czwartek, 27 stycznia 2011

Ludzie listy piszą i nie tylko:)))

W ostatnie dni, dosyć ciężkie dla mnie, ze względu i na pracę zawodową, w której projekt się rodzi za projektem i na moją trudną, pisarską drogę, w bólach tworzone rozdziały, taka chwila radości i wiary w ludzi była mi bardzo potrzebna.
Bo pani listonoszka przyniosła mi oto takie niespodzianki:

Od Rysi "Trzynastą opowieść', którą kiedyś czytałam i chciałam do niej wrócić i (chyba, żeby mnie dręczyć), małą książeczkę, reklamującą powieść Rysi, która niedługo wejdzie na rynek i zrobi pewnie trochę zamieszania. Czyli szczypta "Sosnowego dziedzictwa" na zachętę, a raczej na podrażnienie zmysłów:)

A jakby tego bylo mało, w drugiej przesyłce czekał na mnie prezent od Sabiny, która recenzowała moje książki i przysłała mi cudowną biedronkową zakładkę do książek i śliczny schowek na chusteczki:)

Dziękuję moje kochane!!!!!!
































środa, 26 stycznia 2011

takie tam... fragmenty...

-->posłuchaj

Mężczyzna zacisnął usta i patrzył na stojącą przed nim kobietę z tak wielką rozpaczą w oczach, że poczuła, iż ten ból, którym nim targa, przenika ją na wskroś.
- Kochałeś ją? Prawda? Kochasz ją nadal? To znaczy, że nie jesteś pozbawiony uczuć - powiedziała pewnym głosem.
- Ona... Ciągle siedzi tutaj. - Dotknął pięścią głowy. - Ciągle tam jest. Nie daje zapomnieć. A ja... nie chcę zapomnieć. Chcę pamiętać. Zawsze.
 
***
- Kocham cię... śliczna... tak bardzo cię kocham... - jego zachrypnięty głos przepełniony był rozpaczą.
- Ja ciebie też... Zabijasz mnie za każdym razem, gdy odwracasz się ode mnie, ale ja odradzam się, wzmocniona twoją miłością i czekam i trwam, bo wiem, że nie ma dla mnie innej drogi - szeptała, obejmując go ramionami i udami, ciągle czując go w sobie.
- Nie chciałem cię skrzywdzić, nigdy. Zabiłbym się za to... - jęknął, całując jej szyję.
- Nie zabijaj się. Bo wtedy... też już bym nie żyła...
 
***
Ostatni rzut oka na dom i na nią, stojącą w drzwiach. Uśmiech, mrugnięcie okiem, wzrok pełen otuchy i miłości, niezbyt skutecznie maskujący czającą się pod nimi rozpacz, ból i tęsknotę. I nagle biegnie do niej, ona nie wie co się dzieje, on łapie ją w pół i całuje mocno, głęboko, rozdzierająco, ich języki stykają się, dotykają, szaleją, jakby chciały zapamiętać ten najcudowniejszy smak na świecie. Smak miłości. Smak wierności. Smak szaleństwa i pożądania. On wychodzi, ale trzyma coś w ręku. I gdy wsiada do samochodu, ona już wie co to jest. Z kieszeni płaszcza wyciągnął jej granatową apaszkę, która teraz dumnie spoczywa na lusterku jego samochodu.
Tak...
To ich symbol.
Ich miłości, ich tęsknoty, ich pasji i namiętności.
A także...
Ich powrotu do siebie.
Czy...
Czy tym razem, też tak będzie?
 
***
 I na koniec... Szła do miejsca, które było nazywane „bezimiennym grobem”. Tam kładła znicz i długo stała i patrzyła. I zastanawiała się... Czy ma w sobie dość siły, żeby zapalić zapałkę i przytknąć ją do krótkiego knota? I za każdym razem, gdy już miała to zrobić... drżała jej ręka i zapałka spadała na ziemię, by zgasnąć z lekkim sykiem. Jak mogła zapalać znicz za jego duszę, skoro nie była w stanie przyjąć do wiadomości tego, że on... Skoro ciągle pamiętała jego dotyk, zapach, smak i słyszała jego głęboki głos, mówiący do niej „hej piękna...”.

niedziela, 23 stycznia 2011

Spotkanie autorskie Empik-Katowice, 22 stycznia 2011r.

Wczoraj odbyło się moje spotkanie autorskie, promujące książkę "Zakręty losu", aczkolwiek podczas rozmowy poruszaliśmy tematy dotyczące wszystkich moich książek. Było bardzo sympatycznie, przyszło sporo osób, salon Empiku w Silesii Center bardzo sprawnie przygotował oprawę wieczorku. Były plakaty, książki i świetna moderatorka spotkania Monika Badowska, która była naprawdę doskonale przygotowana i zgrabnie poprowadziła rozmowę. Sama byłam trochę zestresowana i policzyłam szybko, że było to moje czternaste spotkanie autorskie, ale za każdym razem denerwuję się tak samo i głos mi drży jak osika na wietrze. Ale to chyba dobrze... Bo każde spotkanie to dla mnie ogromne przeżycie i staram się nie zawieść moich cudownych czytelników.
Niespodzianką była wizyta pisarza Marcina Pilisa, którego "Łąka umarłych" zrobiła na mnie ogromne wrażenie i miałam niewątpliwą przyjemność pisać recenzję tej książki. Marcin okazał się być przesympatycznym człowiekiem i pod koniec spotkania "rozdaliśmy" sobie nawzajem dedykację wraz z autografem. To była naprawdę świetna chwila, uwieczniona przez grupkę osób uzbrojonych w aparaty fotograficzne. Wyglądało to przezabawnie, gdyż musieliśmy się zastanowić nad tym, co napisać w dedykacji, a błyskające flesze wcale tego nie ułatwiały.
Serdecznie dziękuję Kasi Pessel za zorganizowanie tego spotkania, Empikowi w Katowicach za zaproszenie, Monice Badowskiej za wspaniałe prowadzenie i wszystkim obecnym za przybycie.
Jestem bardzo bardzo szczęśliwa, że mogliśmy się spotkać:)
A poniżej dokumentacja fotograficzna:





























































































































































































