą odebrała już wcześniej.

Jednakże dla wielbicielek romansów i komedii romantycznych „Romans to moja praca” będzie niezłą zabawą, ucztą właściwie i wycieczką do świata nieskomplikowanych romantycznych bajek, gdzie wszystko kończy się gorącym pocałunkiem i uniesioną nogą szczęśliwie zakochanej kobiety.
Dla mnie to niezbyt udany ukłon w stronę romansowych maniaczek, brakowało mi spójności, konstrukcji i konsekwencji w prowadzeniu fabuły, ale może ze względu na przyjętą konwencję ta książka właśnie taka miała być. Nieco chaotyczna, roztrzepana i niefrasobliwa, vide bohaterki komedii romantycznych.


Na pewno pozycja ta znajdzie swoich czytelników, a zwłaszcza czytelniczki, ponieważ jest doskonałym źródłem, żeby nie powiedzieć almanachem, po lekturach i filmach romantycznych, gdzie porywy serca, perypetie i wyczekiwane happy endy są stałą częścią konstrukcji i fabuły. Mimo, że także lubię udać się do świata romantycznych historii, to takie przedstawienie tego świata nie przypadło mi do gustu.

niedziela, 12 października 2014

Frederick D'onaglia "Dom nad lazurowym urwiskiem"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Amber.


Frederick D'onaglia kocha Prowansję, którą zawsze w malowniczy i nawet magiczny sposób przedstawia w swoich powieściach. Zadebiutował w 2004 roku, od tej pory napisał i wydał dziewięć książek. Ostatnia z nich, "Dom nad lazurowym urwiskiem" trafiła do mojej biblioteczki i jest to moje pierwsze spotkanie z tym autorem.

Bohaterką powieści jest czterdziestoletnia Laura, ilustratorka książek, matka dwójki nastolatków, która po separacji z mężem postanawia zamieszkać w domu swojego ojca. Ukochanego taty, który zaginął w tajemniczych okolicznościach w morskiej toni. Ojciec był dla niej jedynym rodzicem, gdyż matka odeszła dawno temu i nie utrzymywała kontaktów z dziewczynką. Od śmierci Gilberta opiekował się nią jego jedyny przyjaciel, Joel, dla którego Laura też stała się córką. Teraz oboje zmagają się z problemem, jakim okazał się kłopotliwy i zagadkowy spadek po nieprzyjaznym sąsiedzie, Marcelu Soubeyranie. Laura nie ma pojęcia dlaczego właśnie jej przepisał tereny leżące na szczycie Przylądku Admirała, gdzie znajdował się także jej rodzinny dom? Okazuje się, że zagadka związana z tajemniczym spadkiem, a także ze śmiercią jej ojca sięga daleko wstecz i już wkrótce wstrząśnie życiem kobiety. Na jej losy będzie miał także ogromny wpływ przystojny i młodszy restaurator Raphael, który od pierwszego spotkania nie będzie mógł zapomnieć o ślicznej i wysportowanej, ale trochę nieprzystępnej kobiecie. Czy Laura przeżyje drugą miłość? Czy wciąż pamięta co to znaczy kochać? Czy rozwiązanie zagadki z przeszłości pozwoli jej normalnie żyć?

Książka utrzymana jest w tonie swobodnej opowieści umiejscowionej w przepięknej i groźnej scenerii skalistych zatoczek Lazurowego Wybrzeża. Rozpoczyna się niczym łagodna opowieść obyczajowa z delikatnym powiewem romansu, by powoli, ale zdecydowanie zmieniać się w historię pełną namiętności, zdrady, morderstwa i ludzkich pragnień. Autor łączy nieco poetycką opisowość z szybką rozwijającą się akcją, prowadzącą czytelnika do dynamicznego finału.

"Dom nad lazurowym urwiskiem" czyta się szybko, nie jest to książka zbyt obszerna i na pewno jest pozbawiona napychających objętość opisów. Wprowadza czytelnika w klimat malowniczych widoków i zachęca do odwiedzenia tych miejsc. Interesująca lektura z wątkiem kryminalnym, umiejscowiona w pięknych klimatach. Polecam.

niedziela, 9 czerwca 2013

Tammara Webber "Tak blisko"

Jesteś młoda, pełna wiary w to, że miłość, która ci się przydarzyła, będzie na całe życie. Że to coś specjalnego. Coś niepowtarzalnego. Że to właśnie to. Dla niego rezygnujesz z własnych marzeń i zamiast poświęcić się muzyce, bo przecież grasz na kontrabasie i kochasz to, idziesz wraz z nim na studia ekonomiczne. Potem oddajesz mu siebie całą, bo tylko z nim chcesz być i jemu ufasz. A jeszcze później… po trzech latach dowiadujesz się, że on musi się wyszaleć, bo przecież, gdy będzie robił karierę polityczną nie będzie mógł posuwać się do takich ryzykownych zagrywek. Ale teraz, na studiach, właśnie na to nadszedł czas.