środa, 19 stycznia 2011

Anna Pasikowska "Pałac z lusterkami"

Czy chcieliście kiedyś wsiąść do pociągu, najlepiej byle jakiego i jechać w oczekiwaniu na odmianę losu? Który do tej pory dawał wam nieźle w kość?
Bohaterka powieści „Pałac z lusterkami” może nie wsiadła do przypadkowego pociągu, ale właśnie tam odnalazła drogę ku szczęściu i ku normalności.
Honorata, bo tak ma na imię główna bohaterka książki Anny Pasikowskiej, po tragicznych przeżyciach postanawia opuścić Warszawę i wrócić do rodzinnego Szczecina. Towarzyszy jej pięcioletnia córeczka. Honorata sama wychowuje dziecko, gdyż jej mąż uznany został za zaginionego, od momentu ataku terrorystycznego na Nowy Jork w 2001 roku. Ironia losu sprawiła, że w tym dniu, kiedy miał miejsce atak, urodziła się ich córka. Dziecko nigdy nie poznało ojca. Tak więc mama i córka wsiadają do pociągu jadącego do Szczecina i od tej chwili ich życie zaczyna podlegać diametralnym zmianom. Siedzący naprzeciwko starszy pan widzi smutek malujący się na twarzy młodej kobiety, zauważa również łzy płynące po jej policzkach. Inicjuje rozmowę, kierowany niewytłumaczalnym współczuciem i chęcią niesienia pomocy. Od słowa do słowa dowiaduje się wiele o przeszłości młodej kobiety, która przeżyła więcej niż niejedna starsza od niej osoba. I może po wyjściu na szczeciński dworzec, każde z nich rozeszłoby się w swoją stronę, gdyby nie dobre serce starszego pana, który okazuje się być potomkiem arystokratycznego rodu i jednocześnie ojcem najsławniejszego polskiego tenisisty. I gdyby Honorata i jej córka miały gdzie pójść.
Kobieta przyjmuje propozycję i pracy i mieszkania od pana Wysocickiego i wnika w rodzinę o tradycyjnych korzeniach, wierząc że los się w końcu do niej uśmiechnął. Potem pojawia się syn państwa Wysocickich i nietrudno się domyśleć, że jest oczarowany młodą kobietą. Ale nie wszystko jest słodkie, łatwe i przyjemne. Młody przedstawiciel rodu ma żonę, Honorata jest wdową, ale czy na pewno? Różni ich wiele, co bohaterka na każdym kroku podkreśla. Na uwagę zasługują opisy starego Szczecina, widać, że jest to swoisty konik autorki. Ciekawa jest także historia Heleny, czyli seniorki rodu, na przykładzie której możemy poznać zalążek trudnej sytuacji Niemców, którzy po II wojnie światowej pozostali na Ziemiach Odzyskanych.
Trochę irytowała mnie postać samej Honoraty, która nie wiedzieć czemu, skojarzyła mi się ze Stefcią Rudecką. Bohaterka notorycznie przypominała, że jest niższa stanem, co w XXI wieku wydaje mi się być lekką przesadą. I ciągle występowała z pozycji uniżoności, a z drugiej strony wykazywała się niezłomnością i hartem ducha. Ta niekonsekwencja w osobowości kobiety trochę mnie drażniła.
Książka Anny Pasikowskiej to ciepła lektura na zimowy wieczór, kiedy to po trudach całego dnia chcemy odpocząć, odetchnąć przy niemal baśniowej opowieści o miłości arystokraty i nieszczęśliwej dziewczyny. Bo nie ukrywam, iż nie wierzę, że taka sytuacja byłaby możliwa w realnym życiu. Ale po to właśnie powstają takie historie, aby o nich czytać. I marzyć.

niedziela, 16 stycznia 2011

Marcin Pilis "Łąka umarłych"

"Ludzie ludziom zgotowali ten los."

Każdy z nas pamięta zapewne to zdanie, z jednej ze szkolnych lektur, która przedstawiała odległe czasy i odległe czyny ludzi, stawiających czoła okrutnej rzeczywistości. Gdy skończyłam czytać najnowszą książkę Marcina Pilisa, „Łąka umarłych”, od razu przypomniał mi się ten cytat. Nie wiem czy będę w stanie oddać swoje wrażenia po przeczytaniu tej powieści, bo ciągle jestem w samym środku wioski Wielkie Lipy, w której dzieje się akcja. Niesamowicie poruszająca historia, traktująca o złej stronie człowieczej natury, ukazująca zło, które może mieszkać w każdym z nas, które ukryte za zasłoną normalności, wysuwa swe żądne krwi macki, w momencie gdy sami zostajemy postawieni w sytuacji zagrożenia. I wówczas... budzi się bestia. To straszne, kiedy możemy sobie uświadomić, że każdy z nas nosi w sobie takiego potwora i tylko niektórzy będą na tyle silni, aby go stłamsić, zdusić i zachować to coś, co kreuje nas na myślące istoty i podobno odróżnia nas od zwierząt. Człowieczeństwo...
Tego zabrakło bohaterom książki Pilisa. Tutaj liczyła się wola przetrwania, ślepe posłuszeństwo, siła tłumu i ukryte, mordercze skłonności niektórych ludzi. Którzy pociągnęli za sobą tych słabszych, tych niezdecydowanych, tych niepewnych, tych tchórzliwych. Którzy zadecydowali o losie innych, własnym i przyszłych pokoleń. Którzy zamienili się rolami. Z ofiar stali się katami. Bez usprawiedliwienia, bez idei, bez zrozumienia. I to jest największą tragedią tych ludzi.
Akcja „Łąki umarłych” rozgrywa się w trzech wymiarach czasowych. Te trzy daty stają się dla mieszkańców Wielkich Lip datami, które zmieniają ich życie, ich sens istnienia i uruchamiają falę wydarzeń, która zdaje się ich pochłaniać bez końca. Rok 1942, niemieccy żołnierze wkraczają do wioski, rok 1970, młody student przyjeżdża do miejsca, w którym jego ojciec-astronom prowadził wieloletnie badania i mieszkał tu w czasie wojny i w końcu 1996 rok, kiedy to były niemiecki żołnierz, jako starzec, postanawia odwiedzić wioskę, w której wydarzyło się coś, co na zawsze zaważyło na jego życiu.
Autor stworzył niezwykle sugestywną historię, z wielką umiejętnością łącząc poszczególne wątki w jedną spójną całość. Od początku opowieść pochłania czytelnika, stawiając go przed pytaniami, zagadkami i nieoczekiwanymi wydarzeniami. A pod tym wszystkim czai się groza, od której czytelnikowi podnoszą się włoski na karku. Nie wiem jak określić gatunek tej książki. Bo to i sensacja i thriller i dramat.
Niewątpliwą zaletą książki, oprócz przedstawionej historii, jest język, jakim autor się posługuje. Tutaj chłop mówi jak chłop, niemiecki żołnierz jak niemiecki żołnierz, profesor jak profesor. Poza tym pewien romantyzm w języku autora sprawia, że niektóre sformułowania są nasączone swego rodzaju poetyckością, co w połączeniu z przedstawianymi wydarzeniami, stanowi szokujący kontrast dla czytającego.
Książkę czyta się błyskawicznie, historia wzrusza, zaskakuje, stawia pod ścianą, pozbawia spokojnego oddechu. Jedna z lepszych książek, jaki ostatnio miałam okazję przeczytać.
A na koniec, jeden z fragmentów, który całkowicie wyprowadził mnie z równowagi, zostawiając zrozpaczoną i rozumiejącą, do czego to wszystko zmierza:

„Obejmuje żonę i tuli ją do siebie; jej głowa wciska się pod szyję Fiszkego, a ręce głaskają jego ramię. Cały świat, który przed chwilą runął, mieści się teraz w ich uścisku dawanym sobie nawzajem, w czułości wspierającej kolejny krok. Po co Fiszke miałby patrzeć na innych ludzi? Inni ludzie już nic nie znaczą, innych ludzi już nie ma. Gdyby inni ludzie byli tu, nie dopuściliby do tych potworności. Wzrok Fiszkego tylko chwilami odrywa się od ziemi, ale wtedy wędruje gdzieś wysoko, wbity w niebo. Fiszke nie zatrzymuje spojrzenia na żadnym wybranym elemencie, wodzi wzrokiem, jak gdyby to był odruch, coś, czego nie kontroluje. Potem Fiszke całuje Szaję w czoło, coś do niej szepce, i oboje, przywarci do siebie jak jedno ciało, idą w szeregu, nie zważając już na nic.”

Właśnie tak.
Nie ma świata.
Nie ma ludzi.
Nie ma honoru.
Nie ma uczuć.
Nie ma braterstwa.
Współczucia.
Sprawiedliwości.
Nie ma już nic...

sobota, 15 stycznia 2011

Maureen Jennings "Detektyw Murdoch. Ostatnia noc jej życia"

Po przeczytaniu tej książki, którą otrzymałam od wydawnictwa „Oficynka”, zastanawiałam się nad tym, jak niegdyś radzili sobie stróże prawa, gdy technologia dopiero raczkowała i nikt nie słyszał o daktyloskopii, nie mówiąc już o badaniach DNA. Jeśli chodzi o badanie odcisków palców, to pod koniec XIX wieku odkryto tę niepowtarzalną cechę, charakteryzującą każdego człowieka, ale metoda ta swe praktyczne zastosowanie znalazła dopiero po II wojnie światowej. Więc detektyw Murdoch żyjący w Toronto pod koniec XIX wieku nie miał takich możliwości. I gdy pewnego zimowego ranka, na jednej z ulic miasta, zostają znalezione zwłoki młodej dziewczyny, detektyw Murdoch przystępuje do szczegółowego i żmudnego śledztwa, podczas którego stosuje metody, jakie wówczas ma dostępne. Takie jak pomiar Bertillona, metoda, polegająca na wykonaniu różnorakich pomiarów 11 części ciała, gdyż z założenia nie ma identycznych osób o takich samych wymiarach poszczególnych części ciała. Na przykład małżowin usznych, nosa, bądź czoła. Oprócz technologii stosowanych w tamtej epoce, detektyw stosuje jeszcze inną metodę. Której nie zrównoważy żadna nowinka techniczna. Ani kolejne naukowe odkrycie. To intuicja i metodyczne drążenie zagadki w celu odkrycia prawdy.
Akcja rozwija się powoli, by w pewnym momencie nabrać tempa i wrzucić czytelnika w wir domysłów i podejrzeń. Kto zabił młodą służącą, pracującą w zamożnym domu doktorostwa? Kto odurzył ją opium i zostawił nagą na śniegu, skazując na pewną śmierć? Kto był ojcem jej dziecka, o którym nikt nie wiedział? Jaki związek z morderstwem mają dwie prostytutki, mieszkające nieopodal i zachowujące się w sposób, który od razu budzi podejrzenia u detektywa Murdocha? Rozwiązanie czeka jak zawsze na końcu i zgrabnie zamyka całą historię, wyjaśniając wszystkie tropy i niedopowiedzenia.
Oprócz zagadki kryminalnej, niewątpliwym atutem powieści są wiernie zaprezentowane realia życia w mieście pod koniec przedostatniego stulecia. Poza tym dowiadujemy się trochę o życiu Williama Murdocha, jednakże autorka skromnie dawkuje informacje na jego temat, zachowując więcej szczegółów zapewne na kolejne części z serii. Bo „Ostatnia noc jej życia” to pierwsza książka z cyklu o detektywie Murdochu i zapewne jeszcze wiele ciekawych wątków z życia policjanta przyjdzie nam poznać. Ale już teraz wiemy, że to człowiek z przeszłością, zraniony przez los i ciągle kochający swoją narzeczoną. Poza tym przystojny mężczyzna, uczący się tańczyć i lubiący słodką mocną herbatę. Obdarzony wiedzą, intuicją i wewnętrzną sprawiedliwością, nie pozwala sobie na bylejakość, co często zdarza się jego przełożonemu.
Polecam tę książkę pasjonatom kryminałów, a także czytelnikom lubiącym oprócz zagadek, krótką lekcję historii na temat realiów życia naszych przodków. A ja z chęcią sięgnę po kolejne odcinki kryminalnych zagadek dziewiętnastowiecznego Toronto.