Masz wrażenie, że świat zwalił ci się właśnie na głowę. Wszystko, w co do tej pory wierzyłaś, zdaje się być czymś błahym, drobnostką, nic nie wartym śmieciem, który można wyrzucić do kosza, zapominając o trzech wspólnie spędzonych latach. I gdy masz wrażenie, że przez ten cały czas żyłaś jakby obok siebie i wiele straciłaś i już tego nie odzyskasz… nie wiesz jeszcze, że od jakiegoś czas ON nie może oderwać od ciebie wzroku.
Obserwuje cię na zajęciach i potajemnie szkicuje twoją smutną twarz. Gdy po pewnej nieudanej imprezie o mało co nie stajesz się ofiarą gwałtu, pojawia się ON. Ciemnowłosy, wytatuowany, niczym książę ciemności rozprawia się z gnojkiem i chociaż sam sprawia wrażenie, jakby był na bakier z prawem, ratuje cię z opresji i odwozi w bezpieczne miejsce.

ON, Lucas, zaczyna pojawiać się w życiu Jacqueline i wprowadza w nie kompletny chaos. A także sprawia, że dziewczyna zapomina o bólu, jaki zadał jej były chłopak, Kennedy. Jednocześnie młoda kobieta musi nadrobić zaległości na studiach i korzysta z mailowej pomocy asystenta, Landona. Obydwaj mężczyźni zaczynają ją fascynować, Lucas swoją posturą, otoczką i mitem „niegrzecznego chłopca”. Landon umysłem, inteligencją i wiedzą. Wkrótce wszystko się wyjaśni i okaże się, że serce dziewczyny wiedziało lepiej. Lecz czy życie jest takie proste? I jakie demony rządzą życiem Lucasa, co przeżył, czego był świadkiem? I czy miłość jest w stanie pokonać najgorsze wspomnienia z przeszłości?

W „Tak blisko” Tammary Webber wszystko się może zdarzyć. Ta książka to prawdziwy rollercoaster uczuć i emocji. Napięcie, pożądanie, tajemnice, miłość, tęsknota. Bohater z wieloma obliczami, jak z marzeń, a jednocześnie twardo stąpający po ziemi. Dziewczyna, wcale nie z tych głupiutkich, trochę błądząca, ale w gruncie rzeczy silna i konsekwentna. I… miłość. Powalająca. Druzgocąca. Odbierająca dech w piersiach. Jeśli macie ochotę na taką jazdę bez trzymanki… koniecznie musicie to przeczytać!

„Powinieneś porozmawiać z kimś, kto ci wyjaśni, jak sobie wybaczyć, jak zrzucić z siebie poczucie odpowiedzialności. Twoja mama z pewnością nie chciałaby, żebyś przez całe życie dźwigał takie brzemię. Spróbujesz? Proszę.
Starł łzy z mojej twarzy.
- Jak ja cię znalazłem?
Potrząsnęłam głową.
- Może jestem dokładnie tam, gdzie powinnam się znaleźć”. [1]



[1] Str. 330, Tammara Webber, Tak blisko, Jaguar, Warszawa 2013.

sobota, 8 czerwca 2013

Stephen King "Joyland"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.


Dawno nie sięgałam po książki Kinga, który przecież należy do moich ulubionych autorów. Miałam przerwę w czytaniu jego powieści, a jeśli już, to wracałam do moich ulubionych, czyli do „Wielkiego marszu”, „Christine” czy „Smętarza dla zwierząt”. Do mojej biblioteczki trafiła najnowsza książka mistrza horroru, zatytułowana „Joyland”. I od razu widać, że to całkiem inny King, niż ten, którego czytałam w czasach liceum.