piątek, 14 stycznia 2011

Wywiad-Gazeta Krakowska dla Tarnowa, 14 stycznia 2011 roku

Skan wywiadu, który przeprowadził ze mną pan Jerzy Reuter dla Gazety Krakowskiej dla Tarnowa :)
Wywiad ukazał się dzisiaj, czyli w piątek, 14 stycznia 2011 roku.

Historia pewnego zakładu-fragment

"Everything" Lifehouse->posłuchaj:)

Kuba zachował dyskrecję i nie powiedział naszym kumplom o mojej żałosnej wycieczce z Sylwią. A także o tym, co się dzieje pomiędzy mną a nią. I dobrze. Teraz miałem ważniejsze sprawy na głowie. Do jej ślubu zostały cztery dni, a ja jak ten idiota nadal wahałem się z podjęciem ostatecznej decyzji. Gdzie się podział ten pewny siebie Cichy? Zdobywca? Pieprzony aktorzyna drugorzędnych ról w operach mydlanych? To właśnie byłem ja. Pozer. Tłumiący prawdziwe uczucia, tłamszący siebie samego, uważający, że lepiej jest grać i udawać. To było dobre, dopóki nie spotkałem tej dziewczyny. Która oczekiwała ode mnie jednego. Szczerości. A ja kurwa nie wiedziałem nawet co to właściwie jest!
Późnym popołudniem musiałem podjechać do Rynku, gdzie miałem spotkanie z naszym prawnikiem. Szedłem ulicą Oławską, niesiony tłumem ludzi przemieszczających się po tym wyłączonym z ruchu trakcie. I nagle poczułem, że serce mi zaczyna przyśpieszać, tak jakby moje zmysły szybciej ją dostrzegły niż uczynił to mój wzrok. Była chyba z matką, wchodziły do salonu sukien ślubnych. Nie widziała mnie, ale schowałem się za filarem pobliskiego sklepu i jak jakiś psychopata obserwowałem ją z oddali. Starsza kobieta coś do niej powiedziała, na co Sylwia odparła chyba przecząco bo potrząsnęła głową, jakby ze zniecierpliwieniem. Otworzyła drzwi przed towarzyszącą jej kobietą i wtedy odwróciła się i miałem wrażenie, że patrzy prosto na mnie. Schowałem się bardziej ale zdążyłem uchwycić jej pełne smutku spojrzenie. Moje serce zabolało, jakby ktoś wbijał w nie cienkie igły. Oparłem się o rozgrzany wrześniowym słońcem murek i zamknąłem oczy. Boże... Ona miała zamiar wyjść za tego dupka. Nie chciała, widziałem to w jej oczach, ale musiała. To już za daleko poszło, aby mogła się wycofać. Zresztą... czy miała powód? Chciałbym zostać powodem, dla którego nie wchodziłaby w ten związek. Ale co mogłem jej zaproponować? Cholera! Przecież mogłem! Ja mogłem dać jej wszystko. WSZYSTKO!
Nie pamiętam dokładnie co mówił do mnie nasz radca prawny, za to doskonale pamiętałem w co była ubrana Sylwia. Wróciłem do domu i przez pół nocy układałem sobie w głowie słowa, które miałem zamiar jej powiedzieć. Musiałem pojechać do niej, musiałem się z nią spotkać, póki jeszcze nie było za późno. A czasu miałem bardzo mało. Czułem jak coś ważnego ucieka mi i gdy nie zrobię wszystkiego aby to zatrzymać, będę tego żałował do końca życia. I zostanę sam jak palec. Czyli nic nie zmieni się w moim życiu. Nic.
Kolejne dwa dni zajęło mi zbieranie się w sobie i układanie w głowie wszelkich możliwych scenariuszy rozmowy z Sylwią. Zanim się zorientowałem, był już piątek i nazajutrz ona wychodziła za mąż. Siedziałem w samochodzie nieopodal jej domu na Biskupinie i ściskałem telefon, aż cały zaparował od mojej spoconej dłoni. Wreszcie zdecydowanym ruchem nacisnąłem zielony przycisk i czekałem na połączenie. Po kilku sygnałach włączyła się poczta głosowa, ale nie miałem zamiaru zostawiać żadnej wiadomości. Bo co miałem powiedzieć?

„Nie wychodź za tego dupka!”

albo:

„Jesteś dla mnie najważniejsza! Błagam, nie wychodź za niego”

a może po prostu:

„Kocham cię. Wyjdź za mnie”.

Oparłem głowę o kierownicę i kilka razy w nią uderzyłem. Komplikowałem sobie życie zupełnie niepotrzebnie. Nie powinienem do niej telefonować. Powinienem pójść do jej domu, zadzwonić do drzwi i poprosić o rozmowę. Spojrzeć jej w oczy i powiedzieć to wszystko, co mówiłem przez ostatnie dni i bezsenne noce. Że ją kocham. Że jest moją jasną stroną. Że oddam się jej cały, że pokażę jaki jestem naprawdę, że chcę, aby dojrzała ciepło w moich oczach, które tylko przy niej budziło się do życia. Szarpnąłem się i wysiadłem z samochodu. Pchany instynktem, niepohamowaną potrzebą, ruszyłem do jej domu. Wziąłem głęboki wdech i zadzwoniłem.

środa, 12 stycznia 2011

Playlista, czyli jaka muzyka mnie inspiruje:)

Jeśli chcecie posłuchać muzyki, do jakiej pisałam "Bez przebaczenia", "Dirty World" i "Szóstego", to zapraszam na moją stronę autorską:) Nad playlistą do "Zakrętów losu" pracujemy:)

Bez przebaczenia: ->kliknij
Dirty World: ->kliknij
Szósty: ->kliknij

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Niedzielne Polaków rozmowy;)

Takie oto rozmówki są częste w moim domu, zwłaszcza w niedzielne poranki, kiedy to jemy wspólne rodzinne śniadanie.



Osoby: ja, syn, córka i na ogół milczący małż.


- Magda nie baw się jedzeniem!
- Właśnie, nie jesteś wężem…
- A węże bawią się jedzeniem?
- No jak jest nim chomik to pewnie tak.
- Skończ ten temat.
- Ale jakbyśmy mieli węża, to czym byśmy go karmili?
- Tobą!
- Milcz mały czosnku.
- Mamo on na mnie mówi czosnek!
- Czosnek jest zdrowy, jedz to jajko, czy ty lubisz jeść zimne?
- Lubię. Ojej trafiłam na cebulę!
- W jajku masz cebulę?
- W serku! Bleeee.
- Cebula jest zdrowa, nie będziesz mieć szkorbutu.
- A co to szkorbut?
- Choroba zębów, w więzieniu się je cebulę, żeby zęby mieć zdrowe.
- To ja bym nie mogła iść do więzienia, bo nie lubię cebuli.
- Nooo to niewątpliwy atut przeciwko siedzeniu w puszce.
- W pace chyba.
- Nieważne, też na pe.
- A jakbyśmy wzięli trzeciego kota?

Na to wreszcie odzywa się małż:
- Po moim trupie.
- To jest do zrobienia, kochanie:)


Tu tylko króciutki wycinek, na drugi raz nagram ich na dyktafon;)

niedziela, 9 stycznia 2011

"Niewypowiedziany" Mari Jungstedt

Książkę tę miałam okazję przeczytać dzięki serwisowi "Książki Moja Miłość" i księgarni "Matras"

Do czego może doprowadzić brak miłości? Brak opieki? Brak zainteresowania? Brak odpowiedzialności?
W stosunku do własnego dziecka?
W stosunku do mającej problemy uczennicy?
W stosunku do dziewczynki z sąsiedztwa, o której wszyscy wiedzą, że w jej domu nie dzieje się dobrze?
Można by powiedzieć, że o tym jest właśnie ta książka. O samotności opuszczonej czternastoletniej dziewczynki, której matka, mająca problemy z alkoholem, skupia się wyłącznie na sobie i sama zdaje się wymagać opieki i nadzoru. A wszystko zaczyna się od brutalnego morderstwa pewnego fotografa-alkoholika, który zupełnie niedawno wygrał sporą kwotę na wyścigach konnych. Wydawać by się mogło, że motyw jest jasny i czytelny. Upadły człowiek, obracający się wśród podobnych sobie, wygrywa pokaźną gotówkę i wkrótce po tym zostaje zamordowany w swojej ciemni. Pieniądze znikają, podejrzanych jest wielu ale śledztwo zmierza wyraźnie w dobrym kierunku. Jednocześnie poznajemy losy czternastoletniej Fanny Janson, dziewczynki samotnej i nieszczęśliwej, której matka nie radzi sobie ze sobą i własnym życiem, szukając zapomnienia w alkoholu. Dziewczynka poznaje starszego mężczyznę i wreszcie czuje, że komuś na niej zależy i chociaż znajomość ta wzbudza w niej obawy, strach i niesmak, podąża dalej tropem obietnic, prezentów i zainteresowania.


Śledztwo w sprawie morderstwa fotografa prowadzi grupa komisarza Andersa Knutasa. Stopniowo poznajemy jego samego, jego życie, problemy, rodzinne sprawy, stosunki panujące w jego domu. Poznajemy także jego przyjaciół i współpracowników. Karin Jacobsson, inspektor kryminalny, najbliższa współpracowniczka Knutasa, pilnie strzegąca swego prywatnego życia. Thomas Wittberg, także inspektor kryminalny, przystojniak, któremu bliżej do surfera niż do policjanta. Lars Norrby, rówieśnik Knutasa, dokładny i lubiący doszukiwać się drugiego dnia, jest także rzecznikiem prasowym policji. I technik grupy, Erik Sohlman, energiczny i bardzo skuteczny. Akcja rozgrywa się na szwedzkiej wyspie Gotlandia, usytuowanej na południe od Sztokholmu. Inspektor Knutas mieszka w Visby i tutaj ma miejsce większość akcji książki. Autorka umiejętnie dawkuje informacje, które mogłyby pomóc czytelnikowi rozwikłać zagadkę. Świetnie kreuje zarówno główne postaci jak i postaci drugoplanowe. Takie jak Johan Berg, dziennikarz telewizyjny, którego łączy z komisarzem Knutasem zawodowe porozumienie. A także łączy go namiętny romans z pewną zamężną kobietą, romans który przeradza się w szalone uczucie będące jego obsesją i przekleństwem.
Śledztwo posuwa się do przodu, komisarz Knutas nie ma jeszcze pojęcia o istnieniu kogoś takiego jak Fanny Janson, ale czytelnik już wie, że to wszystko zmierza ku tragedii i gdzieś w oddali, wątek nieszczęśliwego dziecka i zapijaczonego fotografa na pewno się zazębi.
Książka wciąga już od pierwszych stron stawiając pytania i zagadki na każdym niemal kroku. Wraz z każdą stroną dowiadujemy się czegoś nowego i już wiemy, że to nie będzie zwykłe śledztwo w sprawie morderstwa dla pieniędzy, że życie człowieka może być nic nie warte, gdy w grę wchodzi zaspokojenie chorej żądzy, że obojętność i brak odpowiedzialności mogą doprowadzić do tragedii. Że często wydaje się nam, że doskonale znamy naszych bliskich, naszych przyjaciół, że wiemy o nich wszystko, a tymczasem ludzka natura jest tak zagmatwana i skomplikowana, a co najważniejsze tak egoistyczna, że jest w stanie przybrać wszelkie możliwe maski aby ukryć swoje prawdziwe oblicze, które mogłoby przerazić każdego normalnego człowieka.
Polecam kryminał szwedzkiej autorki, o którym wiem, że jest jedną z części przygód komisarza Andersa Knutasa i na podstawie tych historii powstał serial w telewizji niemieckiej. Z wielką chęcią sięgnę po pozostałe książki z tej serii, bo patrząc na konstrukcję bohaterów, można się domyślić, że w każdej kolejnej części będą następne odsłony życia poszczególnych członków grupy śledczej i innych współpracowników komisarza Knutasa. A także kolejne intrygujące kryminalne zagadki.