„Joyland” w sumie ciężko mi zakwalifikować do literatury grozy. To raczej obyczajowy kryminał z lekkim zabarwieniem humorystycznym i wątkiem nadprzyrodzonym. Główny bohater i jednocześnie narrator to dwudziestoletni Devin Jones, który przedstawia czytelnikowi tę historię będąc już starszym mężczyzną. W roku 1973 Devin przeżył poważny zawód sercowy, a jednocześnie poznał smak namiętności i cudem uniknął śmierci. Chłopak zatrudnił się w parku rozrywki „Joyland”, najpierw na lato, a potem został na cały sezon. A właściwie po sezonie. Poznał wielu ciekawych ludzi i zaprzyjaźnił się z Erin i Tomem, którzy wkrótce stali się parą. Sam Devin wciąż rozpamiętywał swój związek z Wendy Keegan i chyba gdyby nie praca, popadłby w całkowity marazm. Na początku można by się spodziewać zwykłej opowieści o młodzieńczych zawodach, o poszukiwaniu rozwiązań, po prostu o życiu. Ale już wkrótce okazuje się, że King to jednak King. Devin dowiaduje się, że przed laty, w jednym z korytarzy Strasznego Dworu zostało popełnione okrutne morderstwo na młodej dziewczynie. Sprawcy nigdy nie ujęto, a ofiar było więcej. Wszyscy traktują tę opowieść jako swoistą urban legend. Jednakże niektórzy twierdzą, że przejeżdżając wagonikiem przez tunel Strasznego Dworu widzą zamordowaną Lindę, która wyciąga dłonie, jakby prosiła o pomoc. Devin podchodzi sceptycznie do tych opowieści, ale jednocześnie czuje zafascynowanie. Wkrótce poznaje też samotną matkę, Annę i jej niepełnosprawnego syna, Mike’a, którzy odegrają ogromną rolę w nadchodzących wydarzeniach.

King z łatwością buduje napięcie, chociaż może nie aż takie, aby chodziły od niego ciarki po skórze. Raczej jest to powolne odkrywanie poszczególnych elementów zagadki z przeszłości, z niemałą pomocą tego co dla nas niezrozumiałe, nieodkryte i jakby z innego świata. Na mnie większe wrażenie zrobiły wątki obyczajowe, nie pozbawione humoru, które wniosły w powieść świeżość i nieco sardoniczne pojmowanie ówczesnej rzeczywistości. Bohater ironicznie niekiedy komentuje zarówno swoje postępowanie, jak i jest uważnym obserwatorem otoczenia i ludzi. Może dzięki temu odkrywa, kto jest mordercą ze Strasznego Dworu? Jednocześnie ukazuje swoje słabości, pragnienia i pierwsze miłosne fascynacje. Powieść na pewno wciąga i sprawia, że czyta się ją dopóty, dopóki jak najszybciej nie odkryje się tajemnicy sprzed lat. Oceniam tego nowego Kinga dobrze, przypomina mi trochę klimat Zielonej Mili, gdzie też było połączenie wątków społecznych, obyczajowych i nadprzyrodzonych. Polecam.

I jedna z licznych „złotych myśli” Devina:
„Teraz wiem tyle, że kobiety rzadko sypiają z młodymi dżentelmenami. Wyszyjcie to na makatce i powieście sobie w kuchni”.[1]


[1] Str. 11, Joyland, Stephen King, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Joanna M. Chmielewska "Karminowy szal"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MG.


Powstało już multum opowieści o przyjaciółkach, ich perypetiach, wspomnieniach, radzeniu sobie z życiem. O marzeniach, pragnieniach, szukaniu swojej drogi na tym świecie. Czy jest możliwe, aby można było napisać coś jeszcze? Coś, co byłoby interesujące, wciągające, intrygujące? Coś… nowego? 

Oczywiście, motywy w literaturze powtarzają się i nie można oczekiwać wynalezienia koła w tym względzie, ale po przeczytaniu najnowszej powieści Joanny M. Chmielewskiej „Karminowy szal” stwierdzam, że inwencja i wena ciągle żyją, a umiejętne poprowadzenie fabuły niejednokrotnie może zdziałać cuda.

Trzy kobiety. Marysia, Marta i Magda. Czyli Magiat. Wielka trójca. Przyjaciółki. Kiedyś trafiły do jednej szkoły z internatem, a właściwie do ośrodka rehabilitacyjnego dla dzieci, połączonego ze szkołą. Wspólne szkolne zmagania, pierwsze przyjaźnie, fascynacje. A także… No właśnie. Co wydarzyło się przed laty, co tak, a nie inaczej naznaczyło trójkę dziewczyn, a teraz kobiet? Każda z nich jakoś ułożyła swoje życie, czasami błądziła, szukając właściwej ścieżki, ale koniec końców robi coś, co pozwala jej normalnie funkcjonować. Tylko dlaczego uporczywe myśli ciągle atakują, przypominając, rysując niechciane obrazy, sprawiając, że przeszłość  wcale nie odeszła, ale jest tu i teraz. Ciągle obecna, tkwiąca, niczym wyrzut sumienia, przypominająca, że jest jeszcze coś, co należałoby raz na zawsze załatwić. Dlatego Magiat spotyka się w ulubionej winiarni Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem i wie, że musi zrobić wszystko, aby zamknąć sprawę z dzieciństwa, bo to może w jakiś sposób pozwoli uporać się z dorosłością.