Bez przebaczenia - Agnieszka Lingas-Łoniewska (Agnes_scorpio)


Dzisiaj mija rok od mojego debiutu, czyli książki "Bez przebaczenia". Opowieść tę stworzyłam w 2009 roku, idąc za pomysłem mojej koleżanki Pauliny, po której to główna bohaterka odziedziczyła imię. Historię Piotra i Pauliny darzę wielkim sentymentem, bo na zawsze pozostanie tym tytułem, od którego zaczęła się moja przygoda z pisaniem. A raczej z wydawaniem. Bo chronologicznie, wydane niedawno "Zakręty losu", napisałam wcześniej niż "Bez przebaczenia". Ale to właśnie tą książką zdecydowałam się zadebiutować, bo akceptację wydawcy miały oba tytuły. Gdzie jestem teraz? Mam długofalową umowę z wydawnictwem Novae Res, planuję wydawać dwie książki rocznie, poznałam mnóstwo wspaniałych osób, z którymi się zaprzyjaźniłam. Poznałam też wiele autorek i autorów, którzy tworzą wspaniałe dzieła. Piszę recenzję, piszę kolejną książkę, cały czas pracując nad warsztatem.
Dziękuję wszystkim za miłe słowa na facebooku, za maile, za cudowne recenzje.
To naprawdę... magia. Która pojawiła się w moim życiu, o której zawsze marzyłam i która, mam nadzieję, jeszcze trochę potrwa:)

piątek, 7 stycznia 2011

Mam kieszeń pełną wschodzącego słońca...

Ten kawałek chodzi mi po głowie od wczoraj, po obejrzeniu jakiejś komedii romantycznej. Podesłała mi go Milka. Czasami tak mam, że jak się na coś uwezmę, to słucham tego aż do znudzenia, tylko play i cofnij, play i cofnij. Aż nadchodzi faza na coś innego...
A teraz...

"Mam kieszeń, mam kieszeń pełną wschodzącego słońca

Mam miłość i wiem że to wszystko jest moje"
 
Ostatnio wzięło mnie i na komedie romantyczne i na romanse historyczne. Zaczynam się siebie bać...
 
Ale co tam...
Play i znowu...Take me away...

czwartek, 6 stycznia 2011

"Był taki chłopak... Lukas... pamiętacie go? Nie? To dobrze... to bardzo dobrze..."

Piosenka, będąca główną inspiracją, jej słowa genialnie oddają postać Lukasa:
Chris Daughtry "Sorry"
Sorry

Szykowaliśmy się. Miałem zamiar znieść knajpę Buźki z powierzchni ziemi. I sam już nie wiedziałem dlaczego chcę to zrobić. Czy ze względu na mojego kumpla, czy ze względu na nią. I na słowa tej chorej mendy. Z drugiej strony, czy to nie było zbyt pochopne z mojej strony? Nadal nie znaleźliśmy Maślaka. Usiadłem w swoim gabinecie w klubie i zacisnąłem dłonie we włosach. Rozsadzała mnie wściekłość, a jednocześnie uderzały we mnie resztki zdrowego rozsądku. Musiałem być odpowiedzialny i myśleć jasno. Tylko, że teraz było to niezmiernie trudne. I wtedy stało się coś, co pomogło mi podjąć decyzję.



Zadzwoniła moja komórka i nieznajomy głos powiedział mi jakiś adres. To było na obrzeżach miasta. Zebrałem swoich ludzi i pojechaliśmy. Od początku wiedziałem, co tam znajdę. A raczej kogo. W rozwalającej się starej kamienicy, w jednym z opuszczonych mieszkań leżał Jarek. Pobity tak, że trudno go było rozpoznać.


- Jezu… - szepnąłem, kucając przy moim kumplu, który oddychał płytko. Był przytomny, patrzył na mnie jednym okiem, bo drugie było zakrwawione i opuchnięte.


- Tto… Myszak – wycharczał. Zacisnąłem dłoń na jego zakrwawionej ręce.


- Wiem Jaro. Nie ruszaj się, zaraz zabierzemy cię do szpitala.


- I Buźka… Pobili mnie kijem…


- Zapłacą za to, Jaro. Obiecuję – powiedziałem cicho, wiedząc że w tej chwili żadna siła nie powstrzyma mnie przed rozwaleniem Myszaka i jego gównianej obstawy.


Wezwaliśmy pogotowie, z Jarem został Rafik, a my wróciliśmy do klubu. O ile ponad godzinę temu miałem jeszcze jakieś opory, teraz już żadne wątpliwości mną nie szarpały. Szarpała mną tylko czysta, nie skalana niczym nienawiść. I pragnienie ujrzenia Buźki, opływającego swoją własną krwią.


Nasze uderzenie na klub tego gnojka było takie jak my sami. Szybkie, bezlitosne i pełne brutalnej siły. Biłem wszystkich i wszystko co podeszło pod moje rozszalałe pięści. Cały byłem jak w amoku. Za te wszystkie złe rzeczy. Za Jarka. Za te słowa pierdolonego Buźki. Za jego zdradę. Za to, że próbował zgwałcić ją. Wtedy. Że sprzedawał jej prochy. Że śmiał o niej mówić w ten sposób. Za siebie. Swoje życie. Swoje wybory. Swoje bezlitosne czyny. Godne potwora słowa. Za to, kim się stałem. Chciałem ich wszystkich zmieść z powierzchni ziemi. Chciałem, żeby cierpieli. Bo ich cierpienie, czysto fizyczne, było niczym, było błahostką, fraszką, w porównaniu z tym, co przeżywałem każdego dnia, w mojej głowie i w moim sercu, którego podobno nie miałem.


Gdy rozprawiliśmy się z Buźką i jego zasraną obstawą, jego samego wrzuciliśmy do bagażnika mojego samochodu i podpaliliśmy ten jego wszawy klub. Płonął naprawdę pięknie. Jak harcerskie ognisko w lesie. Nie czekaliśmy aż pojawi się straż i psiarnia, ruszyliśmy w stronę mojego ulubionego lasku, aby rozprawić się z tym zasrańcem.


Gdy wjechaliśmy na polanę, wyszedłem spokojnie z samochodu i wyciągnąłem zakrwawionego Buźkę, który pluł krwią i patrzył na mnie wzrokiem pełnym strachu. Czy napawałem się jego przerażeniem? Pewnie tak. Ale bardziej cieszyłem się z tego, że cierpi, że jest ranny i że jego buźka już nie jest taka ładna. Obudziło się we mnie atawistyczne, samcze zadowolenie. To było takie proste. Takie zrozumiałe. Do tego się nadawałem. I to tylko przyjmowałem. Powinienem może zostać płatnym zabójcą? Wtedy musiałbym całkowicie wyrzec się wszelkich ludzkich odruchów i może wówczas osiągnąłbym chociaż namiastkę wewnętrznego spokoju? Bo jak długo można żyć z burzą w środku głowy? Teraz na pewno w mojej głowie było jedno, podstawowe, ogarniające mnie całego pragnienie. Pragnienie krwi i zemsty. Bo ten gnojek nie tylko wszedł na nasz teren. Zabrał nasz towar. Próbował przejąć naszą sferę wpływów. O nie. To nie było tylko to. Ten gnój zrobił coś o wiele gorszego. On... Kiedyś dawno temu dotknął moją kobietę. I teraz... dotknął mojego najlepszego kumpla. Więc... nie mógł wyjść z tego cało. I może skończyłoby się na poważnym uszkodzeniu jego facjaty i nie tylko. Ale gdy moi ludzie trzymali tę mendę, zadzwoniła moja komórka. To był Rafik. Odszedłem dalej i odebrałem zniecierpliwiony.


- Co jest?


- Lukas. To Jaro... - Rafał miał zduszony głos i poczułem zimny dreszcz.


- Mów!


- Miał obite nerki. Krwotok wewnętrzny. Zmarł pół godziny temu. Dopiero wyszli i mi powiedzieli. Cały czas tu siedziałem. Kurwa. Lukas... - Rafał z trudem tłumił płacz. Ten zimny drań ledwo co panował nad głosem. - To był Jaro. Maślak. Kurwa, pobili go kijem bejsbolowym! Zostawili jak najgorsze ścierwo. W kałuży krwi.


- Wiem. Jedź do klubu. Ja muszę coś załatwić – powiedziałem cichym, spokojnym tonem.


- Dobrze Lukas – Rafał pociągnął nosem jak by był moim młodszym bratem i wyłączył się.

Schowałem telefon do kieszeni i popatrzyłem na Faziego i Bliznę, którzy trzymali zakrwawionego Buźkę. I w tym momencie opuściły mnie te wszystkie negatywne odczucia, jakie wcześniej szalały w mojej głowie. Odeszły, jakby nigdy we mnie nie istniały. Teraz czułem się tak, jakbym był pusty, pozbawiony wszelkich oznak życia, wszelkich oznak bycia człowiekiem, wszelkich symptomów odczuwania czegokolwiek. Bo ciągle z tym walczyłem. Ciągle nie chciałem nic czuć, ale kurwa nie mogłem. Po co mi te wszystkie uczucia? Po co mi te gesty żalu, współczucia, przyjaźni? Po co mi miłość? Po co cokolwiek w tym głupim mięśniu, który potrzebny jest tylko do pompowania krwi. I tylko do tego powinien mi służyć. I usilnie z tym walczyłem. Żeby nie być takim miękkim gnojkiem. Żeby w końcu przestać cokolwiek czuć. Żeby być takim, za jakiego miało mnie całe miasto. Moi ludzie. Moi wrogowie. I teraz w końcu mi się to udało! Przez tyle lat nie potrafiłem sobie z tym poradzić, ale pierdolony Buźka poradził sobie z tym doskonale. Bo teraz przestałem czuć cokolwiek. I byłem z tego powodu zajebiście szczęśliwy. Podszedłem wolnym krokiem do mojego samochodu. Widziałem, że wszyscy uważnie mnie obserwują. Buźka wręcz wwiercał się we mnie przerażonym wzrokiem. A ja otworzyłem bagażnik i wyjąłem coś ze środka. Gdy nasz więzień zobaczył na czym zaciskam dłonie, zaczął się wyrywać, ale oczywiście bezskutecznie. Moi ludzie patrzyli na mnie spokojnie, bez żadnych emocji. Podszedłem do nich i przyłożyłem spanikowanemu Buźce kij bejsbolowy do twarzy.


- Popatrz mi w oczy. - Powiedziałem cichym, zachrypniętym głosem. Widziałem strach w jego wzroku. Strach tak silny, że niemal czułem jego zapach. Napawałem się tym. To było jak cholerny afrodyzjak. Dający mi siłę, dający mi pewność, że ten człowiek we właściwy sposób odczytał moje intencje. Które były jednoznaczne. Nie miałem zamiaru wypuścić tego gnoja żywego.


- Lukas... - Buźka jęknął, ale pokręciłem głową i mocniej przycisnąłem koniuszek kija do brody mężczyzny.


- Nie pozwoliłem ci się odezwać. Miałeś tylko na mnie popatrzeć. Słuchaj co do ciebie mówię. I rób tylko to, co ci każę. Gdybyś od początku wykonywał moje polecenia, nie znalazłbyś się tutaj. A ja nie musiałbym rozwalić twojego cholernego łba. A Jaro ciągle by był żywy. Niestety. Stało się inaczej. I musisz wiedzieć Buźka, że trzeba ponosić konsekwencje swoich czynów. Takie jest życie. Musiałeś sobie zdawać z tego sprawę, gdy trzymany przez ciebie kij uderzał w czaszkę mojego człowieka. Musiałeś wiedzieć, że ja tego tak nie zostawię. Że takie działanie, to tak jak kręgi na wodzie, które powstają od wrzuconego kamienia. Ty jesteś tym kamieniem. A ja jestem tym kręgiem. I teraz otoczę cię coraz bardziej, bez szansy na wydostanie się na zewnątrz. A ty nie będziesz już widział nic poza mną. Poza moją siłą. I poza swoją własną krwią – powiedziałem to wszystko cichym i pozbawionym emocji tonem, a gdy Buźka trzęsąc się ze strachu, próbował się wyrwać, zamachnąłem się i z całej siły uderzyłem go kijem w kolana. Jego zdzierający gardło krzyk, zmieszał się z odgłosem łamanych kości, a ja uśmiechnąłem się i wziąłem ponowny zamach.
 
"Zakręty losu-Historia Lukasa"

domowo... czyli jak dobrze mieć święto w tygodniu:)

Właściciele firm pewnie średnio są szczęśliwi, że dzisiejszy dzień będzie dniem wolnym od pracy. Mam całkiem odmienne zdanie na ten temat. Nie musiałam rano wstawać, zwłaszcza że do 2 w nocy czytałam książkę. I to jaką! Wyuzdany romans historyczny. Czasami muszę, inaczej się duszę. Potem poranna kawka z małżem, śniadanko, spokój, luzik, zero pośpiechu. No i obiadek, który sama ugotowałam. A raczej upiekłam, wedle własnego pomysłu. Nie wiem tylko dlaczego mój szanowny małż patrzył na mnie podejrzanie a potem milcząco podążył w kierunku kalendarza i coś tam naskrobał. Uniósł brew i uśmiechnął się głupkowato.
- Taka chwila prędko się nie zdarzy... - powiedział z zadowoleniem i poszedł oglądać "Uwaga pirat".
Doskonale wiem co tam zaznaczył. Ale przecież, gdybym gotowała codziennie, to nie miałby tyle uciechy, niespodzianki i chwili zaskoczenia. No dbam o niego i tyle. O jego pełne wrażeń życie. Dobra żona ze mnie, ach!
No ale wracajmy do uciech dnia wolnego. Potem napisałam odpowiedzi na pytania do wywiadu dla Gazety Krakowskiej i wkurzałam się na ograniczającą mnie liczbę znaków, które pochłaniały moje myśli i nie pozwalały im swobodnie płynąć. Głupie granice, nie lubię ich.
Rozpisałam wczoraj książkę do końca i wyszło mi jeszcze 6 rozdziałów do napisania plus epilog. Ale nie wiem czy dzisiaj zacznę kolejny. Jakoś się rozleniwiłam, wyluzowałam, obejrzałam "Vinci" z Więckiewiczem, którego uwielbiam. Chyba każdemu należy się trochę oddechu. Zwykłego wygniatania kanapy? A jeszcze rano chciałam kupować orbitrek. Gdy powiedziałam o tym małżowi, dziwnie zadrżała mu broda i już byłam bliska rzuceniem w nim tym, co trzymałam akurat w ręku. A był to mój nowy kubek z kawą, więc szkoda mi było. A ryzykant powiedział:
- A co z rowerkiem? Steperem? Kartą Benefitu? Dresikiem i bucikami do biegania?
Zmarszczyłam brwi i burknęłam:
- A ty dzisiaj czasem do pracy nie musisz iść?
Jeśli myśli, ze zepsuje mi dzisiejszy dzień, grubo się myli! Dzisiaj mam luzackie święto i nic i nikt nie wyprowadzi mnie z równowagi.
Chyba.
Oby!

niedziela, 2 stycznia 2011

Rozstrzygnięcie noworocznego konkursu, czyli "Czyszczenie bibliotecznych półek, part 2"

Tak jak obiecałam, z pomocą Madzika przeprowadziłam poranne losowanie:)

W losowaniu udział wzięli:














potem...















Oderwałam Madzika od śniadania i wylosowała:
video

 książkę "Uprowadzona" otrzymuje:














Serdecznie gratuluję i proszę o przesłanie domowego adresu na maila: agnieszka.loniewska@gmail.com

Już niedługo kolejna odsłona akcji "Czyszczenie bibliotecznych półek"

:)