„Karminowy szal” to powieść obyczajowa, z elementami psychologicznymi, opowiada o krzywdzie, o psychicznym bólu, o próbie odzyskania własnej tożsamości, która dawno temu została zabrana. Zaburzona. Powieść utrzymana właśnie w tonie historii o kobietach, o ich życiu i pragnieniach, nieoczekiwanie przeradza się w bolesny dramat dzieci, które ufały i które to zaufanie straciły. Świat dorosłych okazał się okrutny i bezwzględny, nie zważający na wszystko to, co czyste i niewinne. Czy Maria, Marta i Magda będą potrafiły zamknąć tę bolesną kartę ich wspólnej historii? Czy mają jeszcze szansę na odzyskanie siebie i życie bez demonów przeszłości? Zachęcam do lektury „Karminowego szala”. To historia, która pobudza do refleksji, a także daje nadzieję, że chociaż czasami świat okazuje się bezbrzeżnie zły, to jednak można dostrzec w nim dobro i to ono w końcu zwycięża. Polecam.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Alina Białowąs "Galeria uczuć"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki.


O uczuciach naprawdę nie jest łatwo pisać. Trzeba uważać, aby nie dać się ponieść fantazji i nie przesadzić w opisach emocji, wrażeń, pragnień, bo grozić to może nierealnością tychże. Z drugiej strony miło czytać historie pełne emocji, nawet gdy nie do końca zdają się być prawdziwe. Ale niemniej jednak nie jest to takie proste i autor musi uważać, aby czytelnik nie poczuł się oszukany, przesłodzony, albo zdegustowany.

Tak więc wydawać by się mogło, że nie ma nic prostszego, jak napisanie powieści obyczajowej, w której ona i on i problemy i niedopowiedzenia. Cóż. Nic bardziej mylnego. To temat obszerny, ale jednocześnie trudny i ryzykowny. Alina Białowąs w swojej najnowszej książce „Galeria uczuć” właśnie na te ostatnie postawiła. I jak to odebrałam?

Bohaterką powieści jest trzydziestoletnia Olka, matka dwóch synów, żona Pawła, faceta, który chce rodzinie zapewnić jak najlepszy byt. Sama Ola pracuje w małej galerii, ale nie jest to jej ukochane zajęcie. O wiele lepiej czułaby się jako matka i żona, niepracująca i zajmująca się domem. Jednak zarobki jej ukochanego w tej chwili nie pozwalają na taki luksus, dlatego też Ola musi znosić fanaberie szefowej-Fredzi i zaciskać usta, na które czasami cisną się słowa, których za żadne skarby nie powinno wypowiadać się w kierunku szefowej. Życie młodej kobiety toczy się powoli, całkiem normalnie, aż do chwili, kiedy okazuje się, że jej małżonek spotyka się z inną kobietą. Wówczas cały świat Oli wali się jak kamienica podczas rozbiórki, a my jesteśmy niemymi obserwatorami ryzykownych posunięć w wykonaniu bohaterki. Temat stary jak świat, jednak w sposobie jego przedstawienia pojawiło się coś, co mnie zainteresowało. Postać głównej bohaterki. Niesamowicie irytująca i całkowicie odmienna w swoich oczekiwaniach, przekonaniach, planach na przyszłość, niż ja sama. Może dlatego tak bardzo starałam się zrozumieć jej postępowanie i czasami miałam ochotę złapać ją i potrząsnąć, aby doprowadzić Olkę do porządku. Ale jakiego, a raczej czyjego? Mojego własnego? No tak, ale to przecież Ola i jej życie i jej wybory. Czasami irytujące, ale jej.

„Galeria uczuć” wzbudziła we mnie ambiwalentne odczucia. Z jednej strony czasami denerwująca bohaterka, postępująca tak, jak sama nigdy w życiu bym nie postąpiła i wyznająca takie zasady, które całkowicie nie współgrają z moją naturą. A z drugiej… zrozumienie, że to przecież tylko historia, fikcja, a przecież tak życiowa i wydarzająca się często tutaj, obok, za rogiem. Dlatego z przekonaniem polecam tę kobiecą opowieść właśnie kobietom, które czasami są na zakręcie, które nie widzą światełka w tunelu, które potrzebują słodko-gorzkiej historii, która koniec końców daje nadzieję i tchnie optymizmem. Tak więc na wiosenny wieczór „Galeria uczuć” może okazać się lekturą idealną. A ja na plus daję jeszcze sarkastyczny humor i ironię, które wyszły autorce całkiem nieźle